9 grudnia, Roma, Piazza di Spagna Nr 26
Mój kochany!
Dziś, dnia dziewiątego grudnia, list Twój otrzymałem i wierzaj mi, Henryku, uczynił mię szczęśliwym na chwil kilka, a i to już wiele w tej plecionce nieszczęść i zniechęcenia, którą umówiono się nazywać życiem ludzkiem. Dzięki Ci, mój drogi, sto razy dzięki za Twoją stałą przyjaźń. Bądź pewien, że Ci ją w sercu swem odwzajemniam. Farys jest bardzo dobrze przetłumaczony, a nawet w paru miejscach, bardziej w języku angielskim, niż we francuskim, do oryginału się zbliża. Mickiewicz jest na wsi i powróci dopiero za dwa dni; ponieważ nie mogę opanować swej niecierpliwej chęci pisania do Ciebie, w liście Ci opowiem, co sądzi o tłumaczeniu zdania in dubio. Jest to huragan, który, widząc przybywającego jeźdzca, bierze go za wiatr, za jednego ze swych młodszych braci. Zdaje mu się, że jeździec jest wiatrem i dlatego przypuszcza, że każdy wiatr jest jednym z huraganów, jego braci.
Strofki Twoje, napisane dla C. po wieczorze u Lombardów29, są takie, jakie być powinny — pełne uczucia, które Cię wtedy ożywiało i bez wątpienia piękne są te dwa wiersze: Though the blast which has used them has vanished for ever30 itd.
Rzeczywiście, wiersze to niezwykle piękne.
W tych dniach w myślach moich taki zapanował chaos, że może z trudnością tylko rozwikłasz to, co Ci chcę napisać. Lecz jednostki, tak jak i narody, mają swoje dni upadku i ciężkiego strapienia. Podniecająca mię we Florencji gorączka ustąpiła, o ile tyczy się to tylko szybszego krążenia krwi w żyłach, lecz nie opuściła mej duszy. Jedyne chwile spokoju odczuwałem, wpatrując się w Wenus Medycejską, gdyż jest to piękność doskonała, a piękność, z marmuru, czy też z ciała i kości, jest zawsze ukojeniem w godzinach męki, jak dla Saula harfa Dawida w chwilach obłąkania, a jednocześnie jest też podnietą w godzinach apatii.
Lecz poza temi krótkiemi chwilami uczuwam kolejno i ogień płomienia, spalającego mi serce na popiół, i zimno stali, która wnika do najczulszego miejsca tegoż serca. Wiesz, kochany Henryku, (gdybym mógł być do Ciebie przywiązany, dla jakiej innej, nie tej jedynie przyczyny, że Cię kocham, najważniejszą byłaby ta, że się nazywasz Henryk; wielką bowiem przyjemność uczuwam, pisząc to imię), że szczególniej w podróży skłonny jestem do ponurego smutku i zamyślenia. Droga moja z Florencji, którą opuściłem 26 listopada, do Rzymu, dokąd przybyłem przed 30-tym, była dla mnie pewnego rodzaju pogrzebem za życia. Przejeżdżaliśmy przez kraj nagi i jałowy, gdzieniegdzie pokryty budynkami, rozpadającemi się w ruinę, lub pochylonemi ku ziemi, posiany włoskiem żebractwem, żywą ruiną na martwych gruzach siedzącą.
I tylko to tyle chwalone niebo roztaczało się w górze, lecz rzadko wznosiłem oczy by na nie spoglądać. Przypominasz sobie z pewnością, że
Yet it was not that nature had shede o’er the scene31 itd.
A gdy tego brakło mi najzupełniej, posuwałem się ciągle, ciągle bardziej smutny ku kresowi mej podróży. Gdybym był przybył do Rzymu przed rokiem lub dwoma, jakżeż byłaby uleciała wyobraźnia moja, młoda jeszcze, w przestrzeń, by wznieść się na kopułę św. Piotra, okrążyć dokoła obeliski egipskie, siąść na szczycie Panteonu, a potem, lot swój zniżywszy do grobów Cezara i Scypiona, spaść na arenę Koloseum i wznieść się z powrotem w pełni świeżości i dziewictwa w stronę Kapitolu, kroczyć ścieżką, którą kroczyli bohaterowie, śpiący teraz pod nim, sami, sławę swoją mając za nagrobek, a ruiny świata całego za mogiłę. Lecz w r. 1830 było inaczej. Z obojętnością zbliżałem się do wiecznego miasta. Pierwsze pytanie, jakie zadałem po przejściu przez bramę zwycięzców świata, było: „Czy jest tu dobra gospoda?”. Silne bowiem wzruszenia, mój drogi, postarzają duszę tak, jak silne wstrząśnienia ciało. — Lecz przeznaczonem było, że coś w Rzymie dość będzie miało siły, by mię rzucić w przepaść zwątpień i wszystkie struny mej duszy aż do zerwania rozstroić.