Krąży krwią wieków i serce spokoi,
A może czoło w laur wieków ustroi.
Może kto kiedyś na jednym z tych wzgórzów,
Wśród prochów bogów i gruzu podmurzów,
Gdzie róż i bluszczu powiązane zwoje,
Bluszcz gdy odchyli, znajdzie imię moje!
173. Do Adama Sołtana
1840. Roma, 26 listopada
Dzięki Ci tysiączne i za Twój list, wczoraj przez pocztę, i za rękopis, też wczoraj, z rąk księżnej Czartoryskiej, która go z rąk Brzozy przejęła w Mediolanie, odebrany. Aleksander242 przyszedł do mnie, nie zastał; ja wieczorem do nich poszedłem. Stoją w Meloni na Piazza di Popolo. Zastałem ich samych przy kominku, bo tramontana243 huczy. Przyjęła mnie łaskawie, grzecznie, naturalnie — pewno z miłości dla Ciebie. O Tobie mówiliśmy dużo, pytałem się o Marysię, o Ciebie, o księżnę. Jutro wyjeżdżają, jadą do Neapolu. Widzisz więc, że, gdybym mógł radzić, to nie będę miał czasu z żadną radą wystąpić. Jednak, by Twoich zleceń dopełnić, gdy ona unosiła się nad naturalnością, i afektację Polek ganiła, wtrąciłem maleńką dyskusję o tym, co tu we Włoszech zowią naturalnością kobiecych ruchów i myśli i rozmów. Za przykład prze-naturalizowanej Polki na włoską bufonerię i odsmak postawiłem panią T... Stąd łatwo mi było o złym tonie i złym towarzystwie Włochów napomknąć i dodać, że wdzięk ruchów, pochodzący z prawdziwej podniosłości ducha, z prawdziwej wewnętrznej piękności, jest perłą, której kobieta strzec winna, jak źrenicy: jeśli tę perłę rzuci nieuważna w morze, wszystko straciła! Naturalność jest o tyle piękna, o ile przez wychowanie i długi nazwyczaj wszystkie wewnętrzne myśli wzniosłe i piękne, cała cywilizacja, że tak powiem, serca i duszy, przeniosły się do zewnętrznych form i tak się z nimi zlały, jakby wraz z nimi były się urodziły w kolebce: to jest arcydziełem żywym, to jest panią Zamoyską244, to jest wyrobienie siebie na doskonały poemat! Lecz naturalność rodzima, naturalność, przez naturę wpojona, to zwykle grubiaństwo, dzikość, niezgrabność; chyba, że już tak Bóg kogo ukocha, że go stworzy Wenerą medycejską, lub Madonną Rafaela od razu, lecz to rzadkie cuda! Człowiek nie jest synem natury, ale synem siebie samego, czyli pojęcia swego, jaki powinien być, czyli sztuki! Naturalnie, że nie o komedii żadnej tu wspominam. Otóż w ten sposób pogawędziwszy, odszedłem.
Pisałem Ci raz, że tu wzięli Szczyta z Pińskiego do S. Spirito do wariatów. Wyobraź sobie szlachcica, dziedzica wsi Kożangrodek, pana całego klucza, Szczytowszczyzną zwanego na Litwie, namówił proboszcz tamtejszy, by jechał do Rzymu prosić Ojca Świętego o pozwolenie na mszy mówienie w dworze kożangrodzkim, zależnym w tym od innego parafialnego proboszcza. Szczyt się wybrał, jakby do Wilna lub Nowogródka, sam jeden zupełnie; tu przybył, podał prośbę, otrzymał i zaraz chciał wrócić do Kożangrodka, do domu. Miał bzika w głowie. W Kożangrodku nic to nie zawadzało i owszem — tu go za wariata poczytali, bo sypał dukatami za lada co, sypiał w stajni przy koniu, dwa osły kupił w Tivoli, dwóch obszarpańców wsadził na nie i sam przodem konno uwijał się po Kampanii, szukając wsi i domu na wsi do najęcia, gdyż miasta nie cierpi. Otóż te obszarpańce, te Sanszy go za wariata donoszą urzędnikom bramy di Popolo. Przytrzymują szlachcica, przez dwa dni go męczą, gwałtów niesłychanych na nim się dopuszczają, sodomskich, gomorskich, z kieski mu wszystkie holendry wykradają, potem z bzikowatego zamieniają go tam na wściekłego, raport piszą do władzy. Władza doktorów śle, on doktorów kpa, grozi im nożem. Doktorzy za wariata go ogłaszają, wiążą go i prowadzą do S. Spirito. Tam byłem u niego.