Bo z serca ciebie, choć gorzko, kochałem

Zawsze i wszędzie!

Możesz tym słowom, co się pod niebem włoskim urodziły, kazać dorobić muzykę jaką ukraińską — muzykę, brzmiącą jak ten wiersz Malczewskiego:

I smutno, pusto, tęskno w dzikiej Ukrainie!

I zawołaj kozaka, i każ mu grać na teorbanie i śpiewać tę piosnkę moją, i wspomnij wtedy o sercu, które znasz, które znałeś dawniej, bo jego prawda jest w tych słowach.

Tak, drogi mój! Noszę głęboką nędzę wszędzie w sobie, jak król, choć w pewnych chwilach potrafię się ubrać w purpurę wieczorów, w księżyce nocy, w błękity i muśliny pian mórz włoskich... Coś mi pod tymi szaty serce wyjada!

Darmo głaskam owe żmije rodzinne, darmo się ich proszę, by mi krwi mojej nie piły — one mleka nie chcą, one krwi mojej wiecznie żądają! I tak dalej idę, cisnąc pod szatą poezji owe gniazda robaków, i gdybym je wyrwał, toby i serce poszło za nimi. Epaminondas pod Mantyneą skonał, gdy wyrwał z piersi włócznię, co mu pierś przeszyła!

A nieraz wśród dolegliwych bólów życia, wśród wiatru i gradu moralnego, co chłosta mi ducha, zjawia się przede mną widzenie Ciebie, szczęśliwe, błogosławione! Widzę dom piękny na stepach, widzę dwojga duchów spokojnych, nie martwością osłupienia, ale pokojem wzniosłym serca i duszy, w jednym domu, w tym domu żyjących. Widzę Ciebie i żonę Twoją, i wtedy błogosławię wam z daleka i proszę za wami chmur świata, by nigdy z żadnej widnokręgu strony nie przeciągały nad dachem waszym. Edwardzie, odpowiedz mi choć słów kilka, powiedz, że dobrze czynię, gdy modlę się o nieskończone przedłużenie szczęścia Twego! Powiedz, żeś szczęśliwy, a gdy to przeczytam, miło mi będzie, miło, błogo, rozkosznie, tęskno do Ciebie, do domu Twego, do stepów Waszych.

Teraz, jeśli chcesz co o stanie filozofii wiedzieć, powiem ci, że dr. Leo z Halli, doniósł na hegelistów zupełnie takie samo zaskarżenie, jakie przed wiekami zaniesiono przed areopagiem na Sokratesa, o obalenie religii, o przeczenie bogów nieśmiertelnych, itd. itd. Przeczytaj na Sokratesa skargę — słowo w słowo to samo. Otóż po wyjściu tej skargi, tego doniesienia, z kilku katedr zaczęto rugować Hegelistów, wydawaną przez nich gazetę w Berlinie impedymentami różnymi trudzić i obarczać. Michelet, ich głowa, wziął się zatem tego roku do kursu „O nieśmiertelności duszy i osobistości Boga”. Ciekawy to będzie kurs, jeśli go wydrukuje. Widziałem jednego z słuchaczy, ale niewiele mi powiedział o tym; podobno sam nie zrozumiał nic. Moim zdaniem, tych dwóch punktów szkoła heglowska nigdy nie rozwinie, nie dowiedzie, nie postawi marmurowo na nogi. Jak powiada słusznie Cieszkowski o niej, logika tylko pozostanie wieczną jej prawdą, a logika to tułub! Tułub już jest, ale gdzie głowa i nogi?... Otóż w rzeczy samej głowy nie ma w heglizmie! Hegel mógł stanąć, bo był nieśmiertelnym, mógł się rozradować w pysze logiki, mógł, kończąc Encyklopedię w rozdziale o absoluten Geist233, udawać, hipokryzować, dyskurować o anegdotach indyjskich, by nigdy nie dojść do głównej kwestii — by spokojnie umrzeć, nie rozstrzygnąwszy tego, co mu nie danym było rozstrzygnąć, tj. nieśmiertelności i Boga! Bóg tylko jak Allgemeinheit234 pojęty, Bóg heglowski, Bóg li tylko panteistyczny jest taką wyłącznością, takim tylko jednym terminem, jak Bóg li tylko osobisty, li pojedynczy, odłączony od wszechświata. Idzie teraz o zlanie tych dwóch bóstw w trzecie, równie osobiste, jak panteistyczne, równie wszystko obejmujące, jak siebie samego. W Trójcy naszej najdoskonalszym punktem jest Duch Święty. Czekaj na niego w filozofii — nie nadszedł jeszcze. Nie hegelisty go odkryją, ale przyjdzie i świat padnie przed nim; z samej logiki to wypada. Lecz teraz Ci jeszcze i to powiem, że przyjdzie czas, w którym duch ludzki zapragnie logiki! Logiki — bo każda logika uznana staje się skutkiem, faktem, fenomenem; póty tylko jest przyczyną przyczyn, póki nie odkryta, póki na jaśnią nie wyrwana!

Ja to czuję, że świat ten jeszcze nie doszedł do uzupełnienia się swego. Ni myśl mu wystarcza dotąd, ani też wiara i przeczucie, ale stan jego jest stanem, gdzie przepaść przed myślą, przed rozumowaniem stoi czarna i głęboka. Tam skacz, jak Kurcjusz, z wiarą, z natchnieniem, z lutnią o złotych strunach! Tam bądź poetą, prorokiem, tam przeczuwaj, tam miej widzenie. Kiedy lutnia śpi i nie sposób jej obudzić, gdy serce nie bije, gdy oko ducha nie zdoła przewidzieć — wtedy bierz myśl i dochodź; mierz, snuj, pającz się, a czy tak, czy owak, ciągle, wiecznie idź dalej! Lecz nigdy nie mów myśl tylko i nigdy nie mów serce tylko, lecz owszem, i myśl i serce; a pierwszą kuj w wszechświat jak kroplą w granit, drugim kochaj, i w tej chwale miłości patrz na wszechświat, zgaduj, jaka ostateczna będzie forma jego! Poezja niczym innym, jak ciągiem tej ostatecznej formy widzeniem, apokalipsą, odbywającą się w duszy ludzi od ośmiu tysięcy lat, znakiem niezawodnym, że jest związek, że jest wspólność między nami a tym co będzie na końcu! Nazwiesz li to rajem czy nową Jerozolimą, czy wniebowstąpieniem, czy niebios zstąpieniem, czy pójściem planety w drogi mleczne, czy przerobieniem jej na wstęgę mleczną — to wszystko to anegdota przyszłości, to sposób, którym się to odbędzie! Idea zaś tego, pomysł tego, to to, że to się odbędzie; a przeczucie formy tego, to poezja! Powiedz, czyś równego ze mną zdania?