W Balladynie masz tego najoczywistszy dowód. Jest to najpiękniejszy midsummer-night’s-dream, najprześliczniejsza epopeja, ale nie homeryczna, jak Pan Tadeusz, tylko ariostowska, sama z siebie żartująca, pryskająca na wszystkie strony fantasmagorią, kapryśna, swawolna, a zawsze i wszędzie przyciągająca, wijąca się w górę, jak Goplana, by się roztopić i zniknąć, aż ci, co patrzyli a teraz już nie widzą nic, tęsknić muszą na zawsze. A Pan Tadeusz zupełnie przeciwnie: Wojski, Podkomorzy, Assesor, Telimena, na wieki osiadły tu, są tutaj, przy mnie, ze mną, znam ich, jem, piję z nimi; nie tęsknię za nimi, bo w każdej chwili mam ich: tak ich mistrz w mózg mój wrył, że, choćbym chciał się od nich rozdzielić, nie potrafię. Jeszcze raz: wykuł ich z granitu. Ale gdzież pójdę szukać Anhellego? Kto mi wskaże nadpowietrzny szlak, kędy raz ostatni westchnęła dusza odlatująca Haliny, biednej Haliny, co wczoraj jeszcze zasypiała, tak szczerze prosząc Boga, by jej malin nie skąpił na murawach boru? A ta sroga Balladyna, z czterech wierszy legendy gminnej wysnuta, Królem Learem i Lady Macbeth popchnięta — ta przejrzysta zbrodnia, zawierająca w sobie wszystkie błędy i cudne przymioty Polek wszystkich — ta Maryna Mniszchówna bajeczna, ta odważna, śmiała, nade wszystko dumna, ale, kiedy już królową, chcąca zostać aniołem i żałująca grzechów Laszka — czy wiem, gdzie szukać nawet jej popiołów, rozbryzgniętych uderzeniem piorunu?... Sen był — sen minął. Ach, gdzież sen mój?... A ten Kirkor „coby był Zbawcę zbawił na Golgocie”, czy to nie monada najprawdziwsza idealnie szlachcica polskiego?
Trzeci przyszły kierunek literatury naszej zapewne się objawi w doskonałem urównoważeniu tych dwóch wyłącznych kierunków. Wracając do analogii z planetą, można by powiedzieć, że właśnie jego całość na tem zależy, że doskonale umiarkowane są w nim: potęga skupienia do środka i rozprzężenie od środka. Pierwszej wyłącznie go oddać, a skamienieje, drugiej, a rozleci się i roztopi. Trzecia więc musi być siła-spójnia. Ale znowu ta trzecia nie może być bez dwóch pierwszych, ni druga bez pierwszej, ni pierwsza bez wydania drugiej, ni obie bez dążenia ku trzeciej. Każda z nich jest warunkiem drugiej, a wszystkie między sobą równe, bo żadna bez którejkolwiek z drugich dwóch istnieć nie może. Z tego wypada, żem Juliuszowi żadnej nad Adamem wyższości nie myślał dawać, kiedym go nazwał następcą Adama w logice naszej literatury: mam go za równego — czas usprawiedliwi lub potępi to zdanie moje — ale tak za równego, że Mickiewicza siła nie jest jego siłą, ni jego siła nie jest Mickiewicza siłą. Czego jednemu brak, to drugi ma, a co z nich każdy ma, to posiada w najwyższym stopniu. Styl, którym włada Juliusz, jest tak giętki, tak wierny jemu, tak niewolniczo słuchający go, że mi czasem przypomina ten wiersz p. Adama, w którym mowa o „heroizmie niewoli” w chłopie słowiańskim. Nie sposób z językiem i z wierszem trudniejszych dokazywać cudów. Chyba tak Liszt gra, jak on wiersze pisze. Gdyby słowa języka polskiego mogły stać się idywiduami, powinny by się zebrać i złożyć się na posąg dla Juliusza z napisem: „Patri patriae”227, bo język wtedy byłby całą ojczyzną. Tak nie jest: prócz języka wiele innych jeszcze pierwiastków jest w ojczyźnie; z tych niektóre mogłyby także taki sam posąg postawić Adamowi.
Gdyby publiczność była Juliusza wyniosła pod obłoki, byłbym, krytykę pisząc, wspomniał o tem, co w nim jest słabością, usterkiem, niedokończeniem, dysharmonią. Ale to wam zostawiam, którzy na to otwarte oczy trzymacie. Wy to jemu powiecie, powtórzycie. Zresztą on o tem sam wie, inaczej nie byłby wielkim poetą. Cerevisiam bibit — sententiam dixit228. Możesz to o mnie powiedzieć, jeśli chcesz. Co piszę, to z przekonania. Takem się tym długim krytycyzmem zmęczył, że kończę list na dzisiaj. Co mogę, przesyłam Ci. Odpisz mi jeszcze do Rzymu. Addio. Wierzaj, że, jak było, tak jest między nami, teraz i na zawsze. Twój
Zygmunt.
Jeszcze dodam uwagę. Im bardziej zapatruję się na literaturę polską, tem bardziej się przekonywam, że w równi się trzyma co do poezji z resztą Europy. Żaden europejski lud dziś nie ma takiej epopei, jak Pan Tadeusz. Odczytałem go niedawno. Don Kiszot tam się zlał z Iliadą. Poeta stał na przesmyku między znikającem tem plemieniem ludzi, a między nami; nim umarli, widział ich, a teraz ich już nie ma. Właśnie to jest stanowisko epopeiczne. Dokonał tego Adam po mistrzowsku: to plemię umarłe uwiecznił, ono już nie zaginie. Temu lat sześć czytając Pana Tadeusza, nie pojmowałem całej jego wielkości, dziś biję czołem i mówię: to jest epopeja. Więcej powiedzieć ni można, ni potrzeba.
168. Do Adama Sołtana
1840, Karlsbad, 27 lipca
Gdybym wczoraj był list Twój odebrał, nie mógłbym był nań odpisać, bo nagle rodzaj jakiejś cholery wpadł na mnie, i po dwunastu godzinach ciągłych fenomenów cholerycznych, w rozmaite kierunki się objawiających, nad wieczór prawie już bez zmysłów leżałem. Doktór przywołany dał mi tęgą dozę opium i to wróciło do sił. Jednakowoż dotąd jeszcze co chwila dzielę się na nudności i na anty-nudności, i czuję się bardzo osłabionym. Wczoraj aż do dwunastej w nocy leżałem ciągle z myślą, że mnie diabli wezmą, a powiem Ci, żem wcale się nie lękał. Żałowałem tylko, że już nie zdołam obaczyć tych, których kocham: Konstantego, Ciebie, mój drogi Adamie, i jeszcze kogoś! Lecz tak około północy zacząłem się pocić i myśl śmierci odeszła ode mnie, uczułem, żem przemógł chorobę. Tu już kilka takich od tygodnia było przypadków. Od dawnam już tak gwałtownie nie chorował; pamiętasz, od tej gorączki mojej w Neapolu, temu półtora roku!
Kiedym Ci pisał, że dla mnie lepiej nie być w Wiedniu, chciałem wyrazić, że muszę być gdzie indziej i to jak najprędzej, a jak tylko człowiek przekonany, że musi coś czynić, wtedy zrealizowanie tego przekonania, może nazwać słowem lepiej, nawet mógłbym tu zamiast wyrazu mus położyć powinność. Wierz mi Adamie, że gdyby nie to, nie pewna powinność, nie pewien obowiązek, mnie tylko znany, tobym całą duszą natychmiast pogarnął się ku Wiedniowi, a raczej ku Tobie! Co zaś do niebezpieczeństwa, o którem napomykasz, domyślając się, jakoby w bojaźni przed niem leżała przyczyna moich Wiednia omijań, przecież znasz mnie dość na to, by wiedzieć, że nie dbam o nie, że nigdy nie dbałem, że, jak dla marnego głupstwa, myślę, że dzieciństwem jest na nie się narażać, tak skądinąd uważam, że dla dobrego i świętego uczucia byłoby podłością przed niem się cofać. Zresztą takie niebezpieczeństwo nie spada od Ciebie na mnie, nigdy przynajmniej o tem nigdzie wzmianki najmniejszej nie słyszałem. A to, Adamie, żem nigdy nie oznaczył Ci miejsca na spotkanie, pochodzi z bardzo prostej przyczyny: z tej, że wiem, ile każda droga byłaby uciążliwą Twojej kieszeni, i mnie, raczej mnie, należy do Ciebie, niż Tobie do mnie zjeżdżać. Lecz, kiedy nie mogę, to nie mogę. I przeszłego roku byłem w podobnem położeniu, to jest goły; nie o tyle, bym nie zdołał tam się obrócić, gdzie mi trzeba było, ale o tyle, że nadłożenie drogi do Wiednia byłoby mi już szeroką dziurą w mieszku i przeszkodą jechania dalej. Miej więc mnie za wytłumaczonego i kochaj ciągle, i wierz, że z całego serca Cię kocham, i wierz, że się zobaczymy czy dziś, czy jutro, czy pojutrze, ale się zobaczymy niezawodnie. Pamiętaj, by list księżnej był koło dwudziestego w Warszawie pod adresem mego ojca, bo dwudziestego siódmego tam przybędzie cesarz.
Proszę Cię, gdybyś przypadkiem spotkał Adasia229, (może przez Wiedeń jechać będzie), to mu powiedz, by z rzeczy u niego zostawionych przesłał mi pod adresem Torlonia a Roma, przez kuriera jakiego kancelarii austriackiej: Sen nocy letniej, który jest oprawny; on jeden jest oprawny, kiedy reszta, ile pamiętam, nieoprawne. Dwa przypadki być mogą, bo mi się myli w pamięci: albo to się zowie Sen nocy letniej, albo tylko On lub Ona, ale pozna najlepiej po tem, że oprawne. Gdybyś zaś sam wiedział, gdziem to On zostawił, to mi wyjm i poszlesz, czy teraz, czy później do Romy. Powiedz mu także, że przed wyjazdem z Romy list ogromny do niego pisałem do Edynburga, pełny popiołów Napoleona. Te popioły, ten pogrzeb morski, ten bryg, zamieniony w jarzącą kaplicę, ten lud wielki, czekający na brzegu, to jedyna chwila epopeiczna czasu naszego! Nieraz widzę w myśli te zwłoki, tę trumnę po mórz nieskończoności. Przepowiedziano było, że powróci: wszak wraca! Cóż stąd, że prochem tylko, kiedy w prochu tym jest życie wieczne! Szczęsny ten, czyj duch powracać może do ojczyzny, choć ciało jego zasnęło od niej daleko! Szczęśni pamiętani przez ród ludzki! Miłość jest chwałą ukochanych u kochających; chwała jest miłością u rodu ludzkiego. Szczęśni ci, w których ludzkość się zakocha! Ale i to serce szczęsne, które choć w jednem innem sercu na ziemi znalazło chwałę swoją!