Oto biedny Ursyn256 poszedł do Ojców! Muszą się cieszyć umarli, bo coraz więcej żywych ubywa.
180. Do Juliusza Słowackiego
Rzym, 18 czerwca, 1841 r.
Bóg jeden tylko dotyka się umarłych i wskrzesza ich; kto śmiertelny, ten galwanizuje ich tylko i sam się zabija. I ja tak zginąłem, i Ty teraz w taki sposób omdlałeś. Ależ można, Julu, kilka razy przed ostatecznym końcem martwieć i odżywać na ziemi; prawda, że zmartwychwstanie coraz leniwsze, a sny, ospałość, smutki coraz cięższe: kilka prób śmierci przed śmiercią człowiek odbywa, coraz to bardziej opadając na siłach, uczy się wiecznego pokoju. Zapewne na odwrót, gdy poleży w trumnie, uczy się w niej życia innego, niewzruszonością i ciszą krzepi się do ruchu i nowej wrzawy jakiejś. Świat sprzecznościami stoi: gdy zasypiasz, dążysz ku obudzeniu się, gdy się budzisz, w tym znak, że masz zasnąć. Rad nie rad, muszę Szekspirowi złożyć hołd, przyznać prawdę. Ironia gości w tym życiu. Ironia, to praktyka świata! Teorią zaś jego jest wiara i szczęście. Cóż powiesz? Otom znikczemniał i dusza mi się rozwłókniła na wzór spalonej rośliny; cierpię, a głosu mi brak na wydanie cierpienia, głuchym, oniemiał śród życia: ni świat zewnętrzny już odbija się we mnie, ani też ja nie odedrgiwam już światu zewnętrznemu. Dziwna też pora: czy uwierzysz, że włoskie niebo zniemczało, ni wiosny, ni lata nie widzieliśmy, wciąż bure chmury, zimno, plusk, deszcz, błoto; planeta chłodnieje, planeta choruje. Dobrze umierać, ale źle jest być młodym w takim zbiegu okoliczności kosmicznych. Coraz się bardziej wszystko anhelluje, od bieguna rozszerza się białe widmo Anhella i zasępia ziemię, przez równik przechodząc: gwiazdy w górze gasną, w dole więdną kwiaty, wyschną zdroje i źródła wreszcie, spleśnieje morze, ognie pogasną, będzie ciemność, przepowiedziana przez Byrona. Spotka się dwóch wrogów przy lampie, palącej się przed Madonną, przy ostatniej iskrze na ziemi poznają się i zabiją się.
Za dni kilka stąd wyjeżdżam, jadę tą samą wieczną drogą moją: naprzód mokrą i parową do Genui, następnie suchą i górzystą przez Alpy, wreszcie równą i nudną przez Bawarię do Kissingen, gdzie mineralne wody, pite przy odgłosie muzyki freischützowej o piątej z rana co dzień, mają zdrowiu mojemu pomóc!!! Napisz tam parę słów do mnie! Dotąd Beniowskiego nie odebrałem. Tassowi nie mogę powiedzieć tego, coś żądał, bo nie będę już w Neapolu; ale, jeśli Ci chodzi o to, by obłąkany i smętny człowiek wiedział o tym, to sobie samemu to powtórzę, a stanie się Twojej chęci zadość. Szczęśliwi ci, co biją się w pierś i mówią: „Tu wiara i potęga jest”; szczęśliwi, którzy lekkomyślności pełni; szczęśliwi, którzy miłością własną do purchawek podobni, bo nim pękną, dobrze im jest po wszystkie dni żywota ich, a gdy ich silniejsza noga roztrąci, już nie czują nic; szczęśliwi, którzy się kochają w koniach, powozach, powozikach, frakach kamizelkach i infantkach hiszpańskich; szczęśliwi głupcy i durnie i nikczemni wszelkiego gatunku, bo ich królestwo ziemskie, a nam niebieskiego czekać trzeba. Kto wie, czy nadejdzie? A kiedy nadejdzie, może już odechce się jego, jak wszystkich długo żądanych rzeczy bez skutku. A tamtym dobrze będzie i z królestwem niebieskim, jak z każdą nowością: dostaną na progu w skórę za głupstwo i amnestią, bo gdzie by się Pan Bóg mógł na głupców wiecznie sierdzić? Lecz z nami inaczej; nuda i tam zeżre nam zmartwychwstałe serce. Wiesz, co piekło? To nuda w niebie, to pragnienie wieczne sławy i wielkości śród demokratycznego tłumu zbawionych i wybranych, świętych i aniołów. Ta sama chwała, to samo dobro: jednym niebem, drugim będzie piekłem!
Lecz darmo, gdzie płyną fale, tam poniosą nas; my idziemy dalej, a pieśni nasze krzepną i zostają z tyłu, jak baba owa, w solny posąg przemieniona za to, że chciała boskiemu dziełu zniszczenia się przypatrzeć. I nam, i pieśniom naszym także się dostało: patrzeć na same dzieła gniewu i zaguby. Bądź zdrów! Czym zdołasz, krzep się i nie daj, a ile razy będziesz na czyim pogrzebie, pomyśl, żem umarł i zmów Zdrowaś Maria za mnie, bo zaprawdę na sercu i umyśle strupiałem już i nie jestem tym, czym byłem niegdyś. Dłonią umarłych wciągniętym do dołu. Szukaj żywych, Julu, z żywymi przestawaj! Igrać nie można ze śmiercią. Twój
Z.
181. Do Adama Sołtana
Rzym, 1841, 21 czerwca
Cóż Ci powiem? Od czego zacznę i na czym skończę? Dotąd z Rzymum nie ruszył, dopiero za tydzień jadę do Civitty, i siadam na statek parowy i płynę tą samą, tyle razy przepłynioną już drogą, do Genui. Dowiesz się z gazet, że przed kilku dniami „Pollux” w nocy około jedenastej, niedaleko od Elby, spotkał się z „Mongibellem” i dostał tak przeważnie w pierś, że od razu roztrzaskał się na dwoje i w dziesięć minut się zatopił; szczęściem jeden tylko z ludzi, na nim będących, zginął, resztę „Mongibello” ocalił, ale pojazdy, rzeczy, wszystko, co tylko było na i pod pokładem, poszło w głąb Śródziemnego Morza. Gdym się o tym rozbiciu dowiedział, żałowałem szczerze, żem nie wypłynął z „Polluxem”, tak, jak zamyślałem, i żem nie był właśnie tym jednym, co się tej nocy utopił. Sądź po tym wyznaniu, jak mi różowo w duszy i lekko na sercu! Choroba straszna mnie pochyliła, zgarbiła do ziemi, uczyniła rzeczą martwą a smętną. Tę chorobę zaś sprawiły od lat wielu ciągnące się wewnątrz mnie samego walki, zapasy i trujące mnie zgryzoty. Pókim mógł, opierałem się czarnym, robaczywym myślom, którym się chciało zawsze i którym się nareszcie udało przeważyć nad siłą ducha mego. Teraz doszedłem do takiego stanu, że mi świat, jako szeroki, wydaje się pustynią, a światło słoneczne krzywdą, obrazą, pośmiewiskiem. Nie chcę wytykać po szczególe wszystkich okoliczności i przyczyn, czy to prywatnych, czy szersze koło od domowego zajmujących, które z wolna takim mnie jadem zapełniły, taką rdzą przedwczesną serce pokryły; po większej części wiesz o nich, ale czego nie wiesz może, to do ila zawsze mnie one rozdzierały. Od lat dziesięciu, od kiedym począł być młodym, ciągle czułem się w podwyższonej drażliwości nienaturalnym stanie. Żyłem, jak galwanizowane trupy, życiem z zewnątrz zaciągnionym, bo wewnątrz zawsze śmierć była, śmierć mi znana, dotykalna dla mnie, a drugim niewidoma, ukryta przed nimi maską żywości, której elektryczne nurty w końcu się przebrały, i teraz nie ma nade mnie nędzniejszego stworzenia! Reszty życia mego, przyszłości mojej nienawidzę. Bóg mnie do niej nie stworzył, a ludzie mnie w nią wpychają. Brak mi zupełny cnoty, największej wśród chrześcijańskich cnót, rezygnacji; pod tym względem poganin jest ze mnie i zbliża się, jak pogrom, chwila, w której właśnie przez brak takowej pokory i submisji257 będę musiał się rozbić, zaginąć, jak ów biedny „Pollux”, który nie potrafił ominąć na morzu, choć tak szerokim, „Mongibella” i wolał prosto płynąć, nie zbaczając, dostać śmiertelnym ciosem w bok, niż się zrezygnować do obrania drogi nieco dłuższej i krzywszej. Co tylko więc stanie się ze mną teraz, Ty, o tym słysząc, bądź pewny w głębi serca, że to się na moje nieszczęście i zgubę dzieje; niech Cię pozór ni blichtr żaden nie łudzi. Odtąd droga moja wikłać się i gmatwać zaczyna pod moimi stopami, odtąd nie będę już w zgodzie z sobą samym, ale rozdwojony i przy poczuciu się do tego rozdwojenia dążący, by jak najrychlej to tragiczne fatum zakończyć. Wszystko, co tu mówię, głębi duszy i rdzeni serca Twego poruczam; nikt inny niechaj nie wie o tych moich bólach i o srogich przeczuciach. Od dwóch miesięcy co dzień Boga gorąco o śmierć błagam, bo chciałbym umrzeć przed dotknięciem się świata; rzeczywistość albowiem jego taka brudna i skalana, że ten tylko białe ma ręce, kto zdołał się na niej nigdy nie opierać. Unieść bym chciał siebie samego niepokalanym stąd do wieczności.