5-go augusta z rana. Szkoda mi mej młodości, Dialy, szkoda mi skrzydeł moich niewidzialnych, pieśni przedrgałych, marzeń prześnionych, żądz niedopełnionych i przeżądanych, świata mi mego całego nadpowietrznego z chmur, błękitu, promieni słońca i dalekich gwiazd, szkoda. Kopuła niebios, gdy dotknie się ziemi, przeradza się w szarą płaszczyznę, tak i z duszą niebieską człowieka, gdy wcieli się w rzeczywistą potoczność, a kto znowu nigdy przez ciąg życia nie dotknął czynu realnego, ten z dziewiczością swoją przestarzałą staje się podobnym w końcu do starej panny. Bo jest w życiu tajemna konieczność, każdego śmiertelnika zmuszająca, by przed śmiercią spróbował życia zewnętrznego, pokusił się o dopełnienie celu stworzenia, tj. o pogodzenie idei ze światem, ducha z materią, prozy z poezją, pieśni z czynem. W tej ciężkiej próbie, w tej trudnej czy do rozwiązania, czy do rozcięcia zagadce, po większej części ludzie nie umieją sobie dać rady, przepadają, jedni podle, przechyliwszy się na stronę materii, drudzy po szalonemu, przechyliwszy się zupełnie na stronę niewidomych myśli. Ten tylko wielki, piękny, dzielny, kto potrafi oba światy te sprzeczne z sobą pogodzić i tak umiarkować, by się ich okręgi w nim w każdej chwili przecinały, czyli spajały razem. Lecz szukaj takich, a znajdziesz kilku na planecie tym. „Wielu powołanych, mało wybranych” — to są bezdennie głębokie słowa, zawierające całą praktyczność historii. Zatem straszny strach ogarnia każdą duszę, gdy czuje, że ją losy gnają ku życiu rzeczywistemu, ku tej przepaści, pełnej ciemnych wód, nad którymi czasem tylko jakiś bluszcz lub kwiat szczęśliwszy zakwita. Kto nie rozumie życia i celów jego boskich, ten lekkomyślnie rzuca się w odmęt i, jak liść suchy, błąka się po nim, poddany każdemu wiatrowi, nieświadomy, kędy dążyć powinien, a zatem nie walczący, jedno porwany, nie czynny, jedno bierny ciągle! Lecz, kto siebie czuje i świat rozumie, ten wie, ten święcie wie, co winien czynić, ku czemu stąpać, o co się starać, ten, raz wstąpiwszy w zawód, już nie stawa, już nie odpoczywa, zatem walczy nieprzestannie, a walka męką jest, a męka bez przerwy piekłem! Pod tym warunkiem tylko, bycia w piekle na ziemi, człowiek unika warunku bycia w nicości lub podłości na tejże ziemi pod tym tylko warunkiem staje się twórcą, tj. ciągle z siebie snuje urzeczywistnienie myśli i obowiązków wewnętrznych — i nie przestaje być poetą, czyli po grecku „stworzycielem”, „działalnikiem”, wśród prozy, materii i realności. Łatwiej się pozbyć świata byłoby, zdaje mi się, niż własnej osobistości — łatwiej przełamać martwy porządek natury cudem, niż swoje wewnętrzne pojęcie, postanowienie, dumę, godność, słowem swoje własne ja, gdy to ja raz już doszło do przeświadczenia o tym, czym być powinno. Powinność jest dziwnym objawem w duszy człowieka — jedyne prawdziwe jego nie marzone absolutum. Jest to wola boska, napisana na jego sercu i tak z jego sercem zrosła w jedno, że już nie ma różnicy w tej cząstce jego serca między nim a Bogiem. Wszystko albowiem może się przemienić w duszy, myśli, sądy, domysły, namiętności, żądze, ale to, co dusza uznała, że winną jest sobie samej, to nieprzemienionym w niej. Jeśli odejdzie od tego, zgubiona sądem własnym na wieki, a nieraz jeśli się uprze i dotrwa przy tym, zgubiona sądem ludzkim na cały czas, który ma przebyć na ziemi. Stąd często się zdarza upadek duszy, ucieczka jej przed powinnością, gdy strach kary ludzkiej i potęgi zewnętrznej świata ją słabą, ją biedną, ogarnie. Prawdziwy tu bój następuje między Bogiem a Szatanem, a idzie w tym boju o godność i wielkość duszy, w której się ta walka odbywa. Wiesz, że po większej części ludzie płacą przegraną ozdóbkami i blichtrami, Bóg zaś pogardą! Wygraną znowu Bóg nagradza wewnętrznym zachwytem, egzaltacją, przekonaniem o własnej zasłudze, ludzie zaś prześladowaniem, nędzą, itd., itd.!
I tak się dzieje, i to się zowie życiem praktycznem — i to nie jest żadną bufonadą, chyba dla buffona267. Owszem, to jest tragedią, której bohaterowie giną od lat sześciu tysięcy prawie zawsze nieszczęśliwie. Nie umierając, ale raczej wstępując w życie, trzeba się zatrzymać i powtórzyć wiersz Hamleta: „To be or not to be, that is the question268. Nim go do krzyża przybiją, nie maszże człowiek prawa postania pod krzyżem, zmierzenia wzrokiem jego wysokości i porównania dłuży rąk własnych z długością ramion jego? Niech przynajmniej zważy w dłoniach ciężar gwoździ, któremi te dłonie przebite być mają.
Takie myśli krążą po moim umyśle, a teraz znów co innego Ci powiem. Najrzeczywistsze nieszczęście tej ziemi, to nie rozpacz, to nie śmierć, o Dialy, ale to starość! Starość albowiem jest najzupełniejszą niemocą przy najwyższej rozbujałości, żądz wszystkich. Nie namiętności, nie życzenia, nie sny, nie chęci opuściły starca, siła mu już tylko nie służy! A w miarę, jak siła maleje, żądze, owszem, się podnoszą, sny szerszymi się stają, gorętszymi pragnienia, mniej ograniczonymi cele. Daj młodzieńcowi harfę i kochankę, i dom jeden, choćby z dachem dziurawym, na którego wyłomach wiatr jakby na harmonijce gwizdać będzie, on więcej nie zażąda, na teraźniejszość dość mu — będzie kochał, śpiewał, szczęsnym i wielkim się uczuje w tym ustroniu, pod tym dachem, tym wiatrem otoczony. Ale w sercu starym, każdym, siedzi jak wąż, w kłębek zwinięty, przeklęte jutro i, jak rak, to jutro wszelką radość, wszystkie soki żywotne ze serca starego wysysa. Cudów boskich, ogromnych, cudów nie już wymarzonych, ale realnych, dotkliwych, potrzeba by na zadośćuczynienie pragnieniom starców. Każden z nich chciałby już przyszłe pokolenie, jeszcze nie urodzone, widzieć widomie, pieścić na ręku dotkliwie. Młodzieniec napotkaną rzeczywistość, już widomą, dotkliwą, wieńczy idealnymi kwiaty, stroi w przepaski tęcz. Tu nie ma tak wielkiego cudu — ale starzec chciałby w duszy własnej zatloną iskrę widzieć zaraz wulkanem na ziemi przed sobą, kwiatek, w głębi serca wyrosły, przenieść na zewnątrz i natychmiast doczekać się z niego lasu kwiatów, myśl co chwila w granitową skałę przerabiać, a do tego cudu trzeba tego samego, jakim Pan Bóg świat stworzył. W młodzieńcu jest nieskończona potęga, więc zewnątrz siebie poprzestaje na miernym. W starcu jest mierna potęga, co dzień szczuplejsza, więc zewnątrz siebie żąda nieskończoności realnej. I starzec pod tym względem, można by powiedzieć, że poetyczniejszą jest figurą od młodzieńca. Młody albowiem używa chwili danej szczęścia, gra na harmonice materialnych tworów świata, ma wszystko pod ręką, czuje! Starzec nic nie używa; nie pod palcami jego świat, ale w duchu jego, w idealności jego — nie pragnie już dla siebie, ale pragnie dla innych, choćby dla nieurodzonych jeszcze — teraźniejszością gardzi, ciągle sięga w wieki przeszłe. Słowem, choć o ziemi wciąż mówi i wszystko do niej stosuje, jednak sam z sobą raczej już w atmosferze nadziemnej, niż na skorupie ziemskiej przebywa i żyje, a co dzień pragnie nieskończeniej duchem, a ciałem rozwiązuje się bardziej. Ta nierówność, raczej nierównowaga między myślą, wciąż pracującą, podbudzającą, gryzącą, a siłą, coraz bardziej upadajacą, coraz mniej wystarczającą domaganiom się myśli tej, stanowi tryb bytu starego człowieka. Jest to robak ciągły, straszna to i co chwila gorzkniejsza trucizna! O, starzy są najnieszczęśliwsi z ludzi, dlatego przebaczać im wszystko trzeba, a modlić się do Pana o śmierć wczesną. Ten, kto umiera za młodu, ten jeden wygrał w walce świata!
Konstanty w tej chwili poszedł zanieść moją odpowiedź ojcu memu. W tej odpowiedzi zaś jest, że teraz nie sposób mi jechać do Wiednia starać się o pannę, której nie kocham, i że proszę o odłożenie tej fatalności do przyszłej wiosny. Wicher okropny gwiżdże, gną się stare lipy przed oknami, chmur ciemnych na niebie moc — przeczucie złe w sercu moim — chwila ta wyroczną jest. Powierzmy się Bogu, klęknijmy i pomódlmy się!
5-go augusta. Stał się słupem lodu dla mnie, — skałą nieużytą, pełną ku mnie — wiesz, czego? — pogardy! Nazywa mnie starym smarkaczem, tchórzem, człowiekiem imaginacji, nie czynu. Tak być musi. Ludzie idealni rozumieją praktycznych i dlatego nie gardzą nimi, owszem, uznają ich tęgość w tem, w czem oni są dzielnymi. Ludzie zaś praktyczni nie pojmują idealnych i czują ku nim wstręt i nawet pogardę. Niech i tak będzie — amen! Przyznaj tylko, że straszny to stosunek. Do mnie tylko o obojętnych rzeczach mówi, z Konstantym zaś o reszcie rozmawia; nigdy już, jak dawniej, się nie unosi; unoszenie się jest jeszcze znakiem kochania — władza nad sobą — obojętności lub zimnej nienawiści. Rad bym jak najprędzej wycofać się sprzed oczu jego. Znałem go kiedyś miłującym mnie, teraz nie mogę znieść widoku jego granitowego panowania sobie, jego powierzchownej ciszy, która, jak wód morskich niewzruszoność, kryje otchłań pod sobą. Ani ja, ani on temuśmy wszystkiemu nie winni, ale przeważniejsze od nas obydwu okoliczności, które, zastawszy go na drodze czynu, pchnęły go dalej, a mnie, spotkawszy na punkcie bezczynu, zatrzymały na nim, równie silnie, równie koniecznie. Jeszcze raz: amen. Może w innym świecie duch jego kiedyś mojego ducha spotka i przekona się wtedy, żem nie zasłużył na wzgardę. Na tym zaś świecie wątpię, by już kiedy dusza jego moją pokochała na nowo, bo to nie lekki ani słaby człowiek — z brązu odlany, zrodzony do czynów, i wielkich, zatem samodzielny, pełen zaciętości i woli własnej, a, gdy go piorun uderzy, jeszcze gotów w samym piorunie szukać lekarstwa na piorun. Jemu nie mnie trza było, ale Konstantego mieć synem. Na polu rzeczywistości ja mu nierówny, w sferach ideału on nie tak potężny, jak ja — on widomie ode mnie, ja niewidomie od niego dzielniejszy. Stąd rozbrat, rozdział, i gorycz, i smutek na wieki!
Ale dosyć już o tem! — Mam nadzieję, że będę w Munich ostatnich dni tego miesiąca i że list, o któren Cię prosiłem, tam zastanę. Chciałbym, gdyby to być mogło, przepędzić z Tobą czas jakiś w zupełnej samotności. Niechby tylko Pan Bóg trzeci był z nami gdzie u stóp Alp, w Varennie lub gdzie indziej. Niech Cię św. Matka Boska strzeże! Nieraz troszczę się o to, co Ty robisz tam. Już nie miałem listu od Ciebie od dni kilku; może dziś nadejdzie. Myśl o mnie i kochaj mnie, i nie myśl, żeby kto inny mógł był Cię głębiej kochać ode mnie! Zważ tylko losy moje i powiedz, czy się nie godzi przebaczyć dotkniętemu niemi gorzkie smutki jego? Nie na weselu, ale na przywiązaniu miłość stoi.
Twój na zawsze Z.
Myślę o Twoim piesku i o mojej miniaturze. Lecz jakże tu pierwszego dostać, a drugą odmalować kazać? Wszak będziesz wolała mnie samego in persona269 od obojga ich. Jeśli zaś swoją możesz kazać zrobić, każ, proszę Cię.
186. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wildungen, w księstwie mikroskopijnym Waldecku, 7 sierpnia 1841