Pisz, kochaj i wierz Twojemu
Z.
175. Do Juliusza Słowackiego
Rzym, 16 marca, 1841 r.
Skąd ten akord? Gdzie się ta harfa odezwała? Kto dał wieszczom wzrok sztyletowy, sięgający w głąb dusz ludzkich i odkrywający, co te dusze kryć chcą, pragną, nie zdołają? Czy tak z nimi, jak z księżmi? Każdy ksiądz, choć ma prawo słuchania spowiedzi świeckich wszystkich, musi znów księdzu drugiemu się spowiadać; tylko, że tu spowiedź bezgłośna, tu spowiedź nie wymyka się z ust grzesznika, bo grzesznik nie domaga się odpuszczenia win, nie żąda absolucji, ale rodzi się w zwierciedle duszy poetyckiej, która drugą w sobie odbija, chwyta, więzi, przenika, przejrzystem a gorzkiem światłem oblewa, i każe się jej kąpać w falach ubiegłych, niepowrotnych przeszłości. Słuchaj! Chciałbym na godzinę, na godzin dwie, byśmy, Ty i ja, stali się starcami; chciałbym, by nas sześćdziesięcioletnich ta sama znów Willa Róż otoczyła. A tam, siedząc na starościach cezarowych ruin, opowiadałbym Ci szczerze, zerwawszy symbol z prawdy, dzieje mej przeszłości; wtedy nie Ty już byś nożem wspomnień sięgał pod serce moje, ale ja bym tego serca ostatki rzucił, roztrząsł przed Tobą, tak, jak grabarze czynią z kościotrupami, przeznaczonymi do kostnicy. Są straszne prawdy, raczej rzeczywistości, wzorem lekkich motyli igrające po murawach tej ziemi, a pełne jadu wewnątrz, a rojące się z samej dłoni przeznaczenia. Istota, którą oczy Twego ciała ujrzały245, a na którąś oczyma już duszy był spojrzał od dawna, jest najsłodszą, najlepszą, najszlachetniejszą z dusz, którym ten planeta już czyśćcem i męką ciągłą. Ona nigdy a nigdy szczęścia nie zaznała: niesprawiedliwość, oto jej był pokarm ciągły, chleb powszedni. Nie umiała nigdy w jednę chwilę skupić wieczności na ziemi, a kto tego nie zdoła umieć, ten na ziemi niech nie pragnie szczęścia, bo w niebie chyba jest pogodzenie trwania i uniesienia, stałość i namiętność życia i niewzruszoność! Stąd też wszystkie jej smętki i boleści. Jej, nade wszystko teraz przyjaznej, męskiej, a jednak, że tak powiem, siostrzanej ręki potrzeba; bo zupełnie męska dłoń tylko by palce te białe i miękkie przełamała! Nam, powiadasz, zostawisz koniec zagmatwanej naszej tragedii, a sam odejdziesz. O, nie, Ty się mylisz, Ty zostaniesz i sam się zagmatwasz, sam, jeźli czasu Ci stanie. A nie myśl, Julu, by tu się odzywał ze mnie Furiis agitatus Orestes246; nie! Cichym teraz, jak dziecię, i martwym, jak trup, bo gotuję się na śmierć — nie na śmierć ciała, ale na powtórną duszy. Nim raz pęknie budowa zewnętrzna, żyły prysną, rozprószą się kości, wierz mi, kilka razy dusza wnętrzna może umierać i zmartwychwstawać, a zgony coraz cięższe, sny w grobie twardsze, zmartwychpowstanie krótsze i bladszem światłem owiane, aż w końcu ciało samo się rozłamie, rozkwitnie się błękitnym bławatkiem próchna, a duch na ziemi nie zmartwychwstanie już. Więc jestem spokojny bardzo i wdzięczny Ci z głębi serca za list Twój: sercu Twemu za list Twój i szczegóły w nim zawarte, duchowi Twemu za wzrok przenikliwy, który on rzucił w samą iściznę ducha mego, tam, aż tam, gdzie z niewidzialności zaczynają powstawać owe kryształki myśli, czucia, natchnienia, z których długie całkie zrastają się struny harfy wewnętrznej w człowieku. Dotknąłeś palcem każdego z tych wymoczków kryształowych, położyłeś dłoń całą, jako szeroka, na duszy mojej; tak, że dusza odjękła: „prawda”! i jedynąś może nagrodą, jaką tu wezmę, nagrodził mi za tyle cierpień, w jedną pieśń związanych. Ale teraz, o poeto, nie dotykaj rany śmiertelnej, którą krew nasza się wylewa wiecznie, aż kropla po kropli, cała z nas wypłynie i, w cudze serca się wcieliwszy, nas samych bezżywotnemi marami zostawi! Nie pytaj się, czemu, czemu inaczej brzmi ten sam kruszec, gdy naciągnięty i nawiązany do lutni, a inaczej, gdy obrócony w kolej pod parowe powozy! Nie pytaj się, czemu duszy Twej miękko położyć się myślą na chmurze, gdy gaz ten sam, z którego wykwita chmura w niebiesiech, tu, na ziemi, w skałę czarną i ostrą opadły, strącony, skupiony, rozkroi Ci podróżne stopy i własną Cię krwią omaże! Od chwili fiat lux247 o to samo cały się ten planeta pyta; ktoś odpowie mu kiedyś, ale nie dzisiaj jeszcze. Dlatego poezja jest formą najwyższą rzeczywistości świata, jest najwznioślejszym kształtem życia, że różni się w swoich rozwiązywaniach od rozwiązywań codziennych i potocznych: dla niej nie ma ślamazarnych przeciągań się, nędznych odgrzewań, w niej jest wieczne dopełnianie się, a w żywotach naszych świeckich następne niedopełnianie się! Poezja, gdzie powieje skrzydłem, tam musi albo na obraz ducha świat ludzi urządzić, i wtedy bohater zwycięża, albo musi z pogardą porzucić ten świat głuchy, niemy, ślepy i wrócić do siebie, do domu, do Boga — wtedy bohater albo idea umiera. Straszny to los mieć grób przedsienią życia i nie móc do życia życiem, jedno śmiercią się dorywać! Wierzę, że tak na dzisiaj i na tysiąc tysięcy „dzisiaj” innych jeszcze. Zatem nie kalecz wiecznie skaleczonych, Ty, sam krwią i ranami okryty, nie pytaj się krwawych i rannych: „Proszę was, mili, co to za purpurowe cętki u was na piersiach?” Niech Ci z jednej strony Bóg, z drugiej przepaść odpowie!
Jeśli macie tam z Księstwa dzienniki, tak, koło kwietnia, maja i aż do pół czerwca, pilnuj, czy w nich nie znajdziesz pewnych myśli bratnich a szczerych, a już nie w biurku zatęchłych, lecz wolnym okąpanych powietrzem248. Gdy je czytać będziesz, nie myśl o ich treści, bo to, co w sobie masz, znasz przecież, a tam o tym tylko mowa; ale pomyśl, że w Willi Róż było niegdyś dwóch ludzi, co ślubowali przyjaźń i dochowali jej, a wtedy to może rozwidni Twoje niektóre marzenia o niestałości uczuć ludzkich.
Nie próbuj też zanadto niezgłębionych serc: gdy puścisz w morze kotwicę, nie widzisz, gdzie poszła, bo głąb morska ciemna; ale czy wiesz, czyś tam czasem na co żyjącego żelazem nie trafił i tego nie rozdarł, nie rozranił, nie przebił? Długo czekać musisz, aż krew z przepaści wzniesie Ci się aż nad fale i krzyknie: „Okrutnyś!”. Może nie doczekasz się jej nawet, odejdziesz wprzódy, nigdy nie dowiesz się o ranie, którąś zadał. Wierz mi, bądź raczej jak anioł światła i dźwięku, a eksperymenta zostaw staremu Wilowi i anatomikom! Rozwiedź tęczę cichą a promienną nad tymi, którym życie gorzką było rzeczą! Ściskam Cię z głębi duszy; każdy list Twój będzie mi smętnym a białym gołębiem.
176. Do Konstantego Gaszyńskiego
Rzym, 20 marca 1841
Drogi mój! Gdym list Twój przedostatni odbierał, byłem po prostu jak święty turecki. Nie odpisywałem zatem zaraz, czekałem, aż mi się uśmiechną lepsze losiki. Gdy cośkolwiek teraz od bisurmańskiej świętości odszedłem, co mogę, przesyłam Ci. Dzięki Ci za wszystko, co mi piszesz; rad bym, by o rzeczy, nie o przyczynie rzeczy, tyle mowy było, bo to wszystko może się kwaśnym katarem skończyć.