Wystaw sobie wzgórze z jednym domem na wiatrami ogwiżdżonym szczycie, z kopułą wiecznych chmur nad tym szczytem, z kałużami błota na całej swej powierzchni, i trzech ludzi na tym wzgórzu, z których jeden stary już i pełen smutku, drugi młody jeszcze a pełen smętku, trzeci młodszy daleko od pierwszego, nieco starszy od drugiego, a pełen smutku, jak pierwszy, i smętku, jak drugi, a będziesz miał Wildungen i nas: mego ojca, mnie i Konstantego263, jedynych tej puszczy mieszkańców, jedynych tego źródła pijaczy, błądzących po tych jarach, gdy słońce zabłyśnie, przechadzających się po tych małych i ciemnych izbach, gdy słota na dworze, rozmawiających z sobą od rana do wieczora, a zawsze jedną mową chorobliwą cierpienia itd., itd.
Mówiłem o paszport Marysin, odpowiedź ta sama co zeszłego lata: by księżna raczyła napisać prośbę do jenerała Benkendorfa, tę przesłać w liście do mego ojca na pierwszego septembra do Warszawy, a oddaną będzie i spełnioną. Zresztą, kto na rok otrzymał paszport, ma prawo siedzenia lat pięć i przed upłynieniem tego terminu nic mu zrobić nie można. W prośbie jej wyłuszczyć winna księżna, że jedyną jest opiekunką Marysi, i że Marysia jedyną z familii jej, siedzącą przy niej jakby córka, że zatem prosi Najjaśniejszego Pana przez jenerała Benkendorfa, by raczył pozwolenie siedzenia jej w Wiedniu dać. Teraz co do testamentu księżnej: nic niewart, jeśli się na nim podpis ambasady nie znajduje; jeśli zaś takowy tam się czerni, ma on moc prawną, jako każdy inny akt, nawet przybrania za córkę, w obcym kraju zrobiony a zaopatrzony takim podpisem, bo zagranicą ambasada używa władzy notariuszowskiej. Ambasada nie potrzebuje nawet wiedzieć, co zawiera testament, ona tylko ręczy i uprawnia podpis testatorki.
A zatem Brzozie się udało. Mam w tem maleńki udział, przybył albowiem do Rzymu znękany, przerażany, bez chęci ponowienia oświadczeń, źle już po kilka razy przyjętych. Gdy tak sechł i tęsknił, wsparłem go tym dowodzeniem, że kto się kocha, głupi, gdy wzdycha o trzysta mil od kochanki, i że trzeba, cokolwiek ma wypaść, próbować raz jeszcze losu z bliska, nie z daleka, do samejże panny, nie do jej braci, lub babki, lub ojca się biorąc. Zagrzał się moją wymową, jak kieliszkiem wódki, siadł w dyliżans i ruszył. Rad jestem, że mu się udało, dobry i poczciwy obywatel. Tak to na świecie! Alleluja! Amen! Fiat voluntas tua, Domine264. A jednak przy końcu życia, po wielu kwasach, nastaje mea culpa, mea maxima265, i tłuczenie się w pierś, i żal, bo jużci wolna wola jest w człowieku. Skądinąd jednak i to pewna, że każda droga do nieszczęścia i smutku i żalu prowadzi, bo dróg wiele, promieni moc od środka do okręgu koła: jednym tylko iść możesz, jakimkolwiek, ale jednym tylko, a wszystkie inne widzisz, znasz, pojmujesz, więc tyle żalów będzie w tobie, ile widzeń, znajomości, pojęć, słowem, ile innych dróg, ile promieni. Młodość jest staniem w samym środku koła, w tym punkcie idealnym, niezawierającym jeszcze przestrzeni, a zatem boskim, niezapadłym jeszcze w kał, brud i trud i mękę rzeczywistości. Słoneczna to pora, gdy spod stóp Twoich rozchodzą się wszystkie drogi świata, a Ty wszystkie trzymasz pod stopami, nie zstępując na żadną, mogąc być na wszystkich, — wtedyś prawdziwie jak słońce wśród systematu planet. Później sam musisz zostać planetą, czemsiś, cząstką, nie już być myślą czystą, ideą niewcieloną, wszystkich kształtów zdolną! Musisz pójść jakimś promieniem, i tym promieniem, coraz już bardziej wcielając się w realność i oddalając od środka, zbliżać ku okręgowi; a tam koniec Twój, tam granica zakreślona siłą, którąś z punktu środkowego zabrał. Zaczynasz zawsze od punktu, od ideału; kończysz zawsze na linii krzywej, na okręgu, na rzeczywistości! Początek Twój był orlim, wszystkie realności w nim, jak w pączku drzemały, i ten ich sen był Ci skrzydłem, nie ciężkością! Gdy staniesz na płaszczyźnie koła, realność się staje, wtedy zaczynasz czuć, żeś ciężki, bo ona ołowiem ciągnie Cię za nogi na dół: skrzydła młodości kostnieją, przemieniają się w garby, w krzyże pękate, w kłęby, w brzuchy wielkie itd., itd. Walki nie było wprzódy, bo punkt, nie zawierając materii, czysto idealnym będąc, nie mógł się sprzeczać sam z sobą; boskie nie walczy z boskim, ludzkie tylko bije się z nadludzkim, materia z duchem. Teraz jużeś wszędzie tą walką ogarnion, a im dalej się posuwasz, tym więcej świata, tym więcej rzeczywistości i płaszczyzny i cielska! Kto dotrzyma skrzydeł swoich na barkach wśród tej wędrówki, ten rodem z Boga, ten divus est. Najczęściej ludzie przy końcu podróży są tylko dives a nie divus266; rzadko który uniósł całą duszę z tych równin błotnistych, zwanych życiem rzeczywistym. Ale też na tym sztuka, na tym siła, na tym wielkość, by zarazem umieć być rzeczywistością i ideałem; w tym pogodzeniu dwóch sprzeczności zawarta cała godność męża — to się zowie harmonią, i takiej muzyki, chętniej niż śpiewu aniołów, Bóg słucha w niebiesiech. Odpisz mi tu jeszcze. Twój do zgonu.
185. Do Delfiny Potockiej
3-go augusta 1841, Wildungen
Droga moja, najlepsza Dyszo! Wystaw sobie to wzgórze ponure, potokami deszczu zalane, mgły kłębami zacienione i nas trzech, błądzących w tym czyśćcu, smutnych, cierpiących, rozdzierających się nawzajem. Co najgorsze, żeśmy w tej walce wzięli każden po połowie prawdy ogólnej, że oba mamy prawa swoje, oba słuszność swoją, ale tak wyłącznie, że jeden drugiego sfery ni przyjąć, ni pojąć nie chce, nie może, nie stara się. Waśń więc i sprzeczka i rozdział rosną coraz bardziej, miasto żeby do pogodzenia nachylić się miały. Każden z nas z innego środka wychodzi, każden z nas logicznie, wynikle swoją zasadę doprowadza do ostatniego końca, do ostatecznej wyłączności. Dzieje się z nami, jak z systemami filozoficznymi idealistów i empiryków. Wyszłe z przeciwnych źródeł, pogodzić się nie mogą, a jednak kiedyś zlać się muszą w jedno, bo jeden Bóg je stworzył! Konstanty jest Trentowskim między nami: chciałby moją niemiecką idealną filozofię pojednać z filozofią francuską, doświadczalną mego ojca. Lecz dotąd nikt w filozofii, kto się o to kusił, nie dokazał tego. Na ziemi wszystko podobnie się dzieje — w polityce, w religii, w życiu potocznym, publicznym, wszędzie rozdział, sprzeczności, walka, wszędzie płciowość. Walka ta dla Boga, co widzi wszystko i snuje z przeszłości całej przyszłość całą, jest zgodą wieczną, muzykalną, wywodzącą harmonię z dysonansów, ciszę z burzy, prawdę z fałszów, zdrowie z chorób, porządek z nieładu, trzecią doskonałość z podrzędnych niedoskonałości dwóch! Dla nas znowu ta zgoda boska jest nawałnicą ciągłą, ten pokój wrzącą wojną, ten układ niesfornym rozkładem, ta całość nieskończona objawia się nam pod pozorem cząstek skończonych. Sami jesteśmy tymi cząstkami, więc musim się burzyć i sprzeczać, bo z nas dopiero powstać może i ulepić się pokój, my nie jesteśmy ciszą, zgodą, my tylko narzędziem do niej. Z naszych mąk będzie wielka, wspaniała, mądra cisza kiedyś. Ty, kiedy siądziesz do fortepianu, względem nut pojedynczych masz się w tym samym stosunku, co Bóg do ludzi. Dla Ciebie powstaje melodia, i pogodzenie, i pokój muzyczny. Lecz klawisz każden innym się odzywa dźwiękiem, kłóci się z bliźnimi swymi na skali muzycznej, walczy i bije się; dla niego nie ma harmonii, bo on tylko cząstką jej jest, dla niego, gdyby czuł i żył, byłby ból tylko i walka. Ty zaś z tego bólu i walki tworzysz piękność bez końca i pogodę dźwięków.
W tem różnica zachodzi, że kiedyś ludzkość uczuje i pozna się na harmonii, którą palce boskie na niej wygrywają, a wtedy każden osobny klawisz zrozumie całość tematu i dobrowolnie przyłoży się do niej — wtedy prawdziwie obraz Boga zstąpi uzupełniony w ducha ludzkiego! Taka przyszłość — wróćmy teraz do teraźniejszości, do Wildungen.
4-go augusta. Miejsce to złowrogiem mi jest — nic bardziej ponurego w życium nie widział, nic bardziej radzącego płaczem deszczu, jękami wiatru, kolorem chmur, samobójstwo. Skryta jakaś rozpacz i beznadzieja unosi się w powietrzu tutejszem. To wzgórze całe podobne do jednego grobu. Te ulice niby do orszaku pogrzebowego, idącego powoli: księżyc, gdy wejdzie, przypomina mi widziane twarze umarłych — zgoła, na co tylko spojrzę, źle mi wróży. Czuję, że coś zgubnego spotka mnie tutaj.
Mój ojciec wciąż bada moje myśli, zamiary, uczucia — straszny jest — ogromną siłą woli i żądzy mnie przeraża, co chwila serce jego na pęknięciu, gniew na wybuchnieniu. Gdy przechadza się dużym, a stękającym krokiem po pokoju, lękam się zawsze chwili, w której zawraca ku mnie, zdaje mi się, że ma mnie przeklnąć. Jutro Konstanty rano mu zaniesie moją odpowiedź. Jak ją przyjmie, Bóg jeden wie; znowu zaczną się dni opłakane. Chciałbym uciec, skryć się w przepaść jaką. O Dialy, źle mi jest! Daj mi walkę z Tytanem, daj z katem, daj z wrogiem potężnym, nie przelęknę się kajdan, miecza, więzienia, będę gardził dumnie i spokojnie. Lecz te zapasy z ojcem, te tortury z ojcem starym, są mi męką nieskończoną, a, choćbym chciał, nie sposób mi ich uniknąć. Tego, co on żąda ode mnie, nie mogę dopełnić, bo nie mogę — nie ma we mnie siły na to, nie ma popędu, nie ma możliwości; przysiągłbym, a nie dotrzymałbym, zmusiłbym się, a nie podołał, zabiłbym się, a nie sposób by mi było! Darmo, są wewnętrzne niepodobieństwa, są konieczności wszechmocne w człowieku, silniejsze nad wszelki przymus zewnętrzny. Mogą gwiazdy padać, można widzieć spadającą i kark jej poddać i jeszcze się nie ruszyć. Czasem łatwiej lwu dać się zarżnąć, jak cielę, niż wstać i wstrząść grzywą, i skoczyć za zdobyczą. Mnie się marzy, że łacniej bym mógł zaciągnąć się do tureckiego wojska, niż pojechać starać się o pannę jaką. Co to będzie z tego?
O, ja Ci powiadam, że tyle tylko pogody miałem, ilem czasu przebył z Tobą, tyle tylko dobrego w życiu moim, reszta funta kłaków nie warta. Zagryzę się, zmaleję przez smutek, zbłaźnieję. Już i tak otruły się smutkiem wszystkie moje natchnienia, przepadły wzorem motyli, które znikają pod jesień. Do niczego jestem. Mieszczanin z Ciechanowa dzielniej by działał, dźwięczniej śpiewał ode mnie. Z potłuczonej harfy mojej nic nie zostało — zbierz wióry i drzazgi z niej i rzuć na kominek pierwszego lepszego jesiennego wieczora. W płomieniu może Ci się moja twarz pokaże, a jeśli wody kocioł przystawisz, może taką dziwną piosenkę kipiącą i gotującą się usłyszysz, jak owa, którąśmy, pamiętasz, słyszeli razem w Albano. Szczęśliwe, dobre to czasy były, gdy nam kotły i samowary nieproszone, same z siebie śpiewały i gdyśmy bez troski zastanawiać się czas mieli nad ich pieśni zwrotkami. Skąd teraz, o późnej nocy, przyszło do mnie to wspomnienie? Widzę ten pokój, widzę Ciebie, słyszę piszczący głosik gotującej się wody przy ogniu, mógłbym oznaczyć nuty owe trzy ciągle przez nią powtarzane — i tak chciałoby mi się przytulić głowę do rąk Twoich i skryć się za Tobą i szukać obrony, osłony, schronienia przy Tobie. W słabości chwili jestem, wpadłem w niemoc niesłychaną. Już od dawna wszyscy śpią w tym domu, ja czuwam i piszę, a brednie i dzieciństwa — nieprawda? Ah! Kiedyż Cię obaczę? Z diabłem bym ugodę zawarł, by prędzej z Tobą się obaczyć raz jeszcze, bo pewno nikogom nie kochał tak, jak Ciebie, na ziemi!