Przyjm moje życzenia na wieczór ten. Zapewne już o tej godzinie ruch w domu. Grzegorz świece kupuje do kandelabrów. Myślą o waszych strojach. Zefiryna frazes wysoce przystojny po angielsku powiedziała o chustce z muślinu, — Natalia, jak basza, leży rozciągnięta na sofie, a Hołyński na krześle przy jej nogach milczy. — Ty — a Ty! Czy Ty myślisz, żem tu w Molo i że piszę do Ciebie?
Im więcej rozważam i bardziej modlę się do Boga, tem pewniejszy jestem, że Twoja matka nigdy nie ruszy z Neapolu, przynajmniej nigdy razem z Tobą w piątek, bo gdzieżby była gotowa do drogi nazajutrz po wielkim wieczorze! I wcale się nie ruszy, pieniędzy nie ma, potem Natalia!
Noc — cicho — pusto, dobre Camposele. — Nikt nie przyjeżdża. — Jutro Ty musisz trochę cierpieć, jutro się dowiesz, że ja tu cierpię. Nie wiem czemu, ale rad jestem, że podczas tego wieczoru Ty już będziesz wiedziała, że ja tu i żem nieszczęśliwy. To zaćmi białość pereł na szyi Twojej. Wy kobiety! Nigdy nie pojmujecie podniosłości, gwałtowności, pospiechu, niewstrzymanych boleści serc męskich. — Co w was rozwodzi się na szeroką przestrzeń, jak ta elektryczność, której nie znać w powietrzu, to u nas się skupia w piorun! Wy umiecie cierpieć, cierpienie stało się sztuką waszą. Cierpienie u was tak głębokie, tak ukryte, tak niewidome, że szpilki jednej nie zrzuci z kołnierzyków waszych. — U nas głowę nam z karku zrzuca, serce z piersi wydziera. — Wychowanie wasze jest niewolnic nauką. Jarzmo dźwigacie za wcześnie, — serce wam rośnie w głąb, nie ku powierzchni piersi, — wasze życie skrzywione, — godność poniżona, — wyobrażenie cnoty waszej niczem innem od wyobrażenia niewoli. Wstydzicie się szlachetności waszej, na myśl, że uczucie wielkie, silne i boskie mogłoby przypadkiem lica wasze powlec bladością, już bledniecie, a czujecie jednak w każdej chwili, w każdem miejscu, że to stan fałszywy, nędzny, haniebny, nieznośny. — Biedne jesteście! Ale bliski już dzień, w którym wam będzie i godniej i lepiej, w którym rozpusta zniknie z ziemi, ale za to miłość zstąpi i wolność dla was na ziemię. — Wtedy nie odwrócicie czoła zarumienionego od tego, któremuście po cichu rzekły w głębi serca: „kocham”, wtedy wybór wasz będzie świętem prawem waszem, wtedy ustanie wyobrażenie najdziksze i najtwardziej pozbawione rozumu i czucia, że tylko po połowie może kochanego ukochać kobieta, — serce i duszę oddać, a siebie zatrzymać. Dla kogo? Komu? Bóg całość stworzył, a nie ułamek. Miłość nie jest arytmetyką ułamków, ale życiem całości. Serce męskie inaczej bije, — nie zarzucam nic niewieściemu, forma jego tylko ułomna, ale ono samo anielskie — lecz forma męskich uczuć daleko wznioślejszą, — tchnie wolnością, — pełna godności, — patrzy w słońce i, nie mrużąc ócz, pije światło słońca.
Pomyśl, co cierpi takie serce w chwilach podobnych tym, które teraz przebywam. Pamiętasz, opowiadałem Ci, że czasem w gabinetach anatomicznych na świeżo wydarte serce kładą deskę, i człowiek staje na desce, a ostatnie serca konwulsje tyle mają siły, że tę deskę z człowiekiem podnoszą. — Dziś serce moje pod taką deską. Jutro serce moje pod taką deską, — powiedz, co będzie pojutrze!
165. Do Delfiny Potockiej
Gaeta, 20 marca, piątek (1840). Wieczór 7½
Dopierom co wrócił z Carigliano. Czekałem na moście żelaznym, aż mię słabość duszy porwała i rozpłakałem się, że nie spieszysz do mnie. Zacząłem truchleć, czyś znowu nie zasłabła, potem wróciłem przez tę całą pocztę w nieopisanym smutku. Ale tu, wróciwszy, odczytałem list Twój po raz dziesiąty — uspokoił mnie. Dziś rano był deszcz i wicher w Neapolu — nie mogłaś wyruszyć. Ale jutro obiecałaś! Dotrzymasz — jutro o tej godzinie będziesz tu ze mną.
Jestem ostatni tu wieczór, który przebędę na pisaniu do Ciebie; chcę zapisać tu więc coś, coby zostało po mnie, jak ślad myśli, gdybym, tej myśli nie wykonawszy, umarł. Słuchaj, Dialy! Poszedłem, przestawszy pisać z rana, pomiędzy góry. Długom chodził, myśląc o Tobie, wyglądając Ciebie. Pogoda zaczęła błyskać kawałkami błękitu po niebie. Stąd lepsza w mej duszy otucha, stąd jakieś serca rozweselenie. W dzikiem ustroniu, wśród obłamanych głazów usiadłem w ciepłych promieniach słońca; pod nogami morze, Capri i Ischia przed okiem, za wysuwającym się przylądkiem Neapol i dusza duszy mojej — Ty!
Otóż, kiedy tak siedzę, nagle uderzyła na mnie dawno nie doznana żądza, żądza snów moich młodocianych. Żądza nieśmiertelności! Ale już nie dla mnie osobno, nie dla mnie tylko — żądza, byś Ty była nieśmiertelną w pamięci ludzi, potrzeba konieczna, bym ja Cię wyrwał spośród znikomych i znaną postawił przed ludźmi na wieki — tak, jak Beatrice Danta — tak, jak Laura Petrarki! A mówię tylko o żądzy ducha mego, o potrzebie serca mego, Dialy, tylko o tem teraz mówię, nie zaś o skutku, o wykonaniu, o doprowadzeniu snu do rzeczywistości. Mówię tylko, że kiedym siedział na tym kamieniu i słońce zza chmur wyszło, ogrzało mnie światłem, nagle z temi promieniami spadła w moje piersi myśl głęboka, pomysł na dal, pomysł szerokiego dzieła sztuki, kędy Ty masz być królową.
Czytałem Ci niedawno 2-giej części Fausta rozbiór — poema to, widziałaś, że obejmuje całej ludzkości dzieje i przeznaczenia, ale pod formą idei, ale pod formą rozwijali się sztuki. Grecka Helena i romantyczna poezja tam głównymi są aktorami. Wszystkich wieków czyny występują wyrażone przez sztuki koleje. Ludzkość tam jest literaturą! W moim pomyśle inaczej. Jeśli to poema, w imieniu Twojem zawiązane w głowie mojej na tym kamieniu, będzie kiedy — to będzie ono poematem woli i czynu, nie sztuki. W niem wola i czyn w sferę sztuki przeniesionemi zostaną, a nie sztuka wysztuczona, jak u Goethego. Już tego poematu jest część jedna, sama nic nie znacząca — dopiera ważna, kiedy pierwszą część i trzecią, ostatnią, za towarzyszki dostanie.