158. Do Delfiny Potockiej
Rzym, Niedziela 29 decembra 1839 przy słońcu zachodzącem.
Droga! Wracam z kościoła św. Piotra in Vinculis. — Piękny był nadzwyczajnie dzień dzisiejszy, a mnie było niezmiernie tęskno, porzuciłem więc pokój mój, wyszedłem — i pomyślałem sobie: „Ot, pójdę obaczyć »Mojżesza«, któregom z nią razem widział — pójdę w jej imieniu do Michała Anioła”. Pamiętasz ten biały, przeczysto marmurowy kościół. Gdym zbliżał się do posągu, wielka pogarda, wielki gniew tych ust, odepchnął mnie. Prawdziwy to prorok, co niedawno z Jehową rozmawiał, a teraz na lud swój bezrozumny patrzy z całą wyższością rozumu i z całym żalem olbrzyma: „Boga wam przynoszę, Boga wy nie zrozumieli, hańba i biada wam”. Tytan tak mówi. Co powie Chrystus później? To samo, ale inaczej zakończy. „Daruj im Panie”. Miłość pogodzi niższe duchy ludzi z najwyższym Boga rozumem. W piersiach Mojżesza Jehowa się jeszcze sroży, — Jehowa jeszcze szydzi i piorunuje! Nic wznioślejszego nie znam od tego posągu — Apollo belwederski blady przy nim. Czy to dlatego, żem go razem z Tobą widział? Obraz Twój w tym kościele snuł się przede mną, u stóp każdego ołtarza klęczała Twa postać. Zarazem góra Synaj, błyskawice i grzmoty, a w dole obóz ludzi i bałwany pogańskie i twarz Twoja i głos Twój mieszały się w mojej wyobraźni. Potem przybyły jakieś Francuzy, zaczęli arcydzieło krytykować; ich myśli wlazły na ten posąg, jak pchły, i skakały po posągu. Zdało mi się, że słyszę Lutrota — bo także o brodzie gadali, brodę ganili i powtarzali co chwila: bizarre202, tam, gdzie co chwila należało krzyknąć: sublime!203 Wtedy ujrzałem znów Ciebie w tym samym kościele u stóp tego samego posągu, ale już beze mnie, w towarzystwie sekretarza ambasady i jego wiedeńskiej żony. Oni oboje krzątali się około „Mojżesza”, piszcząc, — a Ty stałaś zadumana, pojmująca, piękna wyrazem uwielbienia na twarzy. Piękny tylko piękność pojąć może. I zdało mi się, że w tej chwili takżeś myślała o mnie, tak, jak ja teraz o Tobie, i że ten uśmiech pogardy na ustach posągu ni Tobie ni mnie nie przeznaczony, — ale innym wielu, tym właśnie wszystkim, co go nie pojmują! Bo uważaj, Dialy, Michał Anioł dla każdego krytyka gotową już w twarzy Mojżesza zamknął nagrodę, — kazał tej twarzy pogardzać aż do końca świata! I wyszedłem pełny myśli o Tobie i nie zważałem, że idę przez forum, bom myślał o Tobie, że przechodzę przez Corso, bom myślał o Tobie, — wszedłem jak w magnetycznym śnie do mego pokoju i zaprawdę przyszedłem do Ciebie. — Ot! Piórom wziął i papier i, o ile mogę być, jestem teraz z Tobą.
Lubię o tej porze być zawsze z Tobą; gdy słońce się zniża, gdy blisko już do wieczora coś dziwnie tęsknego chwyta mi serce. Chciałbym z tem słońcem — z tym dniem, co odchodzi, odejść także i polecieć do Ciebie. Zawsze mi się wydaje, że to światło, co znika, w stronę Neapolu błądzi — a te gwiazdy, co wschodzą, z Neapolu przyszły — to znów myślę, że o tej godzinie Ty bardziej niż kiedykolwiek mnie wspominasz. Pamiętasz, Dialy, owe spokojne słońca Niemiec, co nam tak równo i cicho zachodziły co dzień? Ową wieżę katedry, co tak płonęła o zmierzchu? Owe zielone wzgórza, owe łąki przezielone, co nas tak mile z przechadzek odprowadzały do domu? A kiedy ciemno zaczynało być, siadałaś do fortepianu i jak duch niewidzialny śpiewałaś w ciemności, aż odezwał się krok burmistrzowski Pfauna204, czyli raczej Sterba, drzwi się odemknęły, zabłysnęły owe trzy świece na stole, w filiżankach klejek zadymił, musieliśmy siadać do obiadu. Jam do sałaty się brał z powagą arcykapłana, tarłem żółtka z zapałem wyrobnika. Serce mi się kraje, gdy widzę to wszystko przed oczyma, bo widzę, widzę, jakbym tam był z Tobą! Czemu ten czas tak chyżo upłynął? Czego życie tak pędzi naprzód? Gdzie dom mój i gdzie Dialy moja? Wszystko kocham, co tylko tknęło się Ciebie, — i „Mojżesza”, i Sterba. Wiesz — tak mi się płakać chce, ale tak, jakbym dopiero dziś się dowiedział, żem się rozłączył z Tobą, i w każdym dniu moim podobna chwila jest.
30-go decembra, poniedziałek. Przyszły listy Twoje. Biedna, biedna Dialy moja, jak Ty się męczysz, jak Ty usychasz. Nie myśl o mnie; co tylko Tobie ulgę lub pociechę przynieść zdoła, to mojem dobrem i szczęściem. Myśl, że mniej płaczesz, że czasem się uśmiechasz, zamieni mi w raj najprzykrzejsze nudy. Bo żyć, wiedząc i czując każdej chwili, że cierpisz, nie jest mi życiem, tylko konaniem wewnętrznem, gorszem sto razy niż raz wycierpiana boleść zgonu. Kula co serce przeszyje, lepsza niż ta, co wiecznie w sercu ciąży. Czasem, gdy nagle stanę na ulicy lub w pokoju się zatrzymam i uczuję, żeś tam gdzieś sama, opuszczona, w żałobie, wierzaj mi, odchodzę od rozumu, płaczę, jak dziecko, wołam na Ciebie, po nocach się budzę, ledwo zasnąłem, zdaje mi się, że Ty jęczysz, że ktoś Cię zabija. Przeczytaj na złotym medalionie napisane cztery wiersze nad kamyczkiem. One Ci o mnie prawdę powiedzą.
Pani Czosnowskiej niepodobna, by Cieszkowski wydał się miłem stworzeniem; przede wszystkiem ona szuka męża, Cieszkowski na nic jej się nie przyda. W istocie jest brzydki na twarzy, w istocie nawet jest czasem pedantem, bo filozofia nie jest najwyższem życiem, jest tylko dyssekcją najwyższego życia. Z tem wszystkiem trudno o rozleglejszą naukę, o wyższy rozum, a zarazem o lepsze i cichsze serce. Jeżeli ma się za pięknego, to łaska boska nad nim, bo, gdyby wciąż czuł się brzydkim, toby w końcu już musiał oszaleć. Opatrzność ludzi ratuje próżnością i zarozumieniem. Komu nie da piękności i rozumu, temu daje przekonanie o nich. Stąd pochodzi, że głupcy prosperują i że szpetni kwitną. Inaczej większa część świata w łeb by sobie postrzelała. Taki jest stosunek między Cieszkowskim a Czosnowską, że, gdzie druga ustaje, tam pierwszy się zaczyna, zatem nigdy ona o nim nic wiedzieć nie może. Dla niej on musi być koniecznie śmiesznością, a ona dla niego mniej jeszcze — bo niczem. Gdybym wierzył w metempsychozę, pewnym byłbym, że Sokrates na ziemię powrócił pod imieniem Cieszkowskiego. Dziwna to wiara, ta metempsychoza jednych ludzi w drugich. Za naszych czasów wracają do niej. Twierdzą, że dotąd odbywała się bez świadomości, że ludzie umierali i w następne przechodzili pokolenia, ale nie wiedząc o tem, a że przyjdzie czas w historii rodu ludzkiego, w którym każde indywiduum przypomni sobie szereg wszystkich przetworzeń swoich. Od tego punktu zacznie się jasna wiedza przeszłości i nieśmiertelności na przyszłość etc. etc. Nie ma w tem nic niepodobnego do prawdy. Dlaczegoż obiecana nieśmiertelność nie miałaby się pod takim kształtem nam objawić? Powiedz mi, czyś Ty nie była przed wiekami ową Greczynką, co z wieży nad brzegiem morza zapalała co noc światło płonące i tęskna czuwała, — a ja tym Grekiem, co, przepłynąwszy Hellespont, skonał u stóp tej wieży pod Twemi oczyma? Kto wie, może w średnich wiekach Tyś się nazywała Francesca, możeśmy razem czytywali Galeotta, może już o nas Dant smutną pieśń śpiewał? I dlatego lubiłaś powtarzać wiersz: L’amor, che a nullo amato205 etc. etc. nie wiedząc, nie pamiętając, że dla Ciebie napisany, a kiedyś później, na tej samej ziemi, ale przemienionej, ale podwyższonej, nagle znów obok siebie staniem, mgła nam z oczu spadnie, z serca niepamięć, poznamy się, lecz już wtedy na wieki! A gdzie to nastąpi? Może nie w starej Europie, może gdzie pod biegunem, kędy już lodów nie będzie, ale wzgórza zielone, ogrody, polane jasnemi elektryczności strumieniami, może gdzieś nad Niagary nurtami, których grzmot ucichnie, których każda fala stanie się słodką nutą muzyczną. O tej chwili może cała ziemia już nie dzisiejszą, ale inną drogą wędrować przez przestrzenie będzie, ujrzy bliski księżyc, jak widnokrąg złota, lub kometa jaki świecić nam będzie szmaragdowym ogniem. I podam Ci rękę, jak niegdyś przed tysiącem lat, by z brzegu wsiąść do barki na zatoce Neapolitańskiej, — ale teraz nie z Chiatamone206 do barki, ale z ziemi do innej gwiazdy, na mojem oparta ramieniu Ty przejdziesz — a jednak to Ty, i to ja, nikt inny. Ty i ja zawsze! Poezja jest niezawodnie prawdą ostateczną przyszłości. Co ona marzy, to stanie się. Jej wszystkie obrazy będą stały i ruszały się w przestrzeniach, tak, jak teraz stoją i ruszają się tylko w umysłach naszych. Nie ma dwóch światów, nie ma dwóch Bogów, jest tylko Bóg, jest tylko świat jeden. Gdyby poezja była złudzeniem, fikcją, głupstwem, a jednak żyjącem, od kiedy człowiek żyje, toby z resztą odwiecznych przeczuciów człowieka trzeba także się schować. Kwiat uczucia najwyższy, to poezja, owoc najwyższy to religia. Zniszcz kwiat, co z owocem począć? Na takiej drodze trzeba by dojść do ateizmu, wszystko za ironię poczytać i za złudzenie. Nie ma rady: albo poezja, od której poczyna się religia, z której znów idzie filozofia, jest prawdy przeczuciem, albo religia i filozofia są także fikcjami. Taki związek między pięknością a prawdą, że pierwszej zgubić bez zadania ciosu śmiertelnego drugiej — nie można. A zatem, kto się dotknie poezji, kto ją kłamstwem nazwie, ten nie wie, co robi, ten siebie, świat i Boga zabija! Nie na to przez 6 tysięcy lat ród ludzki śpiewał pieśń swoją, by ona tylko marnym dźwiękiem być miała. Duch nasz żyje i kształci się w czasie, ale wieczność w sobie zawiera. Wszystko, co było, co jest, co będzie, w nim być może, a zatem i jest. Tylko że albo pod kształtem snu, albo pod kształtem przebudzenia. Otóż już i teraz to, co na ostatku będzie, Nowa Hierozolima, niebo, stan doskonałej ludzkości, przemiana jej w anielskość, zbawienie, szczęście wieczne, raj — jak chcesz to nazwij, ta rzeczywistość ostateczna jednem słowem już w nas jest. Tylko, że pod formą lotną myśli, wyobrażeń, obrazów i ona składa jedną z potęg koniecznych, wszędzie i zawsze objawiających się w duchu naszym. Gdy zapytam się Ciebie, jak zowie się ta potęga, odpowiesz mi zapewne: poezja. Tak, poezja jest to konieczność nieśmiertelnych przeznaczeń naszych, już teraz będąca w nas, jest to ciągłe proroctwo tego, co kiedyś będzie, jest to pojęcie świata i bytu w boskiej formie, jest to ciągła wizja przyszłości. Dopóki niebo w nas — nie naokoło nas — dopóty żyje poezja. Gdy my będziem w niebie, skona poezja, ale za to będzie niebo wtedy!
Oto masz prelekcję.
159. Do Delfiny Potockiej
18 w sobotę (styczeń 1840, Rzym)
Moja droga! Słaby jestem bardzo. Wczoraj po obiedzie, przyszedłszy do domu, padłem w pokoju na podłogę bez zmysłów. Było to w wieczór. Jana nie było. Zapewne z dziesięć minut tak przeleżałem, a potem przyszedłem do siebie, ale dotąd mam zawrót głowy, a w sercu wstręt do życia wszechmocny.