Ludzie są tem, czem ich przeszłość zrobiła. Zależą nie tylko od chwil, w których są, ale od wszystkich, w których nie byli. Strasznemi bywają zapisy czynione przez przodków: zdrowie, choroba materialnie — radość, smutek moralnie — i jeszcze kara, lub chwała. My w testamencie dostali tylko wypłatę długów...

118. Do Konstantego Gaszyńskiego

Florencja, 9 lutego 1836

Drogi mój Konstanty! To chyba diabeł konfiskował listy, które Ci pisałem z Niemiec, a potem z Tryjestu. Pewno, pewno. Wielką radość miałem dzisiaj i za nią Bogu dziękuję, żem się dowiedział, że żyjesz; nieraz my z Konstantym, siedząc wieczorem, mówili o Tobie i myśleli już, żeś umarł. Wczoraj jeszcze prosiłem Seweryna Mielżyńskiego, żeby pisał do Prowancji i dowiedział się o Tobie. Chwała Bogu, mój drogi. A, jak widzę, nie tylko żyjesz ciałem, ale i całą duszą, bo tak piszesz po polsku i po francusku, prozą i wierszem! Oby nigdy Cię nie opuściła ta łatwość, ten dar boży, który tyle chwil słodko odpędza, maskuje tyle chwil gorzkich, kiedy nie można ni czuć, ni pisać w nich. Obyś nie przyszedł do stanu przeklętego, w którym poeta zapytuje samego siebie: „Jestże poezja, nie ma li jej na świecie? Cierpkie to zwątpienie, a zarazem za niem, jak dwa widziadła, stąpają dwa drugie zwątpienia: jedno o Bogu, drugie o nieśmiertelności duszy własnej.

Przekleństwo tym Niemcom, panteistom, filozofom! Oni chcą, by materia i duch jedno były, by zewnątrz świata, by za naturą nic już nie było, by organizm świata był Bogiem, żyjącym na ciągłej przemianie, na ustawicznem umieraniu cząstek swoich. Przeklęci, przeklęci — oni mnie pozbawili na czas długi uczucia piękności! A jeżeli to prawdą, żeśmy błaznami dni kilku, a potem prochem, gazem, infuzoriami, idącemi się zrosnąć w jakie inne błazeństwo organiczne? A jeśli prawdą, że świat tylko nieśmiertelny, a wszystka cząstka jego śmiertelna, odmienna, bez wiecznej indywidualności? Jeśli Bóg, to otchłań tylko przemian bez końca, to wieczność śmierci i urodzin, to łańcuch nieskończony o pryskających ogniwach, to ocean, w którym każda fala wspina się, by kształt dostać, i opada natychmiast bez kształtu? Ah, powiedz mi, gdzie piękność, gdzie poezja? Bo poezji nie ma bez nieśmiertelności duszy, bo poezja, to losy dusz naszych w przeszłości i w przyszłości, w porównaniu z naszym stanem dzisiejszym, bo poezja moja i każdego, to to, że był kiedyś, gdzieś, i że będzie kiedyś, gdzieś, ale ten sam, on, on zawsze, czy na ziemi, czy na jakimś komecie, czy w raju, czy w piekle, czy w czyśćcu, czy w polach Elizejskich, czy na Wallhalli, byleby to on był, on! Bez tego już mi i oczy kochanki, już i promienie słońca niemiłe. Ah, przeklęte Niemcy, filozofy!

Widzisz Ty z tej przemowy, że nie w rozkosznym jestem humorze. Żeby to nawet tylko filozofia Niemców, tobym jeszcze dał sobie rady; ale, od kiedy Tyś o mnie nic już się nie dowiedział, zaszły wypadki, które wstrzęsły mną całym od stóp do głowy i od mózgu do serca.

Teraz, co się tyczy Komedii, nie mam żadnego egzemplarza. Ta rzecz się stała przez księgarza w Frankfurcie nad Menem, i ten księgarz się przestraszył potem, i wstrzymał i wstrzymuje dotąd gotową edycję; ładu z Niemcem dość nie można, tak się boi. Edycja mała, bo tylko dwieście pięćdziesiąt egzemplarzy. Teraz, kiedy widać, że chwalą dzieło (nie tylko jeden egzemplarz, ale ze dwadzieścia wykradziono i rozesłano), powiedz mi, czy nie można by drugiej edycji zrobić? Mógłbym ja dostać od kogoś, który ma jeden egzemplarz, i przesłać Tobie, a jeśli myślisz, że zyskasz na tem, to sobie na swój zysk wydawaj! Odpowiedz mi na to! Nikt się upomnieć o podrobioną edycję nie może, bo nikt manuskryptu nie kupił.

Nieszczęśliwy ja jestem w edycjach. Wystaw sobie, posłałem teraz Irydiona i pieniądze komuś; od tego czasu ani słychu o nim, zapewne manuskrypt, by dojrzewał, do szuflady schował. Jeśli to potrwa, to ja Tobie drugi tego samego manuskrypt prześlę, Tylko, mój Konstanty, napisz mi wszystkie objaśnienia w tym względzie: napisz, jak do Ciebie co posłać, pewno do Aix, jak drukują w Paryżu, wiele arkusz druku kosztuje etc. etc, a pamiętaj być szah! z tem wszystkiem. Ciekawym niezmiernie wierszy Twoich francuskich; prześlij mi kilka w pierwszym liście!

Danielewicz serdecznie Cię ściska i zapytuje, gdzie Ulrych i prosi o adres jego.

Mój Konstanty drogi, Bóg Tobie nagrodził dobroć Twoję, wiarę Twoję we wszystko słodkie, poczciwe i piękne. Znalazłeś przyjaciół, którzy radzi Tobie, znalazłeś i cele. Ah, Ty nie czujesz tej próżni bez imienia, bez granic, w której obumieram; choroba nieubłagana, powolna, rozstrajająca nie przepsuła Ci ducha i ciała; znosisz mężnie wygnanie i w pięknem niebie są jeszcze blaski nadziei, chmury rozkoszy dla Ciebie. Ja nigdy nie mogę dojść do czegoś słodkiego, niewinnego; w poezji mojej nic nigdy nie było naiwnego, potulnego, dobrego. Szatan, nie anioł stróż mój, natchnął mnie od lat dziecinnych. Zawsze pękające serca, przeklinające siebie same serca cisnęły się pod moje pióro. Gruz i popiół, oto państwo moje, i, siedząc na tych ruinach, zżarłem ostatki nadziei i miłosierdzia Pańskiego w sobie. Powiedz mi, drogi mój, czy pamiętasz, jakem był lekkomyślny, wesoły, jak mi dni schodziły, gdyby motyle. Oh, nie! Podobno ja nigdy takim nie byłem; już w dzieciństwie mojem były namiętności, które mnie kaziły, które mi czystość duszy odebrały przed czasem; starością jakąś zawsze cechowały mnie bogi, nigdym nie był tak niewinny, tak dobry, tak ufny, jak Ty, i dlategom nigdy nie był, jako Ty, szczęśliwy. O, jakże chciałbym choć na chwilę jedną zostać dzieckiem wśród zielonej łąki świata i śmiać się do muszek, i śmiać się do kwiatów, i dziewcze jakie młodziuchne mieć u boku swego, do której mógłbym powiedzieć: „Siostro moja”. Ozwała się we mnie potrzeba niewinności, konieczny mus wiary w niewinność, kiedym już stary na sercu, kiedy już niewinności ufać nie zdołam. Coś czystego, coś czystego daj mi, a ja Ci duszę oddam w zamian! Wieku mojego nie cierpię, a jednak wszystko we mnie zgodne z wiekiem, w którym żyję: te same rozhuzdane żądze i niemożność ta sama, te same pół-wiary i pół-błyski rozumu i ta sama nuda ogromna, straszna, piekielna, zimna, jak lód, pożerająca, jak ogień. Bądź co bądź, Ty nie zapomnisz o przyjacielu lat młodych, Ty będziesz pamiętał, że on kochał Cię szczerze. Cokolwiek ze mną się stanie, Ty pamięć moją szanować i miłować będziesz. Ale to wszystko mgły, co mi mózg zaciemniają; rozpędzić ich nie zdołam.