Nas trzech: Konstanty, Orcio i ja, siedzim tu po całych dniach i nocach, owiani powietrzem, pełnem woni kwiatów, patrząc się na wody zatoki, oświecone księżycem, lepszym od słońca naszego. Prawda, że nie mamy Prateru, ni Tadeuszów, rozpartych pompatycznie w tryumfalnych rydwanach; nikt nas nie zna i my nikogo, świat został na prawo, my sobie usiedli na lewo, palim doskonałe cygara kontrabandowe, pijem wodę, zaprawną lodem i sokami, jesteśmy szczęśliwi! Życie nasze przeszłe jak w latarni czarnoksięskiej przechodzi przed nami, a my spokojnie każden obraz jego rozpatrujemy i oceniamy. Zgadzamy się na wspólną prawdę, że życie jest celem najwyższym życia, i że, kto żyć umie, ten nigdy nie umrze. Zresztą wiemy, że tych dni kilka pozazdroszczą nam losy, że pęknie zwierciadło tego morza wkrótce, że za trzy lub cztery dni księżyc zniknie z niebios, a nas rozpędzą konieczności rozmaite i daleko od siebie zagnają na wyspy odludnych nudów lub cierpkich przykrości. Spokojnie przewidujemy przyszłość. Na co, jak sam mówisz, martwić się przed czasem? Stałem się zupełnie obojętnym na wszystko złe, co mi się stać może. Wiem, że serce moje nigdy podłem nie było, co mogłem chwil boskich wydrzeć smutnemu pasmu życia ponurego, wydarłem i przywłaszczyłem sobie; bo w mojej duszy wrzała zawsze nieskończona żądza chwil takich, bliższych nieba, niż reszta innych, co się żmudnie ciągną i wikłają nędznie, a jeśli za takie chwile cierpieć mam później, niechże i tak będzie; powiem amen, jak gdybym pacierz kończył. Darmo! Z kolebki dzieciństwa wyniść potrzeba, oglądać się przez całe życie nie sposób na wszystko, co otacza; wszystkiemu nikt nie dogodzi. Długo biłem się w piersi i pokutowałem, ale pokuta nie uszczęśliwiła drugich, a mnie zbłaźnić w końcu i zbezsilić mogła. Teraz spokojny jestem; gdybym dziś miał umrzeć, jeszcze byłbym spokojny.

2 czerwca 1839. Bez chyby dwudziestego trzeciego czerwca stąd wypływam, w Livournie łączę się z Konstantym, który jutro wyjeżdża, i jadę na złamanie karku do Pragi albo do Töplitz, gdzie 5 lipca mój ojciec czeka na mnie. Tam rozstrzygną się zapewnie stosunki nasze na resztę życia. On jeszcze marzy o mojem ożenieniu: nie ożeniony, nie mam żadnej wartości w jego oczach; zatem zapewnie mnie znienawidzi lub zobojętnieje dla mnie. Ja zaś żenić się nie ożenię, a to z wielu przyczyn: 1. że nie czuję powołania do tego świętego stanu; 2. że żyć jeszcze myślę, bo żyć mi potrzeba i żyć pragnę. Każ tam koło 5 lipca mszę na moją intencję odmówić, bo będę w diabelnych tarapatach. Po tem wszystkiem starać się będę wpaść do Wiednia i ciąg życia mego, dość zawikłany i ciemny od kilku miesięcy, Ci wytłumaczyć. Księżnie drogiej naszej ucałuj stopy ode mnie. A teraz bądź mi zdrów i kochaj mnie i czekaj, aż Ci z Czech napiszę!

Twój

155. Do Adama Sołtana

Drezno, 1839, 16 lipca

Pierwszego wypłynąwszy z Neapolu, stanąłem tu wczoraj i zastałem już ojca wyjeżdżającego do Warszawy; był tak łaskaw, że mnie zostawił zagranicą. Chciałbym był koniecznie na Wiedeń jechać, by uściskać Ciebie, ale nie mogę dla braku pieniędzy tak długiego zbaczania w drodze się podjąć, gdyż droga moja wije się teraz wprost przez Bawarię do Bad-Baden, gdzie muszę stanąć za tydzień. Tu tylko do 19 lipca zabawię. Proszę Cię, mój Adamie, pójdź do bankiera Sinny w Wiedniu i spytaj go się mojem imieniem, czy nie przyszły na jego ręce pieniądze dla mnie z Gdańska, a jeśli przyszły, albo w tych czasach przyjdą (o czem, proszę Cię, dowiaduj się lub każ sobie donieść do domu), to mi zaraz napisz do Bad-Baden, Gross-Herzogthum von Baden. W tych albowiem pieniądzach ostatnia moja nadzieja: z wygrania sprawy w Prusiech spaść powinny na niżej podpisanego, a jeśli nie spadną, to niżej podpisany sam bęknie na ziemię w całej goliźnie świętych tureckich. Proszę Cię więc o to, byś się dowiadywał czasem u Sinny, a kiedy flota owa nadpłynie, doniósł mi zaraz, a wtedy Cię poproszę, byś mu wskazał, gdzie chcę by mi je przysłał. Dosyć o materialnych interesach.

Konstanty jest ze mną; odbył tę podróż przez Splügen, Szwajcarii kawałek, Ratysbonę i Pragę, dniem i nocą, w gorączce, ale jednak w dość wesołem usposobieniu. Teraz się wybiera zwiedzić brzegi górnego Renu, aż do Amsterdamu żądze jego zalatują. Rozdzielim się więc na miesiąc, a zapewne potem się spotkamy gdzieś w północnych Włoszech. Nie mogę powiedzieć, by mi nie smutno było, choć nie mam żadnych do smutku przyczyn, owszem, powinien bym być dość szczęśliwy i różanych myśli; ale jakaś zgryzota trapić mnie zaczyna, jakaś bojaźń przyszłości, której nigdy wprzód nie doznałem. Wydaje mi się czasami, że tak marnie żyłem i dotąd tak marnie żyję; szereg moich dwudziestu siedmiu lat staje przede mną, jak szkielet suchy, nagi, bez muszkułów i bez prawdziwego kolorytu. Ale, na cóż rozwodzić się z żalami, kiedy nic nie pomogą? Mógłbym wziąć sobie za dewizę ową Lorda Sommerwilla, zdaje mi się, che sara — sara198; bo zwykle tak zawsze postępuję, prawdziwie czasem chciałoby mi się spać na wieki.

Wczoraj, dojeżdżając do Drezna, w Pyrna, podczas przeprzęgu koni, wszedłem na cmentarz, a śliczny to cmentarz, zaraz przy drodze, pełny pomników, podnoszących się wśród gęstwiny kwiatów i cyprysów, a po bokach, za kratami przestronniejszych grobów, stoją donice z różami i liliami, przyniesione umarłym przez tych, którzy ich kochali za życia. Czemuż, sobie pomyślałem, takie ładne cmentarze, a takie szpetne drogi, któremi żywi jeżdżą? Bo na drodze tuż obok wiły się tumany kurzu i kwiatów nie było, i ciągnęły wozy, piszcząc kołami, brzęcząc łańcuchami, konie ich sapały, potem zbryzgane, furmany szwaby w brudnych bluzach, trzaskając biczami. Czyżby nie lepiej było, gdyby ciche lilie i wonne róże rosły w rękach żywych, a nie na mogiłach, pełnych próchen, które ich nie czują? Ale niezawodnie na tym świecie, przynajmniej na jego powierzchni, co krok zdarzy się napotkać dziwną ironię: szczęście jednemu dane, które nie jest szczęściem dla niego, a które by drugiego, któremu odmówiono, porwało do niebios; lub szczęście za późno zdarzone, dziś nadaremne, choć wzywane wczoraj, gdyby wczoraj było nadeszło, i dzień dzisiejszy byłby jeszcze rajem, ale, że dziś dopiero się objawiło, niczem już nie jest. Kto tajemnice wszystkie te zbada, kto rzeczywisty ich sens wykryje? Wierzę całym duchem, że one są tylko zasłoną prawdy, a nie prawdą samą. To, co się nam wydaje ironią, musi być dobrem, musi być jedną z form dobrego, tak, jak noc jest jedną z form światła, jedną z modyfikacyj światła. Zatem nie trzeba trzymać się śliskiej powierzchni życia, bo ta spadzistością swoją powiedzie wcześniej czy później do rozpaczy, do przepaści. Ale trzeba, czy wiarą w religii, czy rozumem w filozofii, starać się przeniknąć do gruntu wszechrzeczy, by ujrzeć, że harmonia kryje się za chaosem, dobro za złem, nadzieja za smutkiem, niebo za chmurami. Amen.

Księżnie naszej moje uszanowanie najtkliwsze; jakże się ma? Marysi tysiąc przypomnień się i życzeń szczęścia. Czy panna Bourguignon zawsze przy miej? Napisz do Bad-Baden!

156. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego