Freiburg in Brisgau W. Ks. Badeńskie

Dnia 5 septembra 1839 r.

Drogi mój Edwardzie!

Są pewne uderzenia moralne, które bym rad nazwał elektrycznemi iskrami ducha. Jedne z takich iskier wziąłem w serce wczoraj, gdym z Twego listu się dowiedział, że za kilka dni przestąpisz jeden z progów życia — jeden mówię, bo kilka jest porohów na tym Dnieprze. Ale ten jeden, choć wieńczony girlandami, choć liściami róż osypan, niemniej jednak uroczysty, poważny, wielki od innych, które zowią się urodzeniem i śmiercią.

Pierwszą myślą było, nie myślą, raczej mimowolnym instynktem, ścisnąć mocno ręce i wymówić w duszy imię Boga, otoczone prośbą za Ciebie, z życzeniem, byś raz wstąpiwszy w jedność szczęścia, ciągle w tej jedności dotrwał, i wziął tyle, ile dajesz, i dał tyle, ile weźmiesz. Znam tę, która, gdy ten list odbierzesz, już imię Twoje nosić będzie; znam ją z wieści i z opisu mi uczynionego przez osobę, która ją często widywała i zwykła ją nazywać aniołem skromności i słodyczy. Jest tu wielka katedra, jedyna ze wszystkich katedr średnich wieków, bo zupełnie dokończona, a wiesz, że żadna inna nie dostąpiła tego dopełnienia. W tej nad wszelki wyraz pięknej katedrze, 12 septembra odbędzie się msza za szczęście duszy, której na imię Edward. Niech zupełność tego kościoła będzie symbolem doskonale pomieszanej i zlanej nieskończoności uczuć z skończonością ściśle opisanego związku małżeństwa. Na tej mszy będzie się modlił gorąco człowiek, który od dawna już nie klęczał podczas mszy w kościele; będzie prosił Boga o wieczność miłości dla tego, którego kocha i dla tej, którą ten, którego on kocha, ukochał.

Pamiętam Edwardzie, że kiedyś — nie pamiętam już kiedy — przesyłałem Ci w chwili głębokiego smutku i zwątpienia radę i życzenie, byś ukochał szczerze młodą duszę, i na wieki tę pierwszą, którą ukochasz, zjednoczył z życiem Twojem. Stało się więc zadość i radzie, i życzeniu. Bądź mi więc błogosławiony i szczęśliwy i spokojny, tym ducha wielkim pokojem, któren już na ziemi jest początkiem wieczności.

Szczęście albowiem niebios, tem zapewne tylko różne od tutejszego, że pojęte w pokoju, a zatem w nieskończonej trwałości; lecz ta różnica jest różną od mijających uniesień, różną na całą długość i szerz, dzielącą ziemię od nieba.

Dwa razy w życiu, nie wiedząc o niczem, dziwnem losu zrządzeniem, udałem się do Ciebie, prosząc, byś mi ważną wyświadczył przysługę: pierwszy raz byłeś wśród najdolegliwszych wrażeń okropnej skończoności, i wyświadczyłeś mi, o com prosił. Drugi raz wśród najżywszych i najmilszych uniesień błogiej teraźniejszości. I znowu uczyniłeś, o com prosił. Zaprawdę, przyjaźń Twoja dla mnie przypomina mi owe formuły „Vehmgericht199”: o którejkolwiek godzinie, któregokolwiek czasu przyjdę po Ciebie, itd. itd. Dzięków Ci już nawet nie złożę. Tyś taki dobry dla mnie, że słów nie dobrałbym! Wolę zachować na wieki w sercu wszystko, co czuję, i mieć to ciągle na pogotowiu dla Ciebie, bym i ja także mógł Ci podobną wszędzie i zawsze odpowiedzieć formułą.

Gdy ten list Cię dojdzie, dotąd go przeczytasz, potem zamkniesz do stolika, odkładając resztę na później, bo wszelka filozofia, mojem zdaniem, w takiej chwili jest naddatkową i może mdłą rzeczą. Kiedy ci chwila wolnego czasu zostanie, kiedy na przykład Eleonora ubierać się będzie, a Ty cygaro pójdziesz wypalić do siebie — przypomnisz sobie, że kilka słów Zygmunta drzemie w szufladzie; wtedy dymu kłębem je obudzisz, weźmiesz do ręki i co następuje przeczytasz:

Winisz mnie o ciągłą abstrakcją — na to Ci odpowiedzieć mogę a priori i a posteriori teoretycznie i praktycznie, absolutnie i historycznie: