I oto znowu marzec, wiosna! Światu z łaski bożej 1841, mnie trzydziesty rok! Czas, to najokrutniejszy z archaniołów. Ten, co u bramy raju z mieczem gołym, przynajmniej stoi na miejscu — ale Czas, z podobnym żelazem w obu dłoniach, goni nas i ostrza tych mieczów w plecy nam wtyka. Przez plecy wskróś na tamtą stronę piersi się przebijają, i tak po tej kuli ziemskiej, wiecznie skaleczeni, wiecznie krwawi, z sercem stąpamy przeszytem. Oh, życie gorzkiem jest, bo trzeba zapominać o przeszłości, bo trzeba oddzierać ją od ciała, jak koszulę Dejaniry, za którą mięsa kawały idą. Mój drogi! Kiedyś, kiedyś, kiedy będziesz wspominał o mnie, pomyśl, żem ogromnie wiele nieznanych cierpień wytrzymał i że czasem w ciągu życia chciało mi się śmierci. Coby Ci wiedza faktów pomogła? Wieczne faktum moje, oto ból, i ból, i ból jeszcze! Znasz mnie, są chwile, w których nawet pisać nie zdołam. Niech Cię Bóg strzeże i błogosławi.
177. Do Stanisława Krasińskiego
1841, 2 kwietnia, Rzym
W tej chwili nie masz czasu na czytanie listu czyjegokolwiek — kochasz — więc tylko czytać umiesz w oczach ukochanej, ale zawsze jednak stanie Ci cierpliwości na przeczytanie tych słów kilku, szczerym Ci przesłanych sercem. Bądź szczęśliwy dziś i jutro, teraz i na zawsze.
Zygmunt K.
178. Do Augusta Cieszkowskiego
Roma 1841, 8-go kwietnia
Drogi Auguście mój! Zawszem się domyślał o tem, że jedyną widomą i dotykaną nieskończonością na naszym planecie jest głupstwo ludzkie, alem nie przeczuwał, że tak się Tobie da we znaki i oskarży Ciebie — Ciebie o bezbożność! Zapewnie nie pojęcie pewnych wyrażeń gramatykalnych przywiodło ich do tego — sprzeczają się o lana caprina249 o literę zdechłą, a w treść, w ducha się nie wgłębili. Mnie, który znam Twoje myśli, mnie, który Ciebie odwodziłem od zbytnich pokut i mortyfikacyj i praktyk, moim zdaniem zabobonnych, śmiesznym się nade wszystko wydaje, kiedy słyszę teraz, żeś popadł zarzutowi antyreligijności, bo nie znam na ziemi tej ducha bardziej, niż Twój, przepojonego do głębi religijnem uczuciem. Staraj się ich przekonać, że się mylą, by się nazbyt nie gorszyli — nie z winy Twojej, ale z własnej — obłędnem pojęciem, jakie się w nich wyrobiło o Tobie, a ufaj w Pana, który sług swoich nigdy nie opuszcza, jedno czasami próbie kwoli wypuszcza na nich, gdyby psów szczekanie, ludzi kłamliwy wrzask; ale w borze świata prędko giną te grania ogarów, a prawda się zostaje, jak szum nadpowietrzny a wieczny sosen wielkich, modlących się konarami drżącemi do nieba!
Czyś czytał Trętowiusa250 Vorstudien zur Wissenschaft der Natur? Jest to malarstwo, następujące w filozofii po posągowatości Hegla. Wszystko, co tam ócz nie miało, co tam białe i marmurowe było, to patrzy, spogląda, zrzenicuje i płonie kolorytem weneckim: polskie życie, śmiałość, napad, rąbanie, rzutność zastąpiły jędrność bez stawów i kości bez mięsa olbrzymiego, suchego, li metafizycznego szkieletu germańskiego, pojęcie Boga jako zarazem osobistego i nieosobistego, tj. będącego wszystkim, czem tylko być można a realnie wielkiem jest. Ale też materia wtrącona w skład Jego — co u Germanów Geist, u Trętowskiego Dasein, Wirklichkeit. Jeśliś nie czytał, przeczytaj! Nie tak wspaniale mu się udało z nieśmiertelnością: Wystawił sobie świat pogrobowy na kształt płaskowypukło-rzeźby uwiecznionych postaci i duchów, dopełnionych a niewzruszonych, leżących na łonie przeszłości, jak po katedrach granitowe posągi rycerzy na grobowcach średniowiecznych. Ależ dotąd same początki jego systematu wybrnęły na jaźń — może w ich rozwiedzeniu i rozwinięciu pojęcie nieśmiertelności także się ożywi i nóg dostanie. Co zaś do natury, tej wszystkie kategorie prze-logicznie, a zarazem prze-rzeczywiście już przeprowadził; w tym pokazał się mistrzem. Jasność jego stylu i dowodzenia ogromna; czytając go, zdawało mi się, że zorza jakaś stepowa wschodzi w Czarnolasach niemieckich i że nareszcie duch się wydostaje z okręgów ciemności a riveder le stelle251 — każda nauka albowiem przechodzi następstwem koniecznym przez owe trzy dantejskie sfery, zaczyna żyć w wnętrzu ziemi jak ziarno, wyrasta z tego piekła czarnego w czyściec powietrza, tam, gdzie jeszcze szaro od brył gliny, a już biało od światła atmosfery, i, coraz bardziej się oczyszczając, rośnie, rośnie, aż jej korona całkiem rozkołysze się w czystym błękicie nieba!
Od powszechnego zacząwszy, przechodzę do jednostki, tj. do siebie. Choć nie warto i dwóch słów o niej wyrzec. Schorowana i bezsilna to jednostka już, parta zewsząd nasuwającą się powszechnością i gotowa dać się rozwiązać, nie bez pewnego oporu jednak, nie bez sercowego buntu — bo w tej jednostce wre i żyje także całość, tylko, że bezpotężna.