Cały dzień mi zeszedł na rozpacznem oczekiwaniu. Gorczyca przepaliła mi mięso na gardle do muskułów. Wewnątrz gardło się pali także, nerwy sobie tańcują po całem ciele, jak na balu, a dusza, a serce wygląda Ciebie, sroższą niż nerwy i gardło miotane gorączką. Ileż godzin jeszcze takich przejść musi, nim Cię do duszy przycisnę, nim serce moje krzyknie Twojemu: „Ty, Ty dawno niewidziane!”.

Chodziłem do grobu Cycerona. Język mu Livia przekłuć kazała szpilką złotą, kiedy głowę jego ściętą jej przynieśli. Czemuż żywej głowie pani Üxküll i tylu innych ja tej przysługi wyświadczyć nie mogę? Otóż długom chodził, czasem mi się marzyło, że to sen, Frejburg, Baden, Mediolan, że to sen, że rok 1840 także snem, żem na wiosnę 1839 r. i że jestem w Molo z Tobą, jedziemy do Neapolu, że ja mam płynąć do Sycylii, żem Cię na chwilę zostawił w Camposele, a sam wyszedł na drogę tę, że Ty tam czekasz na mnie, że zaraz wrócę i ujrzę Ciebie, że jutro do Neapolu ruszymy, że wysiądę na Toledzie, że iść piechotą będę aż do Vittorii obok pojazdu Twego, że przed Villa Reale Cię pożegnam, że godzinę później ujrzę Twą chustkę białą na ganku Chiatamone, że nazajutrz przeniesiesz się do Belle-Vue, że za tydzień popłynę do Palermo, że za drugi wrócę, zamieszkam u Krona, że wtedy zacznie się to życie nocy miesięcznych i gwiazd niebieskich i kwiatów na ziemi, że przez trzy miesiące będę całował cicho stopami wschody z śnieżnego marmuru, wiodące do Ciebie, że po tylu dniach słonecznych razu jednego oboje spojrzym, aliści płyniem oboje sami wśród wielkiego, nieskończonego morza, że brzegi Włoch przemijają, jak drzewa, po drodze, miasta Włoch nikną i giną. Że na ląd wysiędziem w Genui, że nad jeziorem Como zatrzymamy się dzień niebieski jeden, że przez Splügen przebierzem się, że się zabijem pierwszą śmiercią naszą, — rozdziałem, w Bregenz.

Otóż dziwnym zawrotem, dziwnym ruchem pierścienia lub węża, co głowę pożera, znów dotykam Frejburga, już bliski jego jestem.

Tak, nie wiem, czy to przeszłość, czy przyszłość, ale wiem, że część boska życia mego nosi imię Frejburg. Jak tam zaszedłem, lub jak tam się dostanę znowu, nie pytaj się, ja nie wiem, ja przecie w Molo di Gaeta jestem. Ja marzę o tem, co mnie się dopiero stać ma. Jakiś dobry anioł objawia mi przyszłość moją; otóż wiem, że mam być szczęśliwy w Frejburgu, że gdzieś jest miejsce, tak nazwane, które czeka na mnie. Marzy mi się, że widzę kościół jakiś gotycki, dom jakiś wiejski, wzgórza okryte zielonością, nigdym wprzód ich nie widział, nigdy tam nie byłem. Ah! To przyszłe dni moje tak pełne zieloności! Czemuż tak smętnieje okolica, zamglewa się niebo? Zimno mnie przeszywa, śnieg prószy, zdaje mi się, żem już nie w domu tym, ale gdzieś na drogach dalekich, długich świata, zawsze jednak z Tobą, a zatem dobrze, nie lękam się niczego. Choć już nie słońce świeci, ale chmury się czernią, choć już nie murawa, ale lody po skałach i górach, co mnie to szkodzi, kiedy przeczuwam, żem wciąż z Tobą — wciąż — wciąż — — aż gdzie?... Co to jest? Czy Ty mnie opuszczasz, dobry aniele mój? Aniele, czy powtórna śmierć moja się zbliża? Oh! Zaprawdę śmierć — śmierć. Teraz przyszedłem do zmysłów, obudziłem się ze snu, pod grobem Cycerona. Ja umarły, ja upiór, ja nie z Tobą od dni tylu, tylu już, droga!

Przeklęty niech będę, żem opuścił dom ten wiejski i tę katedrę gotycką. Czemuż się rozstaliśmy? Patrz! Jak nam trudno teraz znów się połączyć. Oh! Niech się połączę z Tobą, a nigdy, nigdy już się nie rozstanę więcej. Wiem teraz, co to umierać, — co to umrzeć, — co być umarłym. W Terracina zabito mnie ćwiekami do trumny i odesłano do Rzymu. Od chwili tej jeszczem nie zmartwychwstał, a życie pracuje, wre, burzy się w moim duchu. Zmartwychwstaję wiecznie, a nie mogę zmartwychwstać. Irydion inaczej mówił, lecz nie cierpiał więcej! Konam wiecznie, a nie mogę skonać! — wołał Grek nieszczęśliwy. Teraz osądź, co okropniejszem, co bardziej rozdzierającem, czy niedopełnienie żądzy śmierci, czy życia? Były niegdyś chwile, w których Sygurd pragnął nicości, a teraz wzywa niebieskich uniesień — woła i prosi się życia i piękności — życia, co było jego życiem, piękności, co była jego pięknością — o zmiłuj się Ty, zmiłuj nade mną!

Z pokoju w pokój, to powoli, to gwałtownie, przemyka się Zygmunt, od kiedy tu przybył; — przywiózł dwie książki: Estetykę Hegla i Historię Rusi Lelewela. Gdy weźmie pierwszą do ręki, wnet rzuca dla drugiej, a gdy drugą rzuci, że trzeciej nie ma, trzeciej nie bierze. Gdyby miał sto, sto by przerzucił tak samo. Filozofia umiała niegdyś spokoić burzliwe chwile zygmuntowe — ale te czasy minęły. Dziś uczucie zanadto wielmożne, by niemiecki rozum zdołał walczyć z niem. Zygmunt czyta, ale litery tylko, bo oczy jego czytać umieją, słów dusza nie rozumie. W jednym kącie Twego pokoju leży więc Estetyka, w drugim Historia.

Teraz noc — cicho — w tej dużej sali dwie świece — Zygmunt przy stole pisze — Ty o pięć poczt daleka — a jednak tak ogromnie rozdzielona od Zygmunta. Ty masz przybyć pojutrze, a jednak zda się jemu, że wieczność przegradza Ciebie od niego. Dlaczegoż to piekielne złudzenie? Dlaczegoż nie czuję, żeś blisko, niedaleko, dlaczegoż nie piję już z czary szczęścia — czemu dotąd kubek trucizny stoi na tym stole przede mną?

Mówiłem sobie w Rzymie: „Będę spokojnie i radośnie siedział w Camposele, nim ona nadjedzie, natchniony bliskością szczęścia poemat napisać chcę — dawnom już nic nie pisał”. Rozśmiej się, Dialy, śmiej się ze mnie. Im bliższa godzina połączeń, tem siła rozdziału, co ma skonać wkrótce, wzmaga się także. Rozdział gorączki dostaje. Rozdział staje się gwałtownym i mocnym, jak wariat. Rozdział teraz mnie trzyma za włosy, kolanem w pierś mnie gniecie i nóż mi w sercu zatapia. Śmiej się z myśli pisania poematu, z takim gościem przy sobie. Ten list czy dziennik będzie prawdziwym stanu duszy mojej opisem, jedynym poematem, któregom zdolny. Co Ty już takich łachmanów, szmat duszy mojej, krwawych szmat, mieć musisz, Dialy — kilka tomów listów moich! W tych dniach ostatnich ja Twojem listy wszystkie uporządkował i przebiegłem od pierwszego bileciku, pytającego się o zdrowie moje, od pierwszego listu, żartującego z myśli porwania za pomocą małp wiosłujących — do ostatniej karteczki, przez Dąbrowskiego temu dni 6 z rana mi przesłanej. — A w środku, między temi dwoma, leżą wszystkie skarby moje, zebrane w Frankfurcie, Frejburgu, Rzymie. — Widziałem na nowo napis: „A. Mr. Sig. de Grunenberg”. Odczytałem wiersze francuskie, jednego ranka mi przez Nanetę przyniesione w Pfaunie. — Wszystko, wszystkom przebiegł, ocałował, zczytał, opłakał, wdzięcznością związał i tam zostawił, pod Twoim obrazem, na brzegach Tybru.

Jutro więc wieczór, Mościa Pani, w Palazzo Gallo. Winszuję, ścielę się do nóżek. I ja tu będę na balu, drzazgi będą tańcować w kominie, a wiatr im grać mazura z dachu. Ha! Gdyby można ten wieczór utopić w łyżce wody! Bedmara powiesić na ogonie rosłego konia i puścić na Chiaię, — Bugaja tysiącem kozackich, jego własnych, nahajów poczęstować i wyrzucić przez okno — neapolitańczykom szczutka dać w nos — oni by myśleli, że kula pistoletowa — uciekliby!

Ha! Mogłaś, mogłaś ten wieczór odwrócić. — Czemże świat Ci tyle chwil straconych wynagrodzi? Za co mu hołdować, kiedy on nie jest panem. Tym tylko służy, którzy mu nie służą, a wyżsi są od niego. W walce między światem a indywiduum, indywiduum wygra, jeśli ma prawdziwą wyższość umysłową, powiadam Ci, że wygra. — Lord Byron czy przegrał? George Sand czy przegrał?