Drogi Henryku!
Zapewne, ponieważ wróciłeś wcześniej, niż sądziłeś, do swoich penatów, nie otrzymałeś ostatniego listu, który posłałem Ci do Paryża. Twój list zastał mię w Rzymie w czasie rezurekcji, przepychu ceremonii, Miserere, ogni sztucznych i nieznośnego ciągłego deszczu. Zawiadomiłem Cię, że myśl, którą Ci przesłałem zeszłej wiosny, wyjeżdżając z Florencji, ma stać się caro facta147 i prosiłem Cię, byś mi napisał, jakie wrażenie zrobiła na cingente corona,148 przy czem zbytecznem by było powiadamiać wyżej wymienioną cingente corona o twojej dawnej znajomości z wyżej wymienioną myślą. Co do Procidy, to go opuściłem. Przez dwa lata obcowałem prawie bezustannie ze starożytnością, ze starością, z ruinami. Chcę się orzeźwić trochę i rozważyć stan obecny, czas teraźniejszy. Zresztą mógłbyś mi powiedzieć, że jest to diabelnie gorzkie, jak na środek orzeźwiający.
Pokłoń się ode mnie Handley’owi. Podaj mi o jego żonie wszystkie szczegóły, które możesz. Czy księżyc, oświetlający miesiąc miodowy, zniknął z widnokręgu? Czy nie powstrzymały go koncerty Beethovena, gdy blady skłaniał się ku zachodowi? Prawdę powiedziawszy, Henryku, zaczynam nudzić się tem przeklętem życiem wcielacza idei, które prowadzę. Chciałbym przynajmniej przez czas jakiś, by nogi moje chodziły, pierś pokrywała się potem, a ręce stwardniały. Lecz próżne to życzenie. Co do ruchu, to biję się tutaj codziennie przez dwie godziny na szable i szpady. Bohaterstwo moje posuwam tak daleko, że ci panowie nie chcą ze mną skrzyżować ostrzy. Zresztą, dzielę mój dzień między żale nad rozkoszami nikłemi, które rozwiały się w powietrzu, a chęcią zrobienia czegoś — rzeczą bardzo trudną. Później kładę się i w nocy śnię o kobietach umierających, krucyfiksach, bitwach, przygodach. Noc jest moją epopeją, mojem życiem rzeczywistem, czynów pełnem. Dzień to sen mój i niezdatność, rodzaj okrutnej niemocy... W Kolizeum, w Wielką Sobotę wieczorem dużo było ludzi, księżyc wspaniale świecił i dziesięć głosów śpiewało Miserere na szczycie amfiteatru. Corpo di Dio149! Piękny to był widok. Przypomniało mi to Benvenuta Cellini walczącego w noc podobną w tem samem miejscu z dziesięcioma legionami diabłów. To mi przypomniało całą moją młodość. Gdyż, wiesz zapewne, Koloseum wielki wywarło wpływ na moją wyobraźnię. Był taki tłum, jak w szczęśliwym dniu sądu ostatecznego. I czy mam Ci powiedzieć? Ten orszak, ten galimatias, wszystkie te wspomnienia przybrały w oczach moich postać maskarady, robiły na mnie wrażenie opery „buffo”! Patrz, jak ludzie się zmieniają! Niegdyś byłoby to opera „serio”, poematem, hymnem. Jakież nędzne stworzenie! Jakże nędzny i spodlony jest człowiek! Sam sobie jest największym wrogiem. Nie umie nawet zachować dla siebie swych najwznioślejszych uczuć w nienaruszonym stanie. Dusza jego, jak i ciało, to kupa błota, z którego dziś lepi ołtarz, a jutro rozpuści w kloace. Duch, jak i ciało, służyć mogą materiałem do wszystkiego. Forma jedynie jest boska lub nikczemna. A później filozofia przychodzi nam na pomoc i mówi: „Forma jest niczem”. Do diabła ze wszystkiem, nie wyłączając Twego przyjaciela.
Zyg. K.
Odpisz do Rzymu. Wyjadę stąd dopiero za miesiąc. Kuzynowi Walerianusowi nasze pozdrowienia.
123. Do Adama Sołtana
1836. 10 lipca, Kissingen
Po jakichże górach teraz wędrujem? Ileż wschodów i zachodów słońca nad ślicznemi jeziorami widziałeś? Czy tknęła Ci smutkiem serce dysharmonia okropna, tak fałszywo wszędzie brzmiąca między tą naturą, tyle wzniosłą, a tym ludem, tak chciwym i podłym? Każda gospoda, do której w wieczór przychodzi człowiek w Szwajcarii, niszczy urok, którym go dzień cały otaczał. Rachunki gospodarzy i tryngelty garsonów brudzą czystość ludwików i niebios i łąk zielonych, aż wróci ranek i znów zapomnisz o ludziach wśród chwały natury. Ja dotąd tu bawię; nic żadnej zmiany nie przyniosło w mojem usposobieniu, wiem tylko, że za dni kilka jadę (za dziesięć dni) do Pragi; tam Konstanty zostaje, a ja z Salvanem puszczamy się do Gräffenbergu na wodę zimną, w której będę się kąpał do połowy septembra. Pisz więc do Pragi, Danielewicz będzie mi Twe listy przesyłał. Potem co się ze mną stanie, nie wiem, ani się domyślam. Na dwoje babka wróżyła: albo ojciec do Pragi przyjedzie, i tam rozmówiwszy się rozjedziem się na nowo, albo pojadę do Polski. W tym ostatnim lub pierwszym przypadku, zawsze się będę starał Twój obraz przesłać synowi lub córkom; obaczę, komu łatwiej będzie. Jeżeli wrócim coram in patriam150, przyznam się, że to będzie dla mnie pogrążeniem się w zupełne ciemności, do piekieł zstąpieniem. Ale darmo, człowiek nie może ukuć losu swego, przeznaczenie mu go wykuło, przewiduję tylko, że na tem kowadle przeznaczenia może mię jaki młot w miazgę zdruzgocze; wtedy pamiętaj o mnie, myśl o mnie, i bądź mi zawsze przyjacielem, czy żyjącemu, czy bardzo dalekiemu, czy umarłemu. Na tej granicy, na której niegdyś ojcowie nasi chwytali z szczęsnem uczuciem rodzinne powietrze w piersi, na której klęknąwszy dziękowali Bogu, że im pozwolił wrócić z dalekich wędrówek, dziś my, stając, musim się żegnać z najdroższemi uczuciami i osobami. Dziś domem nam cudze ziemie, własna stała się gorszą, niż obca, niż daleka, bo więzieniem. W tej naszej ziemi, prócz ojca, żadnego przyjaciela, prawie żadnego znajomego nie liczę. Co dzień dochodzą mnie wieści o stanie społeczeństwa warszawskiego, które mnie przenikają zgrozą: podłość doszła nieprzebranej miary, nie ma prawie człowieka, który by umiał nawet powierzchowną godność zachować; dobry byt pieniężny i gospodarski ukołysał serca zranione, burakami i pszenicą grób polski zasypali, na wyścigi się uniżają i liżą. Mojem zdaniem roztropnością się zowie z motyką na słońce się nie porywać, ale z drugiej strony podły ten, kto plwa na motykę za to, że słońca z niebios strącić nie potrafi. Jednem słowem na śmierć smutny jestem i nigdzie żadnej nie upatruję nadziei. Najlepiej by się stało, gdybym mógł zachorować na jaką gorączkę i umrzeć. Wszystkie moje szlachetne marzenia w łeb biorą tem samem, że szlachetność jest wyjątkiem na tym świecie. Ja i Danielewicz gramy tu wściekle, by czas a raczej myśli własne zabić; dosyć nam się powodzi, bośmy dotąd wszystkich jeszcze pieniędzy nie przegrali. Rajecki, któremu się dostała w udziale cierpliwość starej Penelopy — żony Ulissesa, nie księcia Kapui — przepędza czas na przepisywaniu nut lub jedzeniu czereśni. Salvanus drapie się w łysinę i rozmyśla o znaczeniu tego słowa „koza”, ja zaś, niczego dobrego się nie spodziewając z przyszłości, wiedząc, iż każda chwila szczęścia jest wygraną na loterii, a ja w loterię wygrywać nie umiem, ni długo ni często, na wszystko gotów jestem, pocieszając się tą myślą, że jedno z dwóch zawsze wypaść musi: diabli albo człowieka wezmą, albo to, co go trapi, i z tą dewizą zasuwam się dzień po dniu w coraz grubsze ciemności. Temu rok, taki szczęśliwy byłem! Czasem, kiedy w nocy się przebudzę i wśród ciszy obrazy przeszłości przesuną się w żywych barwach, to podskakuję, jakby mi kto kulę między żebra wpakował. Addio, drogi mój — Ty, którego tak szczerze kocham i tak święcie szacuję!
Z.
Danielewicz serdecznie Ci się kłania, toż samo Salvanus i Otton Rajecki. Angliz zabity. Czy list mój odebrałeś w Genewie?