Uszanowania dla matki Twojej.
137. Do Adama Sołtana
Frankfurt, 24 lipca 1837
List Twój, zapowiadający wyjazd do Wiednia, wczoraj odebrałem, jednak dopiero pewny będę Twojego przyjazdu, kiedy dowiem się o jego dniu i godzinie; dlatego ten list na ręce księżnej przesyłam, prosząc ją, by go Ci oddała lub odesłała, jeśli oddać nie może. Smutek ogromny i poważny objął duszę moją; prawda jest świętsza nad wszystkie względy, nie ma miłości na świecie! Ze wszystkich snów naszych jeden tylko urzeczywistnić można: przyjaźń! Bo przyjaźń nie żąda kształtu, na samej głębokiej treści rzeczy się opiera; przyjaźń ma coś purytańskiego, protestanckiego, surowego w sobie, obejdzie się bez pędzla Rafaela, bez muzyki Belliniego. Ale miłość prócz myśli, idei, wymaga jeszcze tego, co najszczytniejszem i najtrudniejszem jest na świecie — sztuki, kształtu, widomej piękności, pewnego rodzaju katolicyzmu. Dlatego tak trudno ją znaleźć. Tak samo znajdziesz łatwiej pełniącego wszystkie obowiązki swoje kalwina, niż katolika, a w istocie katolicyzm jest daleko wyższy od reformy, tylko, że nie ma go na ziemi, a reforma i naga, i odarta łatwiej objawić się może. Bo zważ to dobrze, że dla katolicyzmu, jak dla miłości, trzeba pojednania harmonijnego najszczytniejszych moralnych ofiar z najbardziej nęcącemi, pięknemi materii kształtami. Co to jest Madonna? Czyż to nie najurodziwsze ciało i najczystsza dusza? Co Chrystus? Najpiękniejszy i najcnotliwszy z ludzi! Co muzyka kościelna? Najsurowsze a zarazem najmelodyjniejsze dźwięki, jak np. w Requiem Mozarta. Teraz wybierz się w drogę i szukaj żyjącej kobiety, która by dorównała ideałowi miłości! Znajdź taką, w której by boskim składzie forma była kwiatem materii, dusza kwiatem ducha, taką, która by w objęciach twoich czystą została, a w podniosłości ducha jednak twoją była — taką, jednem słowem, której by czyny nie popsuły ideału, a której by ideał nie popsuł rozkoszy czynów! Jeszcze Bóg córki nie miał, dotąd syna jego widzieliśmy tylko!
Spotkałem się tutaj z Feliksem Czackim, który mi opowiadał dni, z Tobą spędzone w Rzymie. Sauvan rozłączył się ze mną po skończeniu terminu kuracji; co zaś do niej samej, Bóg widzi, że nie jest skończona, sądzę raczej, że nieskończona. Konstanty jest ze mną, chory i dość niewesoły, kłania Ci się serdecznie. Kiedy ten list odbierzesz, będziesz przy Marii Twojej. Niech Bóg zleje wszystkie swoje dary na jej głowę, a tem samem na Twoją. Jeśli Ci pozwolą zabawić dłużej, obaczymy się w novembrze; jeśli zaś będziesz musiał po dwóch miesiącach wyjechać, napisz mi kędy myślisz drogę swoją obrócić, a dołożę starań, by się z Tobą gdzie na niej spotkać. Pisz zaś do Kissingen i dodaj na kopercie: „Et s’il ne s’y trouve pas, à Francfourt”169. Addio170.
138. Do Henryka Reeve’a
Wiedeń, 25 września 1837 r.
Drogi Henryku!
Wybacz, jeśli tak długo zwlekałem z napisaniem do Ciebie, ale od dnia, kiedyś mię opuścił, widziałem jedynie sceny bolesne i doznawałem wyłącznie gorzkich wrażeń. Wielekroć chciałem wziąć za pióro, palce odmawiały mi posłuszeństwa. Zdolny byłem pisać Ci jedynie o tem, co w głowie mi wirowało i co się działo przed mojemi oczyma, a wiedziałem z góry jakiego będziesz o tem zdania; nie spodziewałem się obudzić w Tobie sympatii dla nieszczęść, dla których miałeś jedynie krytykę prawodawcy, moralisty i filozofa. To też milczenie wydało mi się lepsze i czekałem na pierwszą chwilę spokoju, która przyjdzie raczej przypadkiem, niż przez zmianę położenia lub uczucia, by Ci powiedzieć, jak bardzo ucieszył mię list Twój, otrzymany jeszcze w Kissingen. Zanadto pogrążyłem się w chaosie bym mógł ocenić szczęście, którego doznałeś po swojem przybyciu do Genewy. Ale istniało coś w głębi mego serca, co współczuło Twoim dobrym chwilom, lecz czułem zadowolenie z tego i przyszło mi na myśl prosić Boga o niezamącanie Twego życia, tak byś zawsze był zdolny odczuwać słodycz spokoju i milczącą harmonię niewinności. Widziałem Cię, jak czysty i spokojny płynąłeś po drzemiącem jeziorze. Nie zazdrościłem Ci, ale życzyłem Ci, byś w dalszym ciągu takim pozostał.
Zacząłem w ostatnich dniach czytać Tocqueville’a, a odtąd go pożeram. Od czasu Tacyta styl podobny, od czasu Monteskiusza podobne myśli nie wyszły spod niczyjego pióra. Tytuł jego jest tylko pozorem. Ameryka dla mego to tylko punkt wyjścia, jego cel prawdziwy, to przyszłość, przeszłość, teraźniejszość, to filozofia metafizyczna narodów. Arystokracja i demokracja ukazują mu się w świetle zjawisk, które osądzić należy, a nie jako waśnie, w których trzeba być stroną. Jest coś wzniośle surowego w umyśle tego człowieka, woń starożytnej cnoty przenika poprzez wszystko. Rzeźbiarz to raczej, niż malarz, a w naszych czasach cudem jest, gdy ktoś ciosa w marmurze, zamiast rzucać tu i ówdzie barwy; dowód to siły i geniuszu. Gdzież zahartował swego ducha ten obrońca dziewiętnastego wieku? Któż zdradził mu tajemnicę wieków minionych, a może nawet wieków przyszłych? Czuję głęboki szacunek dla tego człowieka.