Addio! Addio!

Zyg. K.

121. Do Konstantego Gaszyńskiego

Rzym, 22 maja 1836

Mój drogi! Kiedy się Ty mnie pytasz o szczegóły życia mojego, uśmiech smutny czuję na ustach: niewarte one wspomnienia, choćby dla przyjaciela, niewarte! Znałeś mię kiedyś u wstępu do życia wesołą, pełną ruchu istotą. Nic z tych czasów, ślad ich nawet nie pozostał we mnie. Szczegóły życia mego! Błądzić po ulicach, nie sypiać po nocach, ledwo słyszeć, co do mnie mówią; cierpieć wiecznie w głębi ducha, książkę do ócz zbolałych przyłożyć i odrzucić ją ze wstrętem; położyć się na sofie i słuchać muzyki Konstantego, by zaraz wstać w jakiejś rozpaczy, obudzonej pięknością dźwięków, i prosić go, by przestał grać; w karty kilka minut pasować się z szyderskim, niewidomym losem i karty rzucić na stół w nudzie; tysiącom myśli powtarzać, jak Kartuzy memento mori146, „bądźcie zdrowe”; drżeć na pewne wspomnienia, czasem puścić im serce, a potem odsuwać je od nich; sypać żarciki jakieś gorzkie, płonąć gorączką od nagiego gwałtownego śmiechu i zapaść w próżnię bezdenną, w milczenie kilkogodzinne: oto masz szczegóły życia; nie zabawią Ciebie, mój drogi, nie ucieszą Ciebie; lepiej było ich nie wspominać.

Jest tu Juliusz Słowacki, miły człowiek, ogromem poezji obdarzony od niebios. Kiedy ta poezja w nim dojdzie harmonijnej równowagi, będzie wielkim. Kordian jest poematem zapału, szaleństwa; są w nim pyszne położenia i dziwnie trafne pojęcia. Maria Stuart jest także znakomitą. Mickiewicz nawet sam nie miał tak różnobarwnej i giętkiej wyobraźni. Jednak trzeba, by te żywioły doszły w Słowackim do harmonii muzycznej, by sztuczniej jeszcze nauczył się godzić dysonanse z prawdziwemi dźwiękami. Brak mu czasem powagi, bez której poezja może być miłą igraszką, ale nigdy nie zostanie częścią świata. Tej on nabędzie, bo zdolności tak silne nie ustają, nie słabną, aż odbędą drogę sobie przeznaczoną, i wydadzą wszystkie owoce, w nich nasiennie zawarte. Garczyński nie miał i trzeciej części jego ducha, choć tak w obłoki podchwalony przez Mickiewicza.

Za dni najdalej dziesięć puszczam się w drogę, za dni zapewnie dwadzieścia będę w Kissingen, blisko Würzburga w Bawarii. Tam pisz zaraz i donieś, jeśliś słyszał o jakiej recenzji lub krytyce, lub sądzie, tyczącym się Irydiona, o którym Irydionie kiedy będziesz pisał, to proszę, byś go dłużej nie wymieniał nigdy, jak przez I.

Opuszczam Romę. Nie wiem, czy wrócę do niej, nie wiem, co mi losy gotują nie tylko w przyszłości, ale nawet za cztery miesiące. Może być, że do kraju pojadę. Jeśli pojadę, każ mszę za przyjaciela odmówić i bądź na niej obecny, bo zdaje mi się, że na moją zgubę tam zapadnę. Pamiętaj także, że, gdybym pojechał, to, co pisać będziesz, powinno być niewinne, jak idylla. Jeśli zdołam, znów, krótko zabawiwszy, wyjadę. O matce Twojej dowiem się wszystkich szczegółów, a jeśli będę mógł, sam ją obaczę. Przyszlij mnie jej adres znowu!

122. Do Henryka Reeve’a

(Bez daty)