IRYDION

Idźcie! A kiedy stos ten cyprysowy błyśnie, od świątyń, od termów, od bram miasta, odpowiedzcie mu płomieniem i dymem. —

Wychodzą — on wstaje i opiera się na stosie.

Im bliżej godziny, tym srożej krew moja szaleje. — Czy to nie fałszywe ciemności? Czy odwieczna żądza serca mojego tych gwiazd nie wykłamała przed moimi oczami? — Nie — nie — teraz poznaję noc ostatnią Rzymu. — Czy widzisz, Masynisso, jak tam skradają się męże? — W bok czy widzisz tę samotną pochodnię ciągnącą nad wzgórzem ogrodów? — Ach! Konie zarżały! To konie Werresa — cicho, cicho ludzie moi. —

MASYNISSA

I pod nami dziedzińce zaczynają się wypróżniać — coraz mniej głosów — jedno zdrowie jeszcze wznoszą. —

IRYDION

Imię moje rozbiło się o sklepienia. —

MASYNISSA

Teraz z portyków jedni po drugich schodzą i zgarbieni, milczący zapadają w ciemnościach. —