132. Do Henryka Reeve’a

30 kwietnia 1837 r.

Drogi Henryku!

Mówiąc o Henriecie, obudziłeś w mej duszy coś niewypowiedzianego. Zdawało mi się, że we własnem sercu usłyszałem dzwon pogrzebowy. Żadna z kobiet, którą kochałem na tym świecie, nie była szczęśliwa, nie szedłem bowiem w miłości drogami świata i nie kochałem żadnej według przepisów i ceremonii, ustanowionych przez społeczeństwo. A teraz, gdy sprawiłeś, że struna, drzemiąca w mojem sercu, wydała jęk przeciągły, cała moja pierwsza młodość wraca do mnie. Ujrzałem znowu te same widoki, twarze, czuję woń tych samych kwiatów i niejasne zarysy tych samych marzeń. Mały domek Empeyta szydzi ze mnie białością swoją, ciasny ogródek, gdzie przycisnąłem ukochaną do łona, gdzie ukląkłem po jej odjeździe i tyle się za nią modliłem, obejmuje mnie swemi drzewami, łodygami, gwiazdami. A fale jeziora zdają się skarżyć i w promieniach księżyca spostrzegam łódeczkę swoją, kołyszącą się na wodzie. Biedna Henrieta! Los jej jest losem większości kobiet: mierność, przerywana kilkoma rozdzierającemi wspomnieniami, i duch ich powoli drętwieje, a piękność ich niknie z każdą wiosną. Gdy róże znów się pojawiają, one więdną; wszystko je opuszcza: i kochankowie, i mężowie, i dzieci. Serce ich tylko pozostaje niezmienione, świeże i zawsze młode w ich łonie. Gorzkie szyderstwo, które my, mężczyźni, nie jesteśmy skazani znosić, co nam oszczędza przynajmniej śmieszności, ale czyni nas zimnymi, rozumującymi, chciwymi dóbr doczesnych materialistami. Kobieta nigdy materialistką nie jest; jeśli chce za taką uchodzić to dlatego, że się wstydzi przeciwieństwa, które wytworzyło się między jej położeniem a sercem, że pragnie wydać się zrezygnowaną i rozsądną. Ale w gruncie rzeczy ma zawsze nadzwyczajnie gorące uczucia, jakiekolwiek byłyby lody, rzucone na nią przez wiek, jakąkolwiek powściągliwość, którą wlały cierpienia lub doświadczenie w jej formy zewnętrzne, w jej codzienne rozmowy. Dlatego też kobiety są nadzwyczajnie nieszczęśliwe po przekroczeniu czterdziestki, dlatego też kobiety są bardziej religijne od mężczyzn, dlatego też widzimy, że mają niewyczerpane sposoby przywiązywania się nawet do obcych: jest tyleż improwizowanych matek i sióstr na tym świecie, co kochanek; kochać, to znaczy żyć dla kobiety.

Biedna Henrieta! Jeśli pierwsza kobieta, którą mężczyzna kochał, wywiera wpływ ogromny na resztę jego życia, cóż ma to dopiero za znaczenie dla kobiety? Widzę jeszcze ten dzień deszczowy, w którym schodziłem górnemi ulicami, przechodziłem przez most Rodanu, biegłem do Paquis, i siostrę Emilię, idącą do kościoła, i mały opuszczony domek, i milczącą służącą, jak mówi mi, że nie ma nikogo, i schody, które przemierzyłem w dwóch susach, i pokój naprzeciw Mont Blanc’u, i dziewczę młode, całe w czerni, wychodzące ze swej sypialni, by mi słów kilka powiedzieć, i świat westchnień, i ten pierścień, który jej na palec włożyłem, i mój płaszcz, cały mokry, rzucony na ziemię, i jej śnieżno-białą kryzę, wznoszącą się i opadającą na jej wzburzonem łonie. Czuję wielkie pomieszanie, gdy myślę o tem teraz: po co tam przyszedłem? Przyszedłem, by żądać wszystkiego, a nic nie przyrzec. Mówiłem: „Będziesz mię zawsze kochała, a ja nigdy nie zostanę twoim mężem”. Na co biedaczka wśród łez odpowiedziała mi, wierząc w to szczerze: „Przyjmuję twoje serce, moje do ciebie należy, o reszcie nie mówmy!” Byłem wówczas bardzo głupi, bardzo nieświadomy spraw tego świata, ale nigdy nie byłem tak szczęśliwy i, jeśli będziesz miał kiedykolwiek sposobność zobaczenia jej znowu, powiedz jej, że istnieje myśl męska, która z prawa do niej należy i która jej nie zapomniała. Dzwonami pogrzebowemi, dzwonami pogrzebowemi jest to wszystko, mój przyjacielu. Jezioro spokojne i niebieskie, jakby wielki kamień grobowy z lapis lazuli, i jedyne dwie rzeczywistości, które tam pozostały, jedyne widma, które przychodzą błądzić nad jego brzegami, to my obaj: Ty i ja. A my dwaj, czy jesteśmy ci sami? Czy tysiąc rzeczy w nas nie zginęło? Co się stało z naszym szerokim widnokręgiem? Z naszemi nieskończonemi aspiracjami, które kiedyś (tak spodziewaliśmy się wtedy) miały się wcielić w twarde głazy tej ziemi? Dokąd zaszliśmy z naszą straszliwą pożądliwością sławy? Wiosła rybaków więcej wydają dźwięku, niż nasze imiona, a przepływająca fala zna je lepiej, niż nas ludzie. Jeden jest tylko cel na tym świecie — to śmierć. Poza nią wszystko przemija, ona jedna jest wieczna. Czas i ruch, to praca, pożądanie, ból, rozbicie wszystkiego — śmierć, to spokój, szczęście, połączenie wszystkiego: żyjemy jedynie, aby umrzeć, a umieramy na to, by martwymi pozostać. Nicość żadnej roli nie odgrywa w moich pojęciach. Jest śmierć, a więc jedność i błogie szczęście, lecz nie ma nicości. Umrzeć znaczy żyć w sobie, żyć znaczy żyć poza sobą. Nie można żyć w sobie, póki się nie osiągnęło pełni ducha, spokoju. Oto dlaczego nieskończoność duchowa może bardzo dobrze nie zajmować żadnej przestrzeni. Mówiąc inaczej, żyć bez istnienia znaczy być umarłym, a istnieć z cząsteczką życia znaczy być jeszcze na tym świecie.

Żegnaj, mój drogi! Odpisz mi do Kissingen, koło Würtzberga w Bawarii, gdzie, przypuszczam, będę na początku czerwca. Uszanowania dla matki Twojej. Henryk W. każe Ci przesłać pozdrowienia i dziękuje za Twoją o nim pamięć.

133. Do Konstantego Gaszyńskiego

Kissingen, 6 czerwca 1837

Drogi Konstanty! Ulrych się na krytyka urodził, ma naturę zaprzeczania; „nie” jest jego wszystkiem, tak jak u Mefistofelesa w Fauście. Jego rozumowanie podobne do tego: „Jeśli czarno, to fałszywie, jeśli biało, to nieprawdziwie; jeśli zaś cudem jest zarazem biało i czarno, to niedorzecznie”. Naprzód krytyk powinien ogarnąć myśl dzieła; jeśli jej nie pojmuje, niechaj się do krytyki nie bierze. Albowiem można sądzić tylko o tem, co jest w naszym rozumie pojęciem, o tem co się stało niejako gościem mózgu naszego. Lecz jeśli mówimy: „Twarz tego zamaskowanego człowieka jest brzydka lub piękna”, to głupstwo, bo naprzód larwę, co go kryje, zedrzeć powinniśmy, a dopiero o rysach jego wydać zdanie. Jedyna prawda całej krytyki Ulrycha w tych mieści się wyrazach: „Gdzie chciał być dowcipny, nieco ciężki”, zresztą nic a nic podług mnie nie trafił167.

„Massynisa niepotrzebny”.