Przypominam sobie, że jednego wieczoru, przechadzając się w świetle posępnem księżyca na pustem wybrzeżu Lida i oglądając znowu miejsca, gdzie byłem z Tobą, opowiadałem jej o bladym i wysokim Angliku, który strzelał z pistoletu do białych muszelek, kruszących się pod naszemi krokami. Powiedziałem jej, że ten Anglik był moim przyjacielem młodości i że zna tę, którą kochałem niegdyś. Zadrżała, a później zapytała o imię Twoje, zapytała o imię pani Burdett. Była bardzo piękna owej nocy. W rysach jej było coś z odaliski i z anioła. O czem myślałeś wtedy, gdy mówiłem o Tobie w miejscu, gdzieśmy byli razem? Było to 22 maja. Później zaprowadziłem ją do swej gondoli; Chiopeta rozwinął żagle. Mąż był w innej barce. Wiatr okropny się zerwał; uczuła przestrach. Powiedziałem jej: „Gdyby Henryk Reeve był tutaj, poprowadziłby łódkę pewną ręką; to jemu zawdzięczam swoje wiadomości żeglarskie”. Schwyciłem za wiosło, opuściłem reję i tak dopłynęliśmy, podrzucani falami laguny, do placu świętego Marka.
Po opuszczeniu Włoch wszystko się zasępiło, jak niebo i otaczająca nas przyroda. Monachium, Kissingen, Frankfurt były pełne namiętności i miały chwile rozkoszy; ale okoliczności stawały się coraz trudniejsze. Mąż zaczął pilnować, ogarnęła go zazdrość i niepokój. Nareszcie rozstaliśmy się; ja zostałem w Wiesbadenie, ona pojechała trochę dalej. Niekiedy wyjeżdżam na dwa lub trzy dni, żeby się z nią zobaczyć. Ale towarzystwo, które ją otacza, nic nie robi, prócz plotek, i zazdrości jej piękności; toteż cnotliwość tych pań bardzo ją szarpie.
Widzisz więc, jak żyłem. Od pięciu miesięcy ani razu się nie modliłem, a jednak nie odczuwam skruchy, tak silna była we mnie konieczność działania, która pchnęła mię do używania życia wszystkiemi memi zmysłami, do szukania zbawienia tam, gdzie inni śmierć znajdują. Zdrowie moje poprawiło się; wśród tysiąca niepokoi, tysiąca wyczekiwań nerwy moje znów nabrały sił. Chciałem żyć i żyję. Ale teraz zbliża się chwila rozstania. Ponieważ nie była to nigdy miłostka ludzi z towarzystwa, lecz dramat smutny, prawdziwy, namiętny, zgubny i silny, muszę być przygotowany na cierpienie dojmujące i długie. Niechaj tak będzie!
Żegnaj! Pisz mi jeszcze do Frankfurtu! Ani słowa o tem nikomu! Chciałem Ci opowiedzieć tę historię, żeby Ci dać obraz stanu mego ducha. Żegnaj!
Zyg. Kras.
92. Do Joanny Bobrowej
28 października 1834 r. Mediolan
Pani!
Czemuż nie mogę Ci przysłać garści tych kwiatków, które wokoło mnie rozkwitają, skrawka tego bezchmurnego błękitu, który lśni nad mą głową! Sprawiłyby one może Pani przyjemność kontrastu w smutnem pod szaremi chmurami mieście, w którem Pani obecnie zamieszkuje, a dla mnie te piękności mało mają pożytku. Niegdyś pobudzały one moją myśl, nadzieję, wspomnienia; lecz minęły te czasy naiwnych wrażeń, wiary dziewiczej w piękne położenie, w piękny dzień. Wszystko pochłonął pierwiastek goryczy, oschłości, pragnień daremnych, które z dniem każdym wzrastają we mnie i sprawiają, że rzucam na błękit nieba włoskiego równie smutne spojrzenie, jak i na zadymiony sufit mego pokoju w oberży.
Jestem w Mediolanie. Nie podejrzewają tu jeszcze zbliżania się zimy. Słońce nie rzuca tu jeszcze takich długich, żółtawych świateł, jak te, które już widzieliśmy razem we Frankfurcie, gdy kładły się na wioski razem z obumarłemi liśćmi, zmiatanemi przez wiatr, z liśćmi, które nie mogły trwać dłużej, niż przez jeden sezon. Przeciwnie, ono świeci z całą siłą ponad katedrą, która, nie wiem dlaczego, przypomina mi wodospad Terni.