Dwudziestego septembra117 wyruszę zapewne do Włoch. Do tego czasu pisz do Frankfurtu, potem do Genui, a potem do Neapolu. Moja babka przeszłego miesiąca oddała ducha Panu Bogu. Czy pamiętasz, ileśmy razy jedli u niej obiad w Warszawie? Biedna, sama była, bez syna i wnuka, umarła wśród cudzych ludzi.

Jeśliś czytał w gazecie „Polonais” kawałeczek pod imieniem Etoile, to mój, dostał się zaś tam szczególnym, nieprzewidzianym przeze mnie sposobem. Zachowaj numer ten, a potem mi go prześlesz, gdzie Ci napiszę, jeśli możesz. Mój Agaj-Han wielkie, jak słyszę, robi wrażenie w Galicji, Krakowie i Poznańskiem. Żegnam Cię, mój drogi. Jabłonowskiemu, o którym wyobrażenia mi nie zostało, bardzom wdzięczny. Ulrychowi się kłaniam. Tysiąc z serca uścisków Tobie. Od Twojej matki nic nie odebrałem.

Z.

Napisałem w tych dniach powieść à la Balzac; wchodzi do niej romans mężatki z oficerem polskim w Londynie, po wzięciu Warszawy, wchodzi i Grzymała monstrum, i Lelewel etc. Zda mi się, że udała mi się. Addio!

91. Do Henryka Reeve’a

1834 r. Wiesbaden, 25 sierpnia

Drogi Henryku!

Od blisko sześciu miesięcy żyjesz w nieświadomości dzieł i czynów bohaterskich swego przyjaciela. Ledwo dwa lub trzy listy odebrałeś od niego. Teraz, w chwili wytchnienia, jaką daje każde działanie, poznasz ogólnie stan duchowy, przez który w czasie tym przeszedł.

Ubiegła zima nie przyniosła mi żadnej ulgi, ani duchowej, ani fizycznej. Rozciągnięty na swej sofie w Rzymie, dręczony smutnemi myślami, czułem, jak z dniem każdym mniej miałem w sobie życia. Nie mogłem już pisać. Ale zdrowie moje było tak słabe, że pragnienie to wydawało się prawie szyderstwem. A jednak zdarzyło mi się spotkać to, co przeczułem na dziesięć dni przed moim wyjazdem do Rzymu. Toteż, skoro tylko iskra padła, a wzrok mój doznał wzruszenia i wstrząsu, odrzuciłem precz od siebie wszelkie względy, jak się rzuca pochwę szabli w sprawie na śmierć lub życie. I taką była dla mnie ta sprawa. Bez nagłego przejścia od uśpienia do stanu świadomości, od apatii do namiętności, od bezwładu do czynu, groziło Ci poważnie, że zastaniesz mnie idiotą.

Otóż od tej chwili, a jeśli się nie mylę był to dzień Wielkanocny, natychmiast po błogosławieństwie papieskiem prowadziłem życie rzeczywiste, a pełne marzeń, życie ciała i ducha, życie ludzkie wreszcie, otoczone poważnemi niebezpieczeństwami i śmiesznemi małostkami, upiększone w przerwach poezją, przeniknięte smutkiem przez przykre sytuacje, wznoszące się chwilami do tragiczności i popadające z kolei w błazeństwo; życie, przeplatane podziwem i szyderstwem, słabością i egzaltacją, błahostkami w rodzaju mody, wstążki, plotki, i sprawami poważnemi, uroczystemi, jak uwiedzenie, upojenie miłosne, wyrzuty sumienia kobiety cnotliwej po poświęceniu się, nienawiść do tego, który jest jej mężem, tysiące obaw niespodziewanego podejścia i zemsty, tysiące wyczekiwań szczęścia, sto razy zawiedzionych, a raz spełnionych, wreszcie rozkoszy — koniec zwykły podobnego dramatu, gdzie, jak mówi Balzac: „Dwie piękne dusze są rozdzielone przez wszystko, co jest prawem, a połączone przez wszystkie uwodzące siły przyrody”. A sceny te, Henryku, odgrywały się we Florencji, Wenecji, podczas zachwycających wieczorów, gdzie wszystko żądało rozkoszy i miłości. A później, przejeżdżając niekiedy pod Mostem Westchnień, słyszałem głos mówiący mi: „Zbrodnia i kara”. Ale głos ten niczem był dla pożerającej mię namiętności. Często cierpiałem, jak potępieniec; wzrok mój prawie zupełnie był zniszczony, a mimo to w południe, w blaskach olśniewających słońca włoskiego, wiozłem ją w swej szalupie na Lido, do Malamoco, do Chiosy.