Często się przydarza, że bezinteresowność raczej jest lenistwem, tak samo jak, że pozory szlachetności pochodzą z głupstwa, tj., że są pewne bezinteresowności, że są pewne fakta, wynikające z głupstwa, którym ludzie podchlebiają, przezywając je szlachetnemi. U nas takich bardzo wielka siła. Z lenistwa naszego, z chęci używania a nie działania, srodze potępiające nas wyniknęły skutki: na drodze realnej, że nie mamy bytu — na drodze idealnej, że nie mamy wspomnień naszego bytu, życia naszego życia, tj. historii polskiej. W tym względzie żaden naród niżej od nas nie stoi. Tak tu się stało, jak we wszystkiem: mamy ułamki kościotrupowe historii, tj., chroniki, z których najlepsza chronika Naruszewicza, tyle razy obdarzona tytułem historii — ale nie mamy organicznych dziejów polskich, nie mamy całości. Stąd wynika, że nie ma Polaka, który by głębiej nie znał szkockich dziejów od swoich własnych. Przyznaję zresztą, że gdyby przyszło prawdziwie i filozoficznie komu pisać polską historię, to chyba trza by mu było być cudzoziemcem, żeby się odważyć do takiego dzieła. Serce Polaka nie zdołałoby przenieść na sobie, by odsunąć zasłonę, leżącą nad takim ogromem niedorzeczności, błędów raczej słabości, niż namiętności, głupstwa raczej, niż zbrodni, dzieciństwa raczej, niż ludzkich czynów.

Nie zdołałaby ręka polska opisywać, jako nam opatrzność wydzieliła ogrom darów swoich, jako nas postawiła na pysznej drodze, na samym środku Sławian, jako napisała w przeznaczeniach naszych, że my powinni ich skupić i uorganizować, jako nam dała potęgę, wtedy kiedy sąsiedzi byli słabi i dzicy, jako nas połączyła, nas jednych z sławiańskiego szczepu, z żyjącą i oświeconą Europą i jako my wszystko zmarnowali nie przez hojność, nie przez popęd, nie przez rozpasane namiętności, ale tylko przez nieporządek, przez opieszałość, przez brak rozumu, a nieraz i serca. Podobni w tem do tego, który nikomu szklanki wody nie dał, a stracił majątek.

Słyszałem nieraz naszych sawantów, dziwiących się, że nie ma epopei polskiej. Rzecz jasna: gdzie nie ma historii, tam epopei być nie może. Epopeje nie przez poetów, ale przez narody się robią. Grecja u stóp murów trojańskich zrobiła Iliadę. Germanie w walkach Attyli Nibelungów. Trza czynu, który by lud cały poruszył aż do wnętrzności jego — a u nas nigdy nic takiego nie było. Żadne factum w Polszcze nie wdarło się głęboko ani w uczucie, ani w pamięć narodu. A, mój Boże, mój Boże, my nie dzieci, my nie młodziki, my od tysiąca lat przeszło żyjemy! Jedyna nasza epopeja to Myszeida Krasickiego. Jedyna liryczna poezja, to Fraszki Kochanowskiego. Jedyna tragedia to Barbara Felińskiego. I w rzeczy samej tragicznego przedmiotu w historii polskiej nikt nie wynajdzie. Tam tylko jest tragiczność, gdzie były głębokie uczucia i silne namiętności.

Tragedia jest to to w teraźniejszości, co epopea w przeszłości; do jednej i drugiej trza ruchu, tradycyj poważnych i wiary w coś na świecie.

Było pryncypium, zakorzenione w Polszcze, które niszczyło wszelką w niej poezją: pryncypium buffońskie, rubaszność szlachecka, trefność dworzańska, krotofilność. W innych narodach byli szczególni ludzie, wyznaczeni na pastwę temu pryncypium: zwali się błaznami królów (Triboulet etc. etc). U nas cała szlachta ćwiczyła się w tem rzemiośle, a że wszystko przesadzamy, byliśmy nieraz fanfaronami błazeństwa (tak, jak Lacenaire był fanfaron du crime). Ileż to z tego opłakanego zwrotu ducha narodowego wyniknęło podłości i uniżenia w postępowaniu! Ileż razy szlachcic, dworzanin, tak się przyzwyczaił wszystko w koncepta stroić, że nareszcie koncept powiedział o cnocie i został łajdakiem! Ileż to sejmów przez koncept zerwanych! Samo liberum veto było rodzajem konceptu, ale to z tych konceptów, które kończą się płaczem.

Były u nas indywidualne cnoty i bohatyrstwa, ale narodowych nie było. Co u innych narodów wyszło na cnoty i zbrodnie, to u nas wychodziło na buffonady. Tam, gdzie wielkie zbrodnie, muszą być i wielkie cnoty, bo pierwiastek zbrodni i cnoty jeden: moc ducha, ale tylko kierunki różne (mówię ja tu o zbrodniach politycznych, o spiskach, o niesprawiedliwych zaborach, o dumie i żądzy panowania). U nas było ogromne nic.

Ni cnota, ni niegodziwość, ale mezzo termino: błazeństwo. Ni sroga tragedia, ni idylla niewinna, ale mezzo termino: farsa. I tak, leżąc na kożuchu, pijąc małmazję i piwo, trefnując dziwnie krotofilnie, zeszliśmy do grobu.

Teraz niech mi Papa odpowie: czy takie przyczyny nie wydają gorzkich owoców? Czy potomkom takie przeszłości nie zapisują chwil smutnych? Czy taka nicość nie wydrąża nicości w duszach, które się ku niej obracają? Czy można się dziwić, że plemię nasze, że pokolenie nasze pochyloną trzyma głowę, kiedy pokolenia przeszłe wszystkie żarty zużyły, a nam tylko zostawiły niedolę?

O, ze śmiechu, który niegdyś rozlegał się po Polszcze całej, została nam tylko zawczesna starość. Polska lat pięćset się śmiała gardłem całem i komiczną była — przez kompensacją my dziś płaczem i czujem nieco tragicznej.

Pisałem ja tak długo, choć z obawą znudzenia, jak zwykle, dlatego, że serce moje i usprawiedliwić chciałem z zarzutu, jakoby ono nic nie czuło, jakoby usiłowania drogiego Ojca nie mogły go powołać do chwili nadziei. Chciałem, z ogółu rzecz biorąc, oskarżyć okoliczności i przeszłość, a zdjąć z teraźniejszości ciężar wyrzutów.