Z tem wszystkiem trzeba być, jak na męża przystało, być tak, jak Ty jesteś, poważnym i zimnym zewnątrz, choć wewnątrz i potoki łez, i pożary rwą, palą na przemian i mdłościami roztapiają duszę. Taki odtąd los mój będzie. Wrócę między ludzi, którym trzeba będzie sypać koncepta, by je żarli chciwemi uszami i dobre mniemanie stąd o mnie powzięli — mniemanie lekkomyślności. Jak w ciemnych i niskich lochach weneckiego pałacu działo się więźniom, tak mnie się wszędzie dziać będzie; wszędzie nieufność, wszędzie niebezpieczeństwo! Na takiej roli przyjdzie mi przewracać skiby o pocie krwawym serca mego, a kroki moje będą tak powolne jak wołów, ciągnących w jarzmie, a lemiesz nie ziemię będzie krajał, ale duszę moją!
Pamiętaj, o przyjacielu, pamiętaj o dniach, przeszłych nam na gruzach Rzymu. Kiedyś wrócę do nich, do siebie i może sam będę już tylko gruzem, nieskalanym jednak żadnym napisem podłości! Siądziem gdzieś na odłamie muru i ściśniemy ręce sobie i płakać będziemy, Ty, żeś życie całe znużył w daremnych zabiegach, ja, żem stracił młodość moją!
Odpisz mi zaraz do Kissingen. Sauvan opuszcza mnie za kilka dni, bo rok trzeci mu się kończy. Z Konstantym się zostaję, oba na jednej drodze, oba stworzeni raczej do czegoś innego, niż do życia, które nam przeznaczyły okoliczności, oba nierozdzieleni zasuwać się będziem w dolne zakręty i może kiedyś o jednej godzinie się z nich wydobędziem. Pamiętaj o mnie, boś Ty mnie znał młodym i widział szczęśliwym dni kilka. Teraz trzeba się zacząć starzeć. Addio — Addio.
Zygmunt
Nim wyjechałem z Wiednia przyprowadziłem do księżnej malarza włoskiego i prosiłem księżnę, by Marię pozwoliła wymalować — miał zacząć nazajutrz po moim wyjeździe. Powiedz mi, gdzie ten obraz Ci przesłać? Zdzisławowi tysiąc ukłonów.
136. Do Henryka Reeve’a
25 czerwca 1837 r., Kissingen
Drogi Henryku!
Przez jeden z tych niespodziewanych zbiegów okoliczności, zdarzających się czasami, odebrałem właśnie w tej samej chwili list od Ciebie i od tej, która... Chociaż ten drugi naznacza mi miejsce spotkania inne, niż Frankfurt, odłożę na dni kilka szczęście zobaczenia jej znowu i możesz liczyć, że 18 przybędę do Frankfurtu do hotelu Angielskiego. Zostanę tam tak długo, jak Ty, ale nie mogę towarzyszyć Ci do Heidelbergu, gdyż trzeba mi będzie wówczas widzieć się z tą kobietą, może po raz ostatni w życiu.
Ach, jaką radość mi sprawia zobaczenie się z Tobą po długich latach! Daleki jest dzień, gdy społem widzieliśmy po raz pierwszy, jak Wenecja wznosi się z łona Adriatyku, daleki jest dzień, gdy uciekaliśmy cwałem z ogrodu Konstancji, bojąc się, by nie zauważono, żeśmy kwiat ukradli. Jakże się jest niewinnym w młodości! Teraz nie przeraża mnie ukradzenie kobiety. Ach, czyż to moje ostatnie dni szczęścia na ziemi, że ze wszystkich stron mię ono spotyka? Mój ojciec, później Ty, wreszcie ona, czystsza przez swe cierpienia, niż inne przez swe dziewictwo. Wszyscy ci, których kochałem, uwielbiałem, o których marzyłem, cisną się wkoło mnie; słyszę, jak fale Renu szemrzą i wzywają mnie; na wieży gotyckiej są kwiaty, które mię pamiętają. Pogoda taka piękna! Jesień jeszcze piękna będzie, a nie mów mi o zimie, nic o niej wiedzieć nie chcę! Wystarczy, że nadejdzie, nieszczęsna, i że wówczas będę musiał wrócić do domu, gdyż ostatni rok moich pięciu lat upływa. Trzeba będzie wziąć gorzki pług wiejski i postępować krokiem wołów, zgiętych pod jarzmem, a lemiesz rozedrze mi serce, zamiast użyźnić pole. Ale nie chcę myśleć o tem. Oddaj katedrze kolońskiej ode mnie tysiąc westchnień! Spytaj się jej, czy pamięta słodki wieczór, podczas którego przechadzałem się wkoło niej ze swoją ukochaną. Byłem wówczas o trzy lata i tysiąc trosk młodszy. Wzywałem ducha, który według legendy przyniósł plan arcydzieła. Mówiłem mu, żeby się ukazał, a choćby to był sam Szatan, schwyciłbym go wpół i walczył z nim; tak byłem upojony wówczas. Śpiesz się! Popłyń rzeką, zjedź ku mnie — oczekuję Cię z otwartemi ramionami i z bijącem sercem. Im dłużej Cię nie widziałem, tem bardziej Cię kocham. Nie jestem niewolnikiem czasu i przestrzeni; duch mój może się zgiąć pod nimi, ale serce moje się nie ugnie. To moja jedyna cnota. Do widzenia, Henryku!