1. Duch tylko wtedy w abstrakcji żyje, kiedy nie pełno, ale wyłącznie i kiedy z jego ruchów żadne działanie zewnątrz na drugie duchy nie pada. Lecz kto określi podług jakiego prawa ma odbywać się to działanie? Kto naznaczy formę jedyną na to właśnie, co jest rozwijaniem się wiecznem Rozmaitości? Kto powie jednemu: „Ty tak żyj i działaj” — a co jednemu powiedział, wszystkim drugim powtarzać będzie? Milion milionów ścieżek snuje się z serca każdego ku sercom drugich; każda o danej chwili może stać się potężnym życia przewodnikiem i czynu zasadą. Ale są czyny mniej więcej widzialne, dotkliwe, ale dlatego niemniej pewne i rzeczywiste. Rzeczywistość albowiem nie zależy na miąższości formy, którą idea przybiera, ale na doskonałości stosunku, zachowanego między tą formą a ideą — na harmonii.
2) Są czasy, są luki, że tak powiem, w tym ogromnym lesie dziejów ludzkich, do których doszedłszy nie sposób iść dalej. Trzeba stanąć i uważnie patrzeć na okolicę, widną przez te luki — inaczej nie pojmiesz gdzie jesteś i jak dalej iść nie będziesz wiedział. Czekać jest czasem ogromnem działaniem, bo gdybyś nie czekał, potknąłbyś się na pierwszem lepszem mrowisku i milion mrówek ciebie obalonego oblazłoby i zginąłbyś może od mrówek. Patrząc na człowieka, co stoi i wzrok ma wbity niby to w próżnią przestrzeni, łatwo sąd o nim wydać, łatwo go potępić, łatwo go nazwać nicością; że świętszem by było, gdyby jeden kartofel zasadził, lub jedną jabłoń cywilizowaną na dzikiej zaszczepił jabłoni. Nieraz sąd taki słuszny, zasłużony, jednak czasem zdarza się, że i nie, bo wszystko zdarza się na tym zdarzeń świecie. Anioł stróż jeden wie tylko, co podczas tego zadumania w wnętrzu piersi ludzkich się dzieje i przetwarza. Ile tam rośnie ziół ukrytych, ile tam przelatuje stąd myśli, ile tam może warownych wznosi się szańców?
Dusza, kiedy rośnie, nie może się roztapiać wszerz na zewnątrz: naprzód trzeba, by się stała, by wyrosła! Dajże tej biednej wygnance, daj jej czasu trochę! Nie gnaj jej w pole, nie zaprzęgaj jej do pługa, nie chciej, by skrzydłem ujęła lemiesz lub gwoździe brony i skrzydłem orała — na to są ręce! Ale trzeba, by twarde, grube ręce spod skrzydeł wyrosły, wypadły spod skrzydeł; matką ramienia jest skrzydło — ramię później, jak syn, podpiera matkę swoją, ale to później, później dopiero. Czas właśnie tem jest, co stawia jedne fakta po drugich: w idei tylko wszystkie zlane są razem, i nie w idei nawet, raczej w pomyśle idei (in dem Begriff).
Spotkamy się kiedyś, Edwardzie, wtedy Ci wytłumaczę wiele szczegółów indywidualnych, którym papier za lekkomyślnym jest przesłannikiem. Opiszę ci na przykład życie samotne, ale dziwnie szczęśliwe, do cudu podobne, które teraz wiodę. Jest w niem coś tak wolnego od zwykłej, codziennej skończoności, a zarazem tak ściśle połączonego z wszelką rzeczywistością, że muszę ten fenomen nazwać boskim. Wiem, że na ziemię bogi tylko pod pewnemi warunkami zstępują, pod warunkami nieraz strasznemi, na całą przyszłość zahaczającemi dusze, w których ich postać na chwilę się objawiła, alem już tak stworzony, żem zawsze gotów na najgorszy raz, bo zawsze czuję w głębi serca nieskończone pragnienie najlepszego. Kto nic nie stawia, nic nie wygra, a można wszystko przegrać. Lecz powiedz mi, czy życie samo już nie jest wielkiem przegraniem? Ile razy na łono Boga wrócić możesz, choćby chwilowo, o, wracaj!... A nie dbaj, że potem ciemność cię otoczy, bo ona siostrą twoją na ziemi. Światło zaś zdobyczą sępa tego, co wiecznie w twoich piersiach żyje i serce twoje bijące ma za skrzydło, które wyrywa się do niebios!
Teraz pozwól, bym kilka uwag dodał o dzisiejszym stanie filozofii w Niemczech.
Smutne to, arcysmutne rzeczy położenie! Ledwo ta potężna głowa, która stawiała sama siebie wśród głowy Chrystusa i Platona, opadła bez czucia — ledwo mózg Hegla stał się pastwą robaków, ucznie jego zatracili prawdę, którą im wykładał lub tę prawdę dziwnie zagmatwali. Z jedności szkoły jego powstała rozmaitość, hetorodoksje, schizmy, kłótnie, swary bez końca. Teraz Niemcy brzmią całe Hegelingów waśnią: jedni drugim zarzucają najszkaradniejsze teorie, jedni drugich powołują przed trybunał opinii publicznej, rozdzierając zasłonę (jak twierdzą), która dotąd kryła posąg ten Izydy. Zasłoną zaś takową w przybytku filozofii bywają frazesa i niedostępna terminologia, pod którą albo przepaść, albo zbawienie zarówno ukrywać się mogą. Otóż dr. Leo z Halli wystąpił z oskarżeniem na Hegelingów, sam także hegelista, ale średni umiarkowany i zarazem chrześcijański człowiek. W tem oskarżeniu zarzuca im po prostu:
1. Że, ot, cały systemat jest po prostu ateizmem, zaprzeczeniem Boga indywidualnego (Persönlichkeit Gottes) i nieśmiertelności duszy.
2. Usiłowaniem do obalenia chrześcijaństwa zupełnie i ostatecznie, przez przemianę wszystkich jego dogmatów na pewien rodzaj mitologii — tak, jak to sławny Strauss ogromem pracy i nawałą nauki starał się wykazać w życiu Jezusa. To ostatnie dzieło ogromnie od trzech lat porusza Niemcy. Teologia, jak może, walczy przeciwko niemu, ale słabą jest; wróg jej zwyciężać się zdaje na polu polemiki. Hegel, jeśli już przewidywał taki ostateczny skutek, nigdy się jednak z nim nie oświadczał jawnie, albo przynajmniej obwijał go tak misternym zmierzchem, że jeszcze w tym zmierzchu można było klęknąć przed ledwo widzialnym, lecz bielejącym dotąd, posągiem Chrystusa. Strauss całkiem ten zmierzch usunął, odemknął drzwi, rozbił szyby, wpuścił strugi światła, a gdy ono zalało świątynię, ujrzeli klęczący, że na ołtarzu nic a nic nie ma, prócz wielkiego historycznego wspomnienia, prócz mary jakiejś osłabłej i mglistej, szemrzącej cichym głosem: „Niegdyś Bogiem mnie zwano”! I tu nasuwa mi się dość prawdziwa uwaga, tj. że owa filozofia niemiecka, taka ogromna, taka pełna wzniosłej pogardy ku filozofii nędznej Francuzów XVIII wieku, po 70 latach pracy tytańskiej, doszła nareszcie, zupełnie inną drogą, bo drogą idealizmu, do tego samego rezultatu co materializm francuski!
Wartoż było tyle pracować i pysznić się? Tyle pisać, a tak mało wcielać się? Co od 60 lat stało się we Francji i przeszło w czyn i jako czyn już się rozsypało i starło w proch, to samo dzisiaj dopiero zaczyna się krystalizować z tej strony Renu. Niewiara zaczyna być tak silną, że z negacji przechodzi w afirmacją i znak swój — (minus) stawia na miejscu + (plus), uważaj, że na miejscu krzyża Chrystusowego!
Możesz to nazwać kalamburem filozoficznym, ale są dziwne, czasem nawet w najdrobniejszych znaczkach i formach, znaczenia i symbole. Analiza rozrabiająca i niszcząca góruje dziś w Niemczech, literatura francuska ogromnie się przedziera przez rzekę; tłumaczą na łeb na szyję wszystkich jej klasyków i nie klasyków, zdobią ich edycje takiemi samemi winietami i obrazeczkami na środku i po bokach kart. Zgoła lasy Hercyńskie czują ogromną ciekawość do Bulwarów, a Francja także zakochała się w wyrazach: panteizm, plastyczność, Subjectivität, Objectivität, Idee, Begriff, Selbstbewusstsein200, itd... itd... i nic śmieszniejszego od młodych Francuzików, jeżdżących dyliżansami, potrząsających włosami, długiemi na łokieć, i wymawiających te tajemnicze słowa (osobliwie dla nich tajemnicze, bo ich nic a nic nie rozumieją) jakby magiczne jakie zaklęcia, mające wszystko ułatwić, pogodzić lub zniszczyć! Lecz mojem zdaniem, owi Commis voyageurs wygrali, bo wcześniej czy później, przez wpływ tej filozofii idealnej, wyidealizują się. A Niemcy przegrali, bo przez wpływ literatury francuskiej wpadną w coraz głębszy sceptycyzm. Kto wie, czy zresztą tego nie potrzeba? Kto wie, czy Niemcy na tej drodze nie znajdą ciała sobie, a Francuzi duszy? Niech przyszłość odpowie. Ja, jako widz i słuchacz, dodam jeszcze to: panteizm, czy jawny, czy ukryty, czy surowy, jak u Spinozy, czy przerobiony, lamowany złotem, jak u Schellinga i Hegla, jest tem właśnie, co oznacza, że duch wyłączny epoki, zaczętej przez reformę Lutra a we wszystkiem przeciwny feudalności czyli potędze indywiduum, coraz bardziej potrzebuje wszystko na wzór siebie ułożyć i świat — wszechświat pojąć na wzór siebie samego. Cała starożytność i wieki średnie, myślę, że to czas indywidualności człowieka — nie ludzkości, czyli tej cząstki ducha człowieka, która siebie za jedność odgraniczoną, pewną, silną, pojedynczą, jeśli chcesz egoistyczną, pojmuje. Zatem wszędzie masz w niebie bogów pojedynczych lub Boga osobistego; wszędzie patrycjat lub jedynowładztwo, nie słychać o masach, ale są bohatery. Historia się pisze imionami wielkich ludzi, posągi ich, każden na osobnej podstawie, stoją widne — stoją w przestrzeniach, jak słupy tej drogi bez końca. Teraz ozwała się inna cząstka ducha, ta, która siebie przyjmuje, jako związaną z drugiemi, jako należącą do drugich, jako nie ja ale wszystko. Zaraz więc i Boga osobistego ona rozpuściła w oceanie ogromnym, zaraz patrycjat i kształt z góry władnący rozwiodła w tłumach, zaraz indywidualności duszy zaprzeczyła, i jednej tylko ludzkości nieśmiertelność przyznała — słowem, na swój obraz wszechświat urządziła: wszystko pojęła jako zlewek wielu, a nie jako dzieło jednego! I tak ślepy Homer został trzystu, lub nie wiem wielu, rapsodami, Rzymu historia poematem przez masy wymarzonym, Chrystus figurą, do której utworzenia przyłożyły się ludy i wieki. Przypomina mi to nowożytne stowarzyszenia: jak drogi żelazne, jak gmachy w Londynie, z tysiąców sakiewek połączonych razem, tak Chrystus, na przykład, z tysiąców marzeń stowarzyszonych koniecznością epoki powstał i stoi. Czy to w oczy nie bije, Edwardzie? Czy ta wyłączność nie dowodzi, żeśmy zawsze i ciągle na drodze błędu?.. Ale jak linia krzywa, linia życia, składa się w matematyce z nieskończonej ilości linij abstrakcyjnych, martwych, linij prostych, tak samo zapewne prawda składa się z nieskończonej ilości błędów! I zagadką ludzkości jest upić się każdym błędem, postawić go na nogi, uczcić go, jako Boga, i wreszcie go obalić, uznając, że tylko w tym bałwanie był jeden promień Boga, a ten promień jeden ocalić, unieść z sobą i wpleść do następnej tęczy, aż, jak Jean Paul mówi, cały widnokrąg stanie się jednym, rozwitym, jednego kwiatu kielichem!