Znalazłem u Mickiewicza dzieło słynnego Lemmennais’go o religii katolickiej, religii mych ojców, dla której poza kilku próżnemi znakami krzyża od dawna nic nie miałem. Przeczytałem je, i kochany Henryku, zobaczyłem przepaść, otwierającą się przed mojemi stopami. Wieczność, tak ogromna, wielka, Bóg mściciel, myśli płoche, przemienione w zbrodnie w moralnym porządku, i te męczarnie okropne, kary za owe zbrodnie — to wszystko mię wzburzyło. I wszystko tak dobrze złączone, powiązane ze sobą, zgadzające się ze sobą, dowiedzione bez możliwości zarzutów. Tak, tak wznosi się kościół katolicki na granitowej skale; otoczony świetnością i wielkością, jest podobny do Filipa II na hiszpańskim tronie, surowy, samotny, nieubłagany, mściciel jedyny. Tortury i męczarnie dla tych, którzy go nie czczą, błogie szczęście dla tych, którzy cześć mu oddają. A ten dogmat straszliwy: poza mną nie ma „zbawienia”, jest wyryty na jego koronie, połyskującej od niebiańskich promieni i ognia piekieł. Kochany Henryku, zadrżałem, zbladłem, lecz nie uwierzyłem; lękam się i padam na kolana, lecz uwierzyć nie mogę. — Jedyną, lecz nie do pokonania przeszkodą, która się wznosi między mną, a katolicyzmem, jest właśnie ten dogmat: „poza mną nie ma zbawienia”. A więc ta, którą kochałem i kocham, nie będzie zbawioną? Biedna dziewczyna! Nieszczęśliwa na tej ziemi, potępiona w wieczności. Nie! Królowa mych snów, kochanka mojego serca, jest czysta i słodka i będzie zbawiona! Boże Dobroci, biorę Cię za świadka! Tak, ona nie może być wiecznie nieszczęśliwa dlatego, że urodziła się chrześcijanką, lecz nie katoliczką. Oh, tak, tak! Nie umrze śmiercią upadłych aniołów.
From the heretic girl of my soul shal I fly32 itd.
Natychmiast po przeczytaniu tej książki byłem w stanie, trudnym do opisania. Miałem w sobie dużo szaleństwa i nieco rozpaczy. Widziałem wszędzie dokoła siebie ruiny, zagładę, przyjaciół moich, potępionych na zawsze, kochankę moją, straconą dla mnie na ziemi i w niebie; potem zdawało mi się, że i ja sam staczam się ze stopnia na stopień, ciągle niżej, ciągle prędzej: jak gdyby zaciężyło nade mną przekleństwo boże. Lecz ona, ona, ukochana moja, miłość moja, rozdzierała mi serce, gdyż doszedłem do miejsca, w którem należało wybrać między moją H. i moim Bogiem.
Takie były pierwsze skutki tej książki, lecz po trochu uspokoiłem się; walczyłem z piekłem myśli, znalazłem ukojenie, powiedziawszy sobie, że Ten, który rzekł do jawnogrzesznicy: „Idź, niewiasto, i nie grzesz więcej”, nie zwróciłby swego nieubłaganego gniewu przeciwko tej, która jest tak dobrą na ziemi i tak mię kocha. Lecz z tych dwóch silnych wstrząśnień, doświadczonych we Florencji i w Rzymie, coś jednak w umyśle moim zostało, coś, jakby posiew obłędu. Zobaczysz, drogi Henryku, czy to nie wzrośnie z czasem. Przeczytaj jednak Lammennais’go Obojętność w sprawach wiary i powiedz mi, co myślisz o tem. Lecz przede wszystkiem zaklinam Cię, jeśli mię kochasz, czytaj Schlegla Historię literatury w dwóch tomach. Przeczytaj, wiem, że będzie to z korzyścią dla Ciebie. Teraz skoro Ci już tyle powiedziałem o sobie, muszę zacząć mówić Ci o Tobie.
Jesteś nieszczęśliwy. Wyczytałem to w Twoim liście. Chociaż chciałbyś zapomnieć i zasnąć, musisz czuwać i cierpieć. Takie jest nasze przeznaczenie. Niech się dzieje wola boża! Lecz nie mogę zrozumieć lodowatej obojętności C; chociaż przypuszczam, że, gdyby się teraz do Ciebie przywiązała, to sprawiłoby Ci to tylko przelotną, nie zaś namiętną radość. Był czas, gdy, królem będąc ziemi, byłbyś złożył u jej stóp koronę, albo też, królem będąc poezji, lirę byś złamał na jej żądanie. Ale czas ten minął; kochasz ją jeszcze, lecz, gdyby Cię teraz zaczęła kochać, nie cierpiałbyś jej może. Jako przyjaciel Twój, drogi Henryku, muszę Ci prawdę powiedzieć. Nie sądzę już, by C. mogła Ci dać szczęście. Gdyby była odpowiedziała na Twoje pierwsze spojrzenie spojrzeniem miłości, wtedy byłbyś szczęśliwy przez pewien czas i prawie Bogiem na ziemi. Lecz czułeś, a ołtarz był dla Ciebie z marmuru. Zrobiłeś więcej: przywiązałeś się do tego marmuru (uczyniłbym to samo) i wszystkiemi swojemi marzeniami, całą duszą otoczyłeś zimny i nieczuły kamień. Stopniowo przyzwyczaiłeś się do tego, że zupełnie nie odpowiadano na Twoje westchnienia i na Twoje łzy. Twoja dusza, Twoje serce dość były wielkie, by wystarczyć sobie. Byłeś przed swoim posągiem Pigmalionem, lecz bogowie byli głusi na Twoje wołania i nie ożywili go. A teraz, gdyby nagle stanął przed Tobą, pełen życia i miłości, wierzaj mi, zimne byś nań rzucił spojrzenie; bo Henryku, kochałeś imię, a nie rzecz samą, marmur, a nie kobietę. Kochałeś, bo byłeś skłonny do miłości, jak każde serce wzniosłe i piękne. Lecz C. zupełnie nie kochałeś, tylko w niej powszechną duszę miłości. Oto dlaczego miło mi, i mam jeszcze nadzieję, że dla Twojego serca przeznaczone są dni wesela. — Tak, Henryku, ujrzysz ją, jak anioła, ku Tobie schodzącą, tę, którą ześle Ci Bóg, by upiększyć kilka chwil, byś nie mógł powiedzieć w ostatniej swej godzinie: „Nie żyłem wcale”. Tak, poczujesz jeszcze bicie swego serca, ujrzawszy z dala fałdy jej przejrzystej sukni. Zbliżysz się, do nóg jej padniesz, a ona Cię obsypie błogosławieństwami i uśmiechami. Będziesz musiał jeszcze walczyć, jak ja, jak ja, męczarnie i niepewności znosić i, jak ja wreszcie, to szczęśliwy, to nieszczęśliwy będziesz. Pamiętaj! Ale po cóż mi cośkolwiek przypominać człowiekowi, który mi ukazywał drogę cnoty, kiedy nie tak dawno temu byłem bliski zboczenia z niej? Ach, wierz mym przeczuciom, piękne Cię dni oczekują, ale dni, spędzone z kobietą, godną człowieka i poety.
Lecz porzućmy te obrazy, gdyż mózg mój się zaciemnia. Postaram się opisać Ci to, co widziałem w Rzymie. — Rzym, „miasto duszy”, jak mówi Byron. Od dziesięciu dni jestem w Rzymie. Widziałem tylko Św. Piotra i Koloseum, gdyż, żeby oglądać, trzeba się czuć dobrze, a ja się czuję źle.
Kościół Św. Piotra jest arcydziełem, stworzonem przez ludzi. Wszystko w nim harmonijne i proporcjonalne. Niezmierzone bogactwa nie są nagromadzone nieporządnie, lecz tworzą całość prostą, surową, wielką. Ale, gdybym był Turkiem, tak samo bym ją podziwiał, jak będąc chrześcijaninem, gdyż, wszedłszy tam, uczułem kunszt ludzki, lecz nie obecność boską.
Co innego Koloseum.
Przy pięknem i jasnem świetle księżyca wszedłem pod te arkady, które tyle widziały pokoleń, ponad któremi zaciężył lud królujący w dniach swej potęgi i które nie zwaliły się pod ciężarem ni ludzi, ni czasu. Księżyc stał jeszcze nisko na widnokręgu, wnętrze budynku było ciemne — starałem się wzrokiem swoim przebić ciemności. Serce moje biło, gdyż czułem się bliskim starożytnych czasów. Pogrążyłem się we wspomnieniach. Powoli promienie zaczęły przenikać poprzez szczeliny murów, poprzez aleje portyków i dziwnem było patrzeć, jak załamywały się w kątach, na kapitelach i kolumnach.
W kilku miejscach igrały znów z bluszczem, który zastąpił purpurę i jedwab cyrku. Wszedłem na pierwsze piętro, potem na drugie; wszędzie było ciemno i czarno. Znów się zatrzymałem i oddałem się głębokiemu dumaniu. Nade mną było niebieskie niebo, gwiazdami włoskiemi posiane, poniżej przepaść o całej wysokości Koloseum. Wspomnienia za wspomnieniami biegły ku mnie i wyobraźnia moja stopniowo się unosiła. Im wyraźniej występowały przedmioty dokoła mnie tem bardziej się przenosiłem do czasów, których już nie ma, a jednak żyją w ludzkiej pamięci. Zdawało mi się, że słyszę zmieszane odgłosy: krzyk przenikliwy gladiatora, później oklaski całego ludu, szmery pochwalne następowały po wściekłych wrzaskach, ryki lwów i tygrysów, a potem wśród tego wszystkiego muzyka greckiej fletni i dźwięki trąbki wojskowej. — Nagle jęki się podniosły i zapadły w ciszę, czułem że nie podniosą się więcej. Wtem szczęk mieczów i sztyletów starożytnych rozległ się pod sklepieniami, a potem zdawało mi się, że słyszę to tu, to tam upadek ciała, pokrytego pancerzem, lub staczanie się puklerza na piasek, a później znowu jakby szmer wielu wolno spływających strumieni i uczułem zapach krwi. Lecz ponad temi wszystkiemi krzykami i całym hałasem, panował jeden głos, choć cichy był i drżący. Unosił się pełen harmonii w powietrzu. Rzekłbyś: hymn nadziei, a jednak na zawsze miały się zamknąć wargi, z których wychodził. Można by powiedzieć: hymn śmierci, który śpiewa dziewica chrześcijańska przed połączeniem się z Bogiem.