Bądź zdrów, napisz co do mnie do Kissingen, piętnastego lipca tam stanę. Bądź zdrów i kochaj tego, który, umierając, będzie jeszcze kochał Ciebie.
Zygmunt
Oh, stary Ursyn już poszedł! Konary i kwiaty i liście opadają z drzewa, sam pień się już tylko wkrótce zostanie, sam pień, tysiącami siekier i pił, do pół weń zanurzonych, okryty; i dzieci nasze, chcąc dotknąć się kory, chcąc drzewo stare rączkami objąć, dotkną się tego żelastwa i okaleczeją na wieki!
182*. Do Delfiny Potockiej
Wildungen, księstwo Waldeck — szczyt góry, 2-gie piętro gospody — 26 lipca poniedziałek 1841
Droga moja! Prawdziwie z pustyni wołam do Ciebie. Wystaw sobie wzgórze z miasteczkiem na szczycie, podobne do owego gniazda orlego z domów ludzkich w Itri258, któremu nieraz dziwiliśmy się razem. Wystaw sobie, że naokoło inne są, to mniejsze, to wyższe od tego środkowego wzgórza, a tak ułożone, że z jednej strony od południa nagie, zbożem tylko żółknieją, a z drugiej, od północy, roślejsze, dziksze, lasami okryte, rozdzierają się na wąwozy i parowy, które obwiązują wkoło ową górkę, na której wierzchołku stoi Wildungen, miasteczko o niewielu domach, o jednej tylko ulicy, długiej, brukowanej gwoździami z kamieni, a pełnej błota, brudu, słomy i stosów śmieci, tak, jak u nas po miasteczkach żydowskich. Wszystkie domy wysokie, czarniawe, z ostrokątnymi dachy, krzyżackim, pruskim obyczajem stawiane. Kościół jeden stoi, niby to gotycki, z resztą ostrołuków rozbitych i odartych, niegdyś katolicki, dziś przeprotestantyzowany, i widzisz koło niego, oparte o mury jego, powyrzucane z jego wnętrza groby i nagrobki dawnych rycerzy katolickich. Obok lipa szeroka: wzdychają pod cieniem jej rozłożystym owi kamienni, pozbawieni wiecznego pokoju, na deszcz i powietrze z głębi przybytku wyciągnieni rycerze. Te głazy grobowe, ryte w napisy i postaci ludzkie, dowodem są, jak mało protestantyzm wszelką sztukę i tkliwość uczuć rozumie. Kto rusza prochy umarłych? Kto znieważa dawnych wieków pamiątki? Zwykle barbarzyńcy to czynią, gdy na Rzym napadną, zwykle lud ślepy i kapryśny jak dziecko, a wściekły jak tygrys, to czyni, gdy rozwala rządu jakiego lub formy dawnej socjalnej budowlę; ale protestantyzm, który przezywał się dumnie Aufklärung, to jest rozświeceniem, nie powinien był się dopuszczać takich grubiaństw i głupstw, powinien był przeszłość uszanować i pojąć, że nie ma możnej religii bez sztuki, bez czci umarłych, bez grobów dla tych, co zniknęli, i bez obrzędów dla tych, którzy żyją. Niemałej ponurości dodają temu miasteczku owe nagrobki zeświętokradzione, że użyję słowa tego przydługiego na wyrażenie myśli mojej, bo w istocie ukradła je Reforma z głębi świętej kościoła, by je wyrzucić na świeckie zewnętrze tegoż kościoła. I owe posągi w zbrojach i średniowiekowych szatach zdają się, klęcząc nie tak, jak dawniej, poziomo, ale prostopadle do ziemi, gdyż oparte są o mury, nie zaś leżą nad trumnami, zdają się, mówię, czekać dnia sądu i oń do Boga się modlić w nadziei, że w tym dniu, za długie z ostatniego pomieszkania, z podziemnej ojczyzny, wygnanie, Bóg im wynagrodzi. Prócz tego kościoła nic nie ma w tych stronach coby myśl jakąkolwiek obudzić mogło w duszy; wszystko chłopstwem jest, grubiaństwem, niemieckim prostactwem, kartofladą. O wiorstę od miasteczka, w pobliżu źródła mineralnej wody, wznosi się jedyna w tej puszczy gospoda, podobna z położenia na wierzchołku góry i z nędznej powierzchowności do gräfenbergskiej. W niej dwa mamy pokoiki. Od tej gospody dwie ulice lipowe się w dół rozchodzą przeciwnym kierunkiem: jedna ku miasteczku dąży, druga zstępuje do źródła, pod drewnianą altaną bijącego i opatrzonego parodią kurhauzu, ulepioną z drewna i gliny, w której jest sala, a tam co niedziela, wczoraj tego oczywisty dowód mieliśmy — zgromadza się okoliczna szlachta, to jest ekonomy, komisarze z dóbr okolicznych, niektórzy mieszczanie z Kassel z żonami, z córkami — piją, jedzą, śpiewają, wrzeszczą, tańcują, nawet w ruletę grają: tutejszy gospodarz, korruptor całej okolicy, trzyma ją, ale tylko w niedzielę, kapitałem z 500 talarów ją podścielając. Z tego możesz pomiarkować, jakie tego Badu przepychy i wygody. Na tej pierwszej drodze, co ku miastu zmierza, o pięćdziesiąt kroków od gospody, skąd piszę do Ciebie, stoi dom o kilku pokojach, niezamieszkany, samotny zupełnie, bez ogrodu, bez sztachetów, słowem nagi zupełnie, w którym ojciec mój będzie musiał mieszkać; kazałem go meblować na ten koniec.
Masz więc, droga Dysz, opis geograficzny i statystyczny tego obrzydliwego miejsca, kędy będzie trzeba miesiąc august cały mi przebyć. Wczoraj, ponieważ pełno było niedzielnych gości (polski kalembur), wsadzono nas za przyjazdem do małej ciupy z Konstantym, gdzie stało łóżek cztery i wisiała na kółkach cała garderoba (po staropolsku: całe ochędóstwo) gospodarza. Wśród pcheł miliona noceśmy nie przespali, ale przedrapali, a dopiero teraz dwie nam osobne celki dano, i w jednej z nich, siedząc przy kiwającym się stoliku, piszę do Ciebie.
183. Do Delfiny Potockiej
30 lipca 1841, Wildungen
Droga moja! Odebrałem Twój list 3-ci z Neapolu, w którym piszesz mi, że ogromnego konwusonisty szum Ciebie samą w konwulsje wprawił. Biedna Ty, Didysz moja! Wierz mi jednak, że tu gorzej jeszcze: nie ma fal, ale powietrze tak się trzęsie i podrzuca co chwila, jak ten żebrak straszny w Fondi, na którego galwaniczne ruchy Ty patrzeć nie mogłaś. Słońca ze szczytów tych wzgórzów nigdy nie dojrzeć — smutno strasznie. Zawczoraj ojciec mój przyjechał, ażem się przeraził, taki zmieniony od roku. Kiedym go ujrzał, wiesz Ty, co mi się przypomniało nagle? Oto litografia ta smętna cesarza, leżącego w trumnie, to czoło tak wyschłe i zmniejszałe, ta postać cała taka skupiona w siebie, nie wewnętrzną siłą, ale zewnętrznym form wszystkich opadnieniem. Tak wygląda mój ojciec, powiadam Ci, straszno wygląda, a przywiózł z sobą strzelca Niemca, który kropla w kroplę podobny do p. Mieczysława, tak, żem się na pierwszy widok aż cofnął, myśląc, że to on! Naturalnie, ta myśl tylko chwilkę błysnąć mogła mi przez mózg. Lecz nic na świecie tak dalece coś innego, różnego od siebie, przypominającego nigdym nie widział. Jedyna różnica na wyrazie twarzy zależy. Bo ten strzelec zdaje się dobrym i usłużnym człowiekiem.