Mówisz mi o tych drobiazgach, które Ci ofiarowałem, jak gdybyś mnie za obcego uważał, a zapominasz, że ja Ci wdzięczność winienem za to, że je dobrem sercem ode mnie przyjąłeś; bo, przez Boga, w tem egoizm mój był, Adamie, gdyż miło mi było myśleć, że Ty, odbierając je, pomyślisz także, żem pamiętał o Tobie; miło mi było marzyć i wybierać i zastanawiać się nad tem, co może Twojemu stolikowi się przydać. Przyznaję więc otwarcie, żem w tem był samolubem; ale zważ, że Ty się stajesz samolubem, jak tylko mi wzbraniasz nadal tej uciechy. Jeśli się kochamy, ustały między nami światowe przystojeństwa. Tem tylko słodka jest przyjaźń, że drugi świat tworzy, w niczem niepodobny do otaczającego. W miłości, nie ten, który daje, ale ten, który bierze, daje; a zatem, mój drogi, proszę Cię, nie chciejmy wracać do światowych porządków.
Wyobraź sobie, jak mi smutno; dowiedziałem się dzisiaj o śmierci ojca Danielewicza, on tymczasem dniem i nocą pędzi, już dzisiaj musi być w Krzemieńcu, pojutrze przybędzie do Białocerkwi, pełny męczarni oczekiwania, z bijącem sercem, znękany na ciele i duszy i zastanie trumnę. On w rzeczy samej ma los zawzięty na siebie: nie widziałem jeszcze, by mu się co bądź na świecie udało, jak w karty banku, tak w karty życia nieszczęśliwy. Teraz do Niemiec z Anglii była przyjechała, wiesz, ta pani, co tak sławnie grała na fortepianie, co za Anglika poszła, dla której on to komponował romance swoje; przyjechała, rozdzieliwszy się z mężem, który widać zwariował, nie tak, by do ciupków go wzięto, ale tak, że dom własny i pożycie domowe na ciupki zamienił. Otóż Konstanty wybierał się do Münich — piękna to kobieta, rozumna, jak anioł muzyki piękna, kiedy uderzy w klawisze, natchnione czoło165! Może by z nią był szczęśliwy; wtem wieść o ojcu, i pobiegł i opuścił mnie, ją, wszystko, by Zdrowaś Maria zmówić na grobie!
Ja wciąż chory jestem. Rzadko gdzie bywam, na teatrze tylko często, doskonałe aktory, osobliwie pani Rettich; kiedy patrzę na nią, czuję strumień życia w poprzek piersi wybuchający. Zresztą smutno mi schodzą dni, ale schodzą i wkrótce 25-ty rok mi przyciśnie pieczątkę dojrzałości na głowie.
Pisał mi ojciec w ostatnim liście zawczoraj, że Twoi synowie zdrowi. Ja imieniem księżnej pisałem do księcia Radziwiłła, by o paszport się wystarał dla Marii. Księżna Ponińska ofiarowała się ją przewieść do Wiednia na wiosnę, bo jedzie w marcu do Kamieńca. Nasza księżna zrazu się wahała przyjąć, bała się komandora, ale jej dowiodłem jak dwa a dwa równe cztery, że nigdy lepszej sposobności nie znajdzie, a że komandory duszą Don-Juanów; nie są zaś Don-Juanami, szczególnie ten, o którym mowa. Zatem pisze do Ponińskiej, przyjmując jej udział w tej sprawie; nie pisz jednak o tem do niej, aż Ci sama o tem napisze. Przyznać trzeba, że Ponińska, choć śmieszna, dobre ma serce i Tobie wielce przyjazna; list, w którym ofiarowuje się księżnie, pełen delikatnej i czułej grzeczności. Mówią, że tu wkrótce Rozalia Rzewuska z córką przyjedzie, jadąc do Włoch. Podziękuj Skibickiemu za list jego i powiedz, że Salvan mu się kłania i że Edward wkrótce wyjdzie na wolne powietrze.
Malarz Włoch z Wenecji, który rok siedział na Wołyniu i wiadomy Ci obraz robił, przywiózł mi kopię śliczną i żywą; mam ją na stoliku. Często w wieczór sam jeden siedząc, marzę nad tym obrazem, aż mnie przebudzi pytanie, grzmiące w głębi duszy: „Jaka przyszłość Twoja?” I wtedy świat marzeń pęka i zdaje mi się, że coś twardego, obrzydliwego mnie obejmuje. I gdybym w takiej chwili mógł ducha w lepsze strony wyzionąć, bez cierpień konania, Bogu bym podziękował. Co z życia, kiedy siły spać muszą, spać będą coraz głębszą nocą; kiedy nic nie nęci, nie zapala, nie wstrząsa; kiedy najwyższym celem polowanie, lub fabryka cukru burakowego, a wszystkie miłości i żądze, jak szereg pogrzebny, przesłonięty całunem, co noc żegnają nas na wieki! A propos żądz i miłości; Sołtyk już żonaty, a zatem nie dureń, bo trzydziestu lat nie ma. Mówią, że okropne sceny się dzieją między nim a matką żony; pięćset tylko dukatów dostała panna w intercyzie. Eheu! Eheu! To są nasze polskie przepychy. Addio mój drogi, pisuj często do swego Zygmunta.
131. Do Adama Sołtana
(22 kwietnia 1837)
Właśnie w tej chwili odbieram list z Petersburga, w którym pisze mój ojciec, by przysłać na jego ręce list księżnej o paszport i że zaraz paszport wydany będzie, że już to wyrobił; ale tymczasem, jak wiesz, już tego nie potrzeba, bo Przeździecki w Kamieńcu rzecz ułatwił w nieprzytomności Guriewa. Z niecierpliwością czekam przybycia Marii. Chciałbym, nim stąd odjadę, ją ujrzeć i opisać ją Tobie. Jadę zaś 25 maja do Kissingen.
Jestem wciąż chory, mój Adamie, i na ciele, i na duszy. Świat materialny dwoi się przed mojemi słabemi oczami, moralny pęka i łamie się w dziesięcioro w sercu i umyśle moim; nie ma nic w duszy mojej, na czem bym spocząć mógł, żadnej gałązki zielonej po potopie, żadnej oazis na puszczy, żadnej nadziei na przyszłość. Pić opium i marzyć to szczęście największe; prawda, że i tu piekło zjawia się po przejściu snów o niebie. Dziś rano Konstanty coś zagrał z czasów, w których byliśmy w Neapolu, z czasów, które mi się dzisiaj wiosennemi wydają, z czasów, które też poprzedziły najszczęśliwsze dni mojego życia — i słysząc tę preghierę166 Mojżesza uczułem taką żądzę, taką, że tak powiem, lubieżność skończenia bytu, żem westchnął z żalu, kiedy minęły akorda i opadło we mnie żądanie śmierci. Gdyby kto czasem mógł zajrzeć w duszę moją, kiedy sam jestem u siebie, kiedy myślę i męczę się, toby się wzdrygnął — bo, jak fala, wiecznie podnoszę się, by żądać, i opadam w rozpaczy, czując, że z żądz moich nic nigdy nie będzie. Stąd też ja z całej natury najbardziej kocham fale morskie, rozbijane na ostrych skałach Sorrento lub na mieliznach Lido; zdaje mi się zawsze, że w nich coś siostrzanego widzę. Każden podobno człowiek taką falą jest w nieskończoności stworzenia. Im kto silniejszy, tem więcej razy wróci do szturmu, ale wszystkim, wcześniej czy później, jeden koniec bywa — rozbicie. Bohatery zakwitną pianą białą, świecącą, jak wielkie bałwany, i to się zowie ich gwiazdą; mierne dusze płyną z boków i z tyłu, płyną i płyną, łamiąc tylko w drobne zmarszczki powierzchnię głębin. W głębiach zaś, mówią, że są perły ciche, i różowe korale, i kwiaty — któż wie, co rośnie w grobie? Groby przecież, to dna oceanu naszego. I tam muszą być perły, korale i kwiaty. Żegnam Cię i ściskam.
Zygmunt