Dotąd mowy o niczym nie było, — pokazywał tylko mój ojciec ślubną szpilkę z datą: 19 lipca, Frankfurt, i z napisem: Liv. Odes. i Zof. Br.259 — Zatem pobrali się już. Cała familia w Frankfurcie, i Aleksander. Odeschalstwo jedzie do Syrmii, a za dwa miesiące do Rzymu. Co zaś inni myślą robić, gdzie się obrócić, nie wiem. Mój ojciec w początku septembra musi być w Warszawie, potem myśli jechać do Dunajowiec260. Zresztą nie mogę się jeszcze ani jego projektów, ani myśli domyśleć. Rozmawiamy wciąż o obojętnych przedmiotach, jak to o minerałach, saletrorodzie, statystyce, ekonomii politycznej itd., — ale czarna krepa wisi w powietrzu nad nami, podejrzliwość i nieufność wzajemna krążą koło nas, stoją u drzwi pokoju, w którym siedzimy, jak żołnierze na straży, a gdy wstajem i wychodzim na przechadzkę, prezentują broń i idą za nami.
Smętnem życie takie, Dyszo najlepsza moja, — ale jakie życie nie jest smętnem? Są chwile piorunowe — lecz, jak piorun, ogromne światłem i znikome zarazem — szczęścia! Lecz każdy ciąg dni wielu gorzkim jest — miłością prawdziwą nie kochanie się w weselu, ale kochanie się i poleganie na sobie wśród smętku i goryczy. Czym się od nich bronić, czym się przegrodzić od myśli samobójstwa, jeśli nie taką miłością cierpliwą, stałą, wytrzymałą, zawsze jedną, czy w radości, czy w nędzy? Miłość nie winna się opierać na szczęściu, ale winna żyć sobą samą. Kształtem jej tylko przemijającym, raz ukazującym się, to znów rozmdlewającym się, jest szczęście — ale głąb jej jest ona. Bóg mówi: „Jestem ten, który jest”, a nie przydawa sobie żadnego przymiotnika, żadnego kształtu, żadnego opisu, albowiem nieskończoność nie opisuje się niczym. Tak samo dziać się winno i z miłością. Jest, bo jest, i jest ta, która jest. Może zaś być i tak i owak, i tu i tam, na ziemi i za grobem, w chacie i pod purpurą, na szczycie radości i na samem dnie przepaści. Dante doskonale to pojął, gdy Franceskę w piekle jeszcze obwiązał ręką kochanka i tak zawiesił ponad głowami złych duchów.
31 lipca — — — Z ojcem moim trudna rada — niepodobna rozmowa. Jest w zupełnej melancholii, — jęczy i wzdycha i gryzie się wewnątrz — nigdy o żadnym ważnym przedmiocie nie gadamy. Kiedy wyjdę od niego, żal mnie jego i strach o niego chwyta — gdy jestem z nim, męczę się, burzę się, czuję się złym i pełnym ukrytego buntu. Dialy, nieszczęśliwy jestem, i od lat już 15-tu z tego powodu wyrasta przepaść między mną a tym, który dał mi życie, i wychował mnie, i kochał mnie silnie niegdyś, między mną a tym, którego ja niegdyś ogromnie kochałem. Tej przepaści nic już nie zapełni, a most choćbym postawił nad nią, zaraz się załamie. To mnie gryzie, szarpie, zatruwa, ale czuję, że nic a nic temu stanowi rzeczy już nie zaradzi, tej wspólnej choroby serc naszych nie wyleczy: ja ciężkie rany dźwigam z jego przyczyny, i on głębokie też wziął ode mnie. Działamy i oddziaływamy zgubnie na siebie. Darmo, tak jest, być inaczej nie zdoła. To się zowie fatalnością, niechaj mi kto jej zaprzeczy, nie uzna w tym przypadku! O, wieczne przekleństwo, boskie przekleństwo tym, którzy pierwsi zaczęli nas rozdzielać, którzy pierwsi stanęli między sercem mojem a jego, żelaźnie silni, czarno-potężni, podobni szatanom, co kuszą, a, skusiwszy, naigrawają się z ofiar swoich, nie cofają się przed żadnym środkiem, dniem i nocą pchają ku nieszczęściu i rozbratowi tych, którzy by winni być w jedności i pokoju, używając ojca za narzędzie zguby dla syna, syna za narzędzie tortury dla ojca! Bóg widzi, Bóg słyszy, Bóg niech wysłucha przekleństwa mojego!
Tyś mi jedynem dobrem, jedyną osłodą była w życiu — ale życie moje w treści swojej już popsute, na dnie swoim już przeżarte jadem było, gdyś mnie poznała. Nie dziw się więc, o droga, żem nieraz i smutny wyglądał, i objawiał się gorzki. Rzadko się zdarzały zupełnego zapomnienia letejskie, nadziemskie, wolne od wspomnień rozdzierających i od strasznych przeczuciów chwile. Rzadkoś mnie widziała bezchmurnym, naiwnie radosnym, z sercem białem i wonnem, jak konwalia; a jednak serce moje tak się urodziło, lecz los z kwiatu niewinnego przetworzył je w ziele jadowite. Musiałem Cię martwić moim zmartwieniem, kaleczyć moimi rany, straszyć moim strachem, pozbawiać nadziei brakiem jej własnym, ale przez Boga wiernie i święcie i ogromnie Cię kochałem i kocham, gorzko wprawdzie — to nie ze mnie pochodzi — lecz ogromnie i głęboko przy tym, a to mojem jest.
Począł się dla mnie tutaj ciąg dni nieszczęśliwych. Na czem się skończą, przewidzieć nie mogę; to jedno wiem, ze Cię muszę wkrótce obaczyć nazad i rozpłakać się na piersiach Twoich wszystkimi łzami krwawemi serca mego. Proszę Cię o tyle razy już proszony list koło 25-go augusta z Munich. 1-go sept[embra] mój ojciec musi być w Warszawie, familia święta261 powędrowała do Karlsbadu. On by chciał, żebym tam kurę stroić262 pojechał, ja zaś na przykład chciałbym, żeby ludzie wynaleźli sposób polecenia do Słońca lub do Syriusza. Co niemożnym jest, tego nie można uczynić — to tylko można, co można.
Wczoraj w wieczór list Twój piąty z Neapolu odebrałem, gdzie mi mówisz o Luciolce i Luizie Strozzi. Tak, tak — pamiątki są jedynym rajem nie do wydarcia człowiekowi. W tem przeszłość świętą i potężną jest, w tem boska, że nikt jej zmienić nie zdoła — prawdziwie każda przeszłość jest na wieki! Życie, droga Dialy, jest dziwnym na tym planecie pojawem; tak prędko upływa wszystkimi falami, a tak nieznośnie męczy każdą z osobna. Spojrzyj wzad: dziesięć lat lśni Ci się i miga, jak dzień jeden. Spojrzyj naprzód: rok jeden wydaje Ci się równym, nie wiem, wielu, dniom długim, a tymczasem te dni długie przeminą, jak owe przeszłe krótkie lata przeleciały. Jeszcze jeden dzień, jeden lub dwa życia mi pozostało, mnie i Tobie — czegóż tak się frasujem, męczym, rozdzieramy, jak gdybyśmy tu wiecznie przebywać mieli? Już urodził się proch, już skłębiła się glina, która nas kiedyś okryje na cmentarzu, już wyrosło drzewo, co nad grobem naszym cień rzucać będzie i szumieć przy wietrze jesiennym. Darmo, choć wiemy o tym, nie przestaniemy się troszczyć.
Daj rękę więc! Bądźmy razem smutnymi, idźmy razem po tej drodze nieznośnej! Zlać dusze nasze w jedną jedyną będzie nam znośnością, jedyną ulgą na tym świecie. Przynajmniej Ty mi wierzysz, Ty mnie o zdradę, fałsz, chytrość, podstęp nigdy nie posądzisz, Ty wiesz, że we mnie coś szlachetnego bije, ja to samo wiem o Tobie, tak samo polegam na duchu Twoim. Na tem szczęście jedyne tego planety zależy — inne wszelkie dymem jest. Dysz, do obaczenia!
Twój nieszczęsny Zyg.
184. Do Adama Sołtana
1841, Wildungen, przy Kassel, 1 augusta