Ta część, która jest, a sama niewiele znaczy, zowie się Nieboska Komedia.

Już przed dwoma laty myślałem I-szą część, początek do niej napisać, nawet-em napisał ułomek, który Ci kiedyś przelotem czytałem — ale nigdy pomysł tej całości i tego ogromu mnie się tak jasno i koniecznie nie objawił, jak dziś, kiedy na tym kamieniu, nagle, myśląc o Tobie, zażądałem w głębi serca, byś nigdy nie umarła na ziemi.

Niech Ci przypomnę zarys I-szej części.

Ten, co ludzkość, co typ człowieka wystawia, Hr. Henryk, na początku I-szej części ledwo młodym jest. Ta pierwsza część, będzie to poema młodości. Przyjaciel starszy jest przy nim, a ten przyjaciel, to anioł stróż, widomy, dopóki człowiek dzieckiem, dopóki walka życia nie poczęta jeszcze, a znikający, jak tylko się pocznie. Scena otwiera się na górach niedaleko Wenecji; młodzieniec hasa po nich i poluje. Tymczasem przyjaciel został się na szczycie skały i modli się do Boga o tę duszę, co wkrótce żyć zacznie w realnym świecie i walczyć wśród rozerwania świata — prosi Boga, by mu pozwolił snem fantastycznym prawdę jej ukazać.

Wieczorem obłąkuje go w dolinie, mgłami zawianej, nagle sen ciężki zsyła mu na oczy młodzieniec, zasypiając, marzy, że twarz przyjaciela przemieniła się na twarz Danta. Sen się zaczyna. Duch Danta wiedzie młodzieńca. W tym śnie ma być prawda epoki naszej. Epoka nasza jest przejścia epoką. Każda podobna nosi barwę przemożną złego, bywa piekłem na ziemi. Bo z jednej strony wiary stare upadły, nowe nie wywikłały się jeszcze. Równie gwałtownie i nieubłaganie jedni ludzie stoją przy prawach przeszłości, drudzy przy nadziejach przyszłości, a pierwsze już niesłuszne, drugie jeszcze nie są słuszne. Zatem walka i niesprawiedliwość, i gwałt z każdej strony, i brak Boga wszędzie. W innych epokach, gdy są ścisłe, pewne wiary, niezawodne, określone niebiosa, obrzędy, religie, piekło bywa gdzieś, ale nie tu. W naszych czasach piekieł nie ma za ziemią, pod ziemią, ale one są na ziemi.

W tym śnie zatem Dante prowadzi młodzieńca po ziemi — do koszar, gdzie wojska, czyli zezwierzęceni ludzie. Do sekretnych policyj, gdzie uszatanieni ludzie. Do giełdy, gdzie upodleni ludzie. Do klubów, gdzie zwariowani ludzie. Do fabryk, gdzie nędzą niżej od zwierząt przyduszeni ludzie. Pokazuje mu wszędzie dobry byt (który jest środkiem godziwym i potężnym), wzięty za cel, a przez to zamieniony na niegodziwość i podłość. Słowem ten sen fantastyczny niczem innem jak wprowadzeniem aktora na scenę i opisem dekoracji na tejże scenie będącej.

Gdy się przebudzi młodzieniec, pełny wstrętu i magicznych przelęknień, gdzież się przebudzi?

Ot, w mieście, które kochasz, w Wenecji.

Tam on musi spotkać Ciebie, tam żyć z Tobą. Tam ja Ciebie muszę z fal Adriatyku wyrwać jak drugą boginię piękności, tam na dnie morza znaleźć pierścień złoty dożów i włożyć go na duszę Twoją, by ta dusza Twa zaprzedała się mojemu natchnieniu i oddała mi się na zawsze. By Twój charakter przenieść z pola życia w sferę sztuki, trzeba o stopień trzeci jeden podnieść znany dotąd i idealizowany typ kobiecy. Ty masz w charakterze swoim przeszłość i przyszłość kobiet zarazem. Te trzeba związać, spoić razem i uharmonizować, by stanęła idealna Dialy — Twój charakter jest zarazem tkliwy, lękliwy, bo znerwowany, śmiały, nieskończenie ponury — coś byrońskiego w nim oddycha. Ty nie jesteś charakterem, typem, istotą czasu pewnego, już osiadłego, mającego objawione wszystkie warunki życia i bytu — ni Andromacha Hektora ni Julia Romea z Ciebie być nie może. Ty, jak cała epoka nasza, idziesz z przeszłości, a idziesz, nie zatrzymując się, ku przyszłości. To pochodzenie, to niezatrzymanie się Twoje i ten ruch Twój wydać potrzeba — a w tem jest coś niezmiernie tragicznego, bo Ty cierpisz na tem — Ty żądasz domu i wypoczynku, a jednak iść dalej musisz — przyszłość Cię porywa, przeszłość Cię popycha — masz dość odwagi, by dążyć naprzód, a tysiącami łez i westchnień dowodzisz, żeś córką przeszłości. I będziesz w tym poemacie, będziesz, jako jesteś w sercu mojem i na obrazie tym badeńskim, boginią smutku i podniosłej hardości, panią niedoli i uroku zarazem! My oboje to samo jesteśmy — Ty po kobiecemu, ja po męsku. Zbliżają się czasy zbliżeń zobopólnych i pojednań. Ja mam coś z tkliwości niewieściej, Ty coś z ponurości męskiej. Obojeśmy figurami epoki, co nie jest twoją własną, ale cudzych, innych dwóch epok się dotyka i jęczy i płacze pomiędzy niemi.

A zatem w Wenecji się objawisz. Tam Cię młodzieniec kochać będzie, Ty jego — tam was czarna po falach unosić gondola, tam, pod mostem westchnień przepływając, nieraz wspomnicie o mnie! Tam pałac mieć musisz — sale długie, karmazynowe, złocone, o obrazach Tycjana, o posągach, z Konstantynopola wziętych, o gankach, co się wychylają na zewnątrz domów, o wschodach z marmuru, co zstępują w kanały.