124. Do Adama Sołtana
1836. 1 augusta151, Praga
Wyjechawszy z Kissingen 26 lipca, od trzech dni już stanąłem w Pradze. Nic nie wiem o przyszłych losach, nic a nic, to tylko wiem, że szczególne próbki towarzystwa warszawskiego fashionable za dni teraz płynących, przechadzają się po Karlsbadach i Marienbadach, przechrzty, celnicy, ludzie spanoszeni od 1831 roku arendą wziętą od rządu na wódkę, tabakę, i towarami, ludzie zowiący się......., gadający o swoich kucharzach, apartamentach, o balach dawanych na Zamku pod kolumną Zygmunta, w których figurują na pierwszem miejscu wraz — aj waj! — z panami polskimi pozostałymi. Był w Marienbadzie jeden egzemplarz tych panów, z matką, z siostrami, wlokący się za tymi żydami z prawdziwie świętą rezygnacją, rozmawiający z nimi, jedzący, piknikujący, tak zupełnie oddany im, jak słyszałeś, że niegdyś starożytni oddawali się Fatom kiedy poznali, że daremna przeciw Fatom walka. Cezar sobie togą oczy przysłonił za pierwszem uderzeniem Brutusa, Katon sobie dialog Fedona odczytał i pchnął się w serce, ten zaś wzdycha i z tem samem poświęceniem się, na wolę losów, panu P. rękę ściska i kieliszkiem o jego kieliszek dzwoni. Nic zabawniejszego by dla mnie nie było, gdybym sam nie był Polakiem, ale to wszystko zmienia i, co by śmiesznością tylko się wydało, w tem znaczeniu musi podłością koniecznie być. Im bliżej do rodzinnej ziemi, tem obrzydliwsze powstają widma. Na przykład we Włoszech ujrzysz jeszcze X. X., ludzi możnych, jeszcze jakiś polor czasami czegoś mających; w Kissingen nad Renem ujrzysz z kijowskiej gubernii X., skąpego filantropa, przecież jeszcze, mówiącego dobrze po francusku, żałującego dwóch guldenów dla biednej żony, ale jeszcze, jeszcze ujść mogącego. Lecz w Karlsbadzie i Marienbadzie już wytrzymać nie potrafisz: tam ni Ukraina, ni Wielkopolska, ni Litwa, ale Warszawa się wylała, wylały się pomyje, co zostały na dnie w tej beczce, braha skiśniała gorzelników i piwowarów. Tam dopiero usłyszysz i pojmiesz, co to Polska dzisiaj: jak wszystko się płaszczy, jak wszystko przekupne, jak urzęda, przez Polaków odzierżone, dziesięćkroć razy straszniejszemi są, niż piastowane przez Moskali, jak wali się z pieca na łeb ostatek godności narodowej, jak z nędzy i hańby powszechnej korzystają Niemcy i Żydzi, jak Żydzi wszędzie i Żydzi tylko mają wpływy, znaczenie, potęgę, dostatki. A jak zobaczysz na własne oczy te figury naszego tiers-etat, gorsze tysiąc razy, niż niemieckie bankiery i epissiery niemieckie lub francuskie, podlejsze i chciwsze, niż najlichszy agent de change152, czekający w przedsionku Rotszyldów, bogatsze i potężniejsze w dzisiejszym stanie rzeczy, niż największy pan polski — to ci coś przeklętego w sercu stanie, to i łzy zakręcą się w oczach, i świat cały Ci się wyda tylko marną farsą, której chyba koniec jest początkiem czegoś szlachetnego i lepszego, lub przynajmniej ciszą!
Nie, nie, mój drogi! To jest wieczne prawo: kraj, który stał przez arystokracją, gdy ta arystokracja ginie, musi przejść przez długie lata poniżenia i podłości. Nie od razu siły żywotne, zgromadzone w niej, mogą inny kierunek wziąć i znów być jasnym płomieniem. Gdzie lud jeszcze niewywyższony na wielki — oświeceniem, tam bez arystokracji nic nie będzie i być nie może. Lud sam działać nie zdoła nigdy, reprezentanci jego prawdziwi, to arystokracja, nie kupcy, nie tiers-etat, nie bankiery. Kto porywa masy? Kto się sam porywa na drogi niebezpieczne, którym tylko przyświeca gwiazda honoru lub sławy? Kto? Lud tylko i arystokracja. Lud zaś umie tylko przez trzy dni być zgodnym, wielkim, potężnym, reszta czasu musi wpaść w ręce mniejszej liczby ludzi. Smutny jestem bardzo, wszystko dokoła kirem powleczone mi się wydaje.
Powiedz mi, czy lżejsze powietrze w górach, czy wolniej serce bije nad jeziorami? Wspomnij też czasem o mnie na tym Lemanie, kędy tyle uczuć młodego serca puściłem wraz z biegnącemi falami, kędy lubiłem marzyć o przyszłości, której nigdy nie obaczę!
Jadę do Graeffenberga za dni kilka; pisz do Pragi, tylko zaraz, ja Ci z Graeffenberga pisać będę. Konstanty i Salvanus i Otton O’Connel153 Ci się najszczerzej kłaniają. Addio, mój drogi!
125. Do Henryka Reeve’a
Grefenberg, 26 października 1836 r.
Drogi Henryku!
Dopiero dziś odebrałem list Twój z dn. 24 sierpnia. Nigdy nie byłem w Marienbadzie i generał omylił się w tem, jak i w wielu innych rzeczach. Od dwóch miesięcy jestem w Grefenbergu, gdzie biorę kurację wodną, nowo wynalezioną. Jeśli list ten odbierzesz prędko, gdziekolwiek się znajdujesz, odpisz natychmiast do Freywaldau, Śląsk austriacki, Okrąg Tropawa. Jeśli odbierzesz go dopiero później, daj odpowiedź do Wiednia, gdzie zimę spędzę. Nazywa się to po grecku: Ananke, gdy się jest oddzielonym od siebie o trzydzieści mil zaledwie, a list, który się napisało, zużywa dwa miesiące, by dosięgnąć miejsca przeznaczenia. Żegnaj. Ale jest to jednak z Twojej winy, gdyż od sześciu miesięcy ani słowa jednego nie napisałeś.