Pisz mi tutaj zaraz; jestem tu z ojcem moim schorzałym. Pisz zaraz! Konstanty Ci się kłania serdecznie.
Żegnam Cię i ściskam z głębi duszy.
134. Do Henryka Reeve’a
Kissingen, 8 czerwca 1837 r.
Drogi Henryku!
Nadzieja zobaczenia się z Tobą, którą obudziłeś we mnie, sprawiła, że serce moje skacze z radości. Staraj się tylko przybyć koło 30 lipca do Frankfurtu, gdyż nie będę mógł udać się tam wcześniej: ojciec mój wyjeżdża stąd dopiero koło 18 lipca i rozumiesz, że pod żadnym pozorem w świecie nie powinienem go opuścić. Odpisz mi natychmiast; podaj dokładnie dzień, w którym będziesz w Frankfurcie i zobaczymy się, zobaczymy się, my, których rozłączała taka wielka przestrzeń i tyle czasu. Zapewne poznamy w nas tylko nasze serca, reszta musi być szalenie zmieniona. Co do porównania Handley’a z niżej podpisanym, to nie rozumiem go. Przykrawanie sukni dla namiętności nie jest wcale rzeczą poety, przeciwnie, świat, życie praktyczne nakłada suknie namiętnościom, a poezja je oswobadza i wyprowadza na światło dzienne, na wolność. Symbolizowanie najwyższej prawdy jest rzeczą poety, odkrywanie jej jest rzeczą filozofa, bycie nią rzeczą Boga. Nie ma innej poezji, prócz tej, która zawiera te pięć słów: „Bóg, który stał się człowiekiem”. Trzeba mieć nadzieję, że nie wszystkie bogi wcielone zginą na krzyżu. Na ogół w ostatnich czasach za wiele zajmowałem się filozofią, by móc jednocześnie napisać coś poetycznego; ale spodziewam się, że anioł stróż mej młodości nie opuścił mię na zawsze. Czynu pragnąłbym dzisiaj, pióro mi nie wystarcza. Ale wszystko to są marzenia, w które credat Judaeus Appelia168.
Oczy diabelnie mię bolą. Wody Kissingeńskie szumią mi w głowie. Żegnaj i do widzenia! Pisz natychmiast, a dzień, w którym Cię znów zobaczę, będzie pięknym dniem w mojem życiu.
135. Do Adama Sołtana
Kissingen, 1837, 15 czerwca
Jużem się troszczyć zaczynał o Ciebie, nie mając od tak dawna już żadnej o Tobie wiadomości, kiedy dzisiaj przybyły list mnie uspokoił. Mnie paszport się kończy koło marca przyszłego roku, a zatem nieodzownie muszę wracać z Danielewiczem. Na jak długo? Nie wiem. Ojciec słusznie bardzo żąda ode minie, bym się z interesami mojemi zapoznał, a zatem wejdę na te drogi, sadzone wierzbami i zasypane prochem i urozmaicone to grudą, to błotem, które imię „praktycznych” noszą. Zresztą takem głęboko i ostatecznie znudzony sobą samym i ciężącą atmosferą, wszędzie gdzie tylko być mogę, że mi prawie wszystko jedno, co robić będę i gdzie będę; mam lekarstwo, które niezawodnie mnie uzdrowi, jeśli choroba na długo nieznośną się stanie; każdy z nas takim lekiem może się uwolnić, a gdy raz go użyje, powtarzać go nie trzeba — zatem gdziekolwiek jestem, swobodny jestem. Co dzień rano, w dzień, w wieczór, mogę przenieść się w inne sfery; na teraz ta myśl składa jedyny zasób pociechy, który ostał się w duszy mojej, zanadto drażliwej i zanadto przed czasem znękanej. Nikomu o tem nie gadam, Tobie jednemu się zwierzam z tem, bo wiem, że coś podobnego jest w Tobie, i że mnie zrozumiesz doskonale. Nie twierdzę jednak, by to nieodbicie nastąpić miało, bo taki koniec jest zawsze słabością; nie na to albowiem stoimy na pobojowisku, by zeń ratować się ucieczką, ale na to, by zwyciężyć lub przynajmniej dostać kroku przeciwnym losom. Może jakieś nieznane siły urodzą się we wnętrzu mojem, gdy wstąpię w nieznane mi dotąd położenie; ale co się tyczy szczęścia, to się żadnego już więcej na ziemi nie spodziewam. Mój ojciec coraz schorzalszy, słabszy, smutniejszy; patrząc na niego, srogich przeczuć doznaję, czytam w niedalekiej przyszłości wyrok, którego może nic nie odwróci. Ile razy pójdę na przechadzkę z nim wieczorem, ile razy głos jego, rozkochany we mnie, słyszę i ściskam tę rękę, do szabli stworzoną, która dla mnie jednak miękka i błogosławiąca, jak ręka matki, serce mi się kraje tem szerzej i głębiej, że w słowa ubrać myśli moich nie mogę, że, gdybym nawet je wyrzekł, nic by nie pomogły, bo fatum dzikie cięży nad nami wszystkimi i nie dzisiaj pękną narzucone przez niego kajdany. Ta pewność śmierci niedalekiej ukochanego, czy pojmiesz, jaka to męczarnia? Dziś jeszcze razem, dziś wśród łąk zielonych i świeżych lasów, a jutro się rozdzielimy i może się już nigdy nie zejdziemy razem, chyba pod zimnemi sklepieniami kościoła, tam, gdzie nie wiedzieć, czy sen wieczny, czy wieczne czuwanie. Och, ja oszaleję kiedy!