Zygmuncie.

172. Do Konstantego Gaszyńskiego

Sorrento, 29 septembra 1840

Zaiste, mój drogi Konstanty, myślisz, żem umarł lub zapadł w letarg bobakowy? Ni to, ni owo, ale od kiedym z Włoch wyjechał w lipcu do powrotu do nich, przed dwoma tygodniami, takem ciągle ruszał się żwawo i wielolicznie, żem nie miał chwili żadnej próżnej, to jest zdolnej do wzięcia pióra do ręki. W Karlsbadzie do tego napadł mnie atak choleryczny (może imaginacja), który mnie na piętnaście godzin czucia pozbawił. Jedynie przez ogromne dozy opium wróciłem do zmysłów; od dnia tego ciągle bieduję i choruję.

Cóż tam się dzieje w waszym świecie literackim? Od dziewięćdziesięciu dni wszelkiej wieści o nim pozbawiony jestem. Czytałem w Niemczech Lillę Wenedę. Pomysł mitu Lelum Polelum jest prawdziwie wzniosłym i poetyckim. Sama Lilla jest białą Antygoną, ale żal się Boże św. Gwalberta i tego Szlaza, który naśladuje Grabca z Balladyny, który Grabiec sam naśladuje jakiegokolwiek z tysiącznych, potwornych błaznów Szekspira. Aż mnie smutek wziął, gdym ujrzał tych dwóch bohaterów i tę anielską siostrę ich w towarzystwie takim gałgańskim. Zaniosę przed Jula, kiedy będę pisał do niego, skargę Lilli, bo mi się biedna dziewczyna skarżyła. Szlaz jej białą tunikę powalał rękoma, tabaka z nosa Gwalberta na skroń jej kapnęła; lepiej było ją zaraz nożem w serce pchnąć, niż tak jej strój zwalać. Ale to niech pozostanie uwagą moją, wypowiedzianą Tobie. Spowiedź jest nienaruszalnym sakramentem!

Czytałem w Niemczech jakąś Bogunkę237, poema niby wielko-poznańskie ze szkoły sławiańskiej, co się sili zwrócić język polski do pierwotnego tła sławiańskiego, to jest do nihilizmu; bo początek każdej rzeczy jest niższym i mniej charakterystycznym, niż jej dalsze rozwinięcie i postęp. Wszystko wychodzi z nic, a staje się czemciś. Otóż, to poema, o ile ja, nieuk, zrozumieć zdołałem, traktuje o jeziorze Gople et de quibusdem aliis238. Lecz zabij mnie jeśli wiem, co to za alia. Na każdej kartce podziękowałem losom za zrozumienie trzech lub czterech słów, reszty anim doszedł. A nie z powodu myśli ciemnych, jedno z powodu słów samych, czeskich, ruskich, morawskich etc. Jeśli to się nazywa kształcić polszczyznę, czemuż tak krzyczą na makaronizmy? To są istne makaronizmy, tylko że nie z łaciny zarwane; to jest, co do gramatyki, tym samym, co zastępować w literaturze małpowanie klasyków małpowaniem niewolniczym romantyków. Dlaczegóż głupstwo Szekspira ma być świętszym, niż głupstwo Rasyna? Maniera Szyllera znośniejszą, jak Kornela? Czemu czeski frazes ma mi się wydawać niepokalanym, kiedy łacińskiemu nie przepuszczam? Wszystko to aurea mediocritas239; a w tej szkole sławiańskiej jest inne niebezpieczeństwo jeszcze. Polska wykształciła bladość pierwotną słowiańszczyzny na polor i kolor zachodni; tak dzieje świata, tak duch ludzkości chciały i umiarkowały. Teraz powracać z wyższego szczebla, ze wzgórza, do pierwotnej niziny, czyż to Ci nie przypomina frazesu: „przywrócone prowincje”, używanego przez senat rzymski, kiedy cudzą własność zagrabiał? A nie uwierzysz, jaki zapał w Poznańskim panuje do tej, choć nowej, jednak wstecz cofającej mody. Nie mogą po prostu napisać: książę patrzy, muszą Ci wypalić: książę szatrzy. Osobliwie w artystycznym dziele miłym jest wyraz z odsyłaczem do dykcjonarza na końcu, zupełnie toż samo, co dziura w moście, co zastanówka w orkiestrze wśród finału opery, który tylko przez ciąg swój nieprzerwany pięknym wydać się może, lub co zająknienie się aktora wśród deklamacji. Te tylko wyrazy nowe stawiać lub stare odświeżać się godzi, które wewnętrzne, że tak powiem, tak logiczne, rażące światło mają, że natychmiast same się nim oświecają, skoro się zetkną z umysłem czytelnika. Kiedy wyraz nieużywany nie posiada takiej fosforencji, nie jest taką siarniczką, palną natychmiast, nie wolno go do poetycznego utworu używać. Wprzód trzeba dykcjonarz wydać i pedancko wprowadzić w używanie takie słowa, a po dwudziestu latach obiegu dopiero nimi pisać wiersze i poemata, bo poezja, organiczną całością będąc, przerwy mechanicznej nie cierpi. Gdzie tylko ma być pięknie, tam wszystko harmonijnie ruszać się winno, jak w życiu wszechświata, tam nie wolno skupiać proszków, choćby to nawet były miki metaliczne; siłą kohezji nie trzymają się utwory sztuki, ale siłą organiczną życia, tajemną, duchowną, jedną! W anatomii, w mineralogii inaczej — bardzo dobrze i słusznie; ale też anatomia i mineralogia i reszta wszystkich na „ja” kończących się rzeczy nie zaczynają się przez „poez”, który to wyraz pochodzi od greckiego ποιείν, a znaczy tworzyć. Siła zaś twórcza całość wydaje i życie snuje z siebie. Nauki zaś nie są tworzeniem, są rozebraniem stworzonych płodów i istot. Im wolno iść powoli, im wolno odrywać cząstkę po cząstce i zastanawiać się; ale, kto tworzy, w tym musi być duch: gdzie zaś duch, tam jedność i wolność i piękność bez przerwy, bez analizy, bez zająknienia się, bez odsyłaczów! Odsyłacz znaczy: „prawdę tego lub owego znajdziesz dalej”, a w sztuce o to idzie, by prawda tego lub owego, już przeźroczysto w tym lub owym jaśniała, już tam była doskonale powiązana i pojednana! Sententiam dixi240! a że poznańczycy cerevisiam241 piją, to niezawodnie znać w Bogunce.

Teraz odpłać mi się wiadomościami literackimi z stron nadsekwańskich! Czy Bohdana poezje nigdy z druku nie wyjdą? Czy pan Adam rozpoczął kurs swój? Piękne ma pole do wyrwania na jaśnią figury dziewięciowiekowej, co dziś leży w grobie.

Odpisz mi do Rzymu, tam zapewne zimę przebędę. Takem przylgnął, nie do ludzi, ale do kamieni tamtejszych, że czasem zamiast podpisu mego gotów bym nabazgrać: Rzymska kampania:

To miasto wiecznym, w tych grobach jest życie,

Które pod ziemią spokojnie i skrycie