Otóż dlatego ja wierzę głęboko, ale nie w Hegla. Bóg jest Jehową, Bóg jest Chrystusem, Bóg jest panteizmem, ale prócz tego, Bóg jest jeszcze czem jest — sobą samym! Człowiek jest patrycjuszem, człowiek jest plebejanym, człowiek jest ludzkością, ale prócz tego jest czem jest — sobą samym! I dusza jego nieśmiertelną, osobistą, i zarazem duch jest jego powszechny! Pogodzenie sprzeczności w Bogu i w człowieku, jest to ten cud właśnie, który stanowi zarazem i życie i zagadkę życia... Wiara, to silne przeczucie, że te sprzeczności są jednością nierozerwaną, żyjącą razem i harmonijnie. Ziemia, to stan niepewności, to pokusa, starająca się zawsze postawić nam przed oczy tę jedność jako nonsens, i każdą cząstkę jej osobną za całość przed nami udać.

Śnią się nam w czasie części nas samych; każdą witamy słowem miłości: „Ty jedyna!” Otóż, gdyby zamiast ducha, który się duchowi śni, śniło mu się jego własne, rozerwane ciało, gdyby najprzód ujrzał nogę jedną, stąpającą w przestrzeni i rzekł: „Ty jedyna, ty się zowiesz człowiek”, potem rękę jedną błądzącą, i zawołał: „Daruj ręko, żem nogę tak nazwał, noga była marą i kłamstwem! Ty jesteś kształtem człowieka jedynym!” A wreszcie, gdyby wnętrzności się roztoczyły w powietrzu i czołgały się ku niemu: „O, wy wnętrzności, wy tylko jedne” itd., itd. Risum ne teneatis amici...201 Lecz, gdyby po przejściu wszystkich cząstek, cząsteczek, cząsteczeczek ciała i po następnych ich apoteozach, po ubóstwieniu raz jednej żyłki, to znów nerwu, to znów kości lub ścięgna jednego nareszcie pojął, że te wszystkie części razem składają człowiecze ciało ale nie pod formą osobistości rzeczywistej, opisanej, żyjącej w czasie i przestrzeni, ale tylko jako idea — znów by tę ideę ubóstwił, znów by się ciężko pomylił, ażby nareszcie się przebudził i ujrzał siebie samego, i pojął, że zarazem jest tem wszystkiem, co marzył, i jeszcze do tego czemsić więcej, to jest: doskonałą zgodą tego wszystkiego, pojednaniem przeciwnych członków i kierunków, zgoła istotą, życiem, formą i duchem. Wtedy pewno by sobie sny swoje przeszłe za czas próby poczytał, za wiek dzieciństwa.

Bóg jeden wie kiedy się przebudzim, a kiedy się przebudzim, będziem na Jego łonie.

Niech Cię Bóg naszych ojców, Bóg potrójny i jeden błogosławi. Twój

Zygmunt.

157. Do Adama Potockiego

W dzień św. Adama — w Rzymie, 1839 r.

Mój drogi! Dziś imieniny Twoje. Dziś wigilia — niech Ci się szczęści w życiu — niech wszystko dobre i piękne spada na Ciebie. Z kimże tam opłatek dziś łamać będziesz? Pamiętam, że jedną wigilię odbyliśmy razem — temu lat dwa, jeśli się nie mylę, w Wiedniu, w Kohary Haus. Temu dwa lata dopiero — a od dnia tego wieki upłynęły dla mnie i dla Ciebie. Poślij tylko wspomnienia w przeszłość, pomyśl, jakie myśli Twoje były wtedy, porównaj je z dzisiejszemi, a pewno ogromną zobaczysz różnicę; i tak dobrze jest, bo tak być musi. Inaczej człowiek by się nie rozwijał, ale martwą byłby istotą. Szczęśliwy, kto coraz silniejszym i szlachetniejszym się czuje, kto, patrząc w przeszłość, nie ma do wyrzucenia sobie, że spadł z jej szczytów. Dziwny skądinąd i przyrodzony sercu ludzkiemu żal za przeszłością — bo jużciż ona ma coś matczynego, tkliwego, cudownego nawet, ona była początkiem i już w niej zawartem było, ale pod kształtem snu, wszystko, co później rzeczywistością stać się w nas musi. Źle myślą i rozumują ci, którzy walczą na zabój przeciwko niej. Nie zabijać jej, ale, owszem, nowem ją życiem rozwijać trzeba — przemiana na tym świecie jest tylko dalszym postępem rzeczy. Nie ma morderstwa dla rozumu świata! Lecz, by przeszłość dalej stąpać mogła, trzeba doskonale ją znać i umieć, że tak powiem — umieć, co jest, pochłonąć to w sobie. Kto nie zna przeszłości, ten przyszłości nigdy nie stworzy, o ile więc zdołasz, ucz się jej, a choćbyś ogromne błędy w niej napotkał, nie rozpaczaj. Gdyby w niej ich nie było, gdyby doskonałą była, czyżby mogła iść dalej i żyć dłużej jeszcze? To właśnie życia warunkiem, co nieraz śmierci wydaje się koniecznością. W każdej niedoskonałości masz zakład poprawy na później. W każdym fałszu prawdy zawarta nadzieja — o to chodzi tylko, czy ten sam, który zbłądził, poprawi się. Bo co do błędu jego, to pewna, że kiedyś zniknie i w coś wyższego przejdzie — ale on, ale on sam, ten, który zgrzeszył, ten, który zbłądził, czyż dożyje chwili grzechów zgładzenia? Dożyje jej, jeśli wolę wzbudzi w sobie. Ludzkość cała zbawiana przez opatrzność, lecz indywiduum tylko przez wolę — i naród tylko przez wolę. Trudna to droga, droga woli i czynu — lecz ze wszystkich najwznioślejsza, najpodobniejsza do boskiej. Brak woli był niezawodnie śmiertelnym jadem w żyłach przeszłości; wszystko w niej masz: piękne myśli, wzniosłe uczucia, ale rozsypane, oderwane, nieskupione razem — węzłem ich jest wola. Dopiero całość ducha objawia się w woli — a gdzie całość ducha wystąpi, tam dopiero jest życie. Krzep więc wolę w sobie. Nieustanny to głos mój do Ciebie. Może za często się powtarzam, ale cóż Ci innego mogę powiedzieć, kiedy to, co mówię, jest właśnie najwyższem.

Wychodzi teraz w Paryżu periodyczne dzieło Skarbiec — sprowadź je sobie! Dotkniesz się w niem drgających trzewów historii naszej. Tam zobaczysz, czem byliśmy, a czem być mogliśmy, jakie wady nasze wieczne, nieodżałowane, w części dotąd trwające — lecz, jeśli wytrwać mamy, koniecznie przeznaczone temu, byśmy je sami zagubili. Okręgiem koła byliśmy, lecz nie kołem całem, bo środka nie było w nas samych — we wnętrzach dusz naszych jakaś próżnia stała, pośpiech jakiś gnał wiecznie wszystkie siły ducha naszego na zewnątrz, a nie dozwalał skupiać się im wewnątrz. Tak dzieci skaczą i pląsają, tak dzieciom wiecznie potrzeba zabawy, nie umieją sobą być w sobie, tylko są sobą dla drugich! Lecz w tym pośpiechu jest i piękna strona, jest nieraz śmiałość bohaterstwa, jest nadzwyczajna siła pojętności. Dotąd pojętniejszego, bystrzejszego od nas ludu nie ma. Gdybyśmy takie zewnętrzne piękno byli pogodzili, pożenili z równie prawdziwem i głębokiem wnętrzem, bylibyśmy pierwszym narodem ziemi. Niemcy są zupełną z nami sprzecznością. Im właśnie brak na tem, czem my wojujemy, na zewnętrzu — ale wnętrze mają!

Jeśli Ci się czasem marzy o mnie, — jeśli, chodząc po Edymburga ulicach, wspominasz Wiednia okopy i Burg-Teatr, — wierz mi, że nieraz ja myślę o Tobie i czuję żądzę obaczenia Ciebie — uściskania Ciebie! Nie wiem, gdzie i kiedy spełni się to moje serdeczne życzenie. Ty wiesz, że nigdy nie wiem nic o mojej przyszłości. To wiem tylko, że zapewne za trzy tygodnie pojadę do Neapolu, bo w Rzymie coś okropnie ponurego mnie dusi: czy to, że deszcz wściekły, czy to, że tu same ruiny, widziane po tysiąc już razy — czy to, że nigdzie mi dobrze nie jest i nigdy nie będzie! Odpisz więc mi do starej Partenopy. Jerzy jest w Genui — nieszczęśliwy los tego człowieka, a nie znam duszy bardziej młodocianej, bardziej zdolnej poświęcić się i kochać. Matce Twojej, podobno teraz z Tobą będącej, złóż moje uszanowania. Napisz też, co czytasz, czego najpilniej się uczysz, z kim żyjesz — powiedz, czy w sercu Twojem nie porosły kwiaty. Twój na zawsze.