Niknę, jak mgła, jak para, maleję w oczach moich własnych, rozpraszam się. Gdzież idę? Ku czemu dążę? Jakaż siła mnie rozpręża, rozrywa? Gdzie moje ja się roztapia? Gdzie się podzieję? Nie sposób, żeby to starość być miała; mój ojciec 30-stą laty mnie ubiegł, a jeszcze dzielny duszą, przytomny umysłem, czynny w działaniu. Nie, 29 lat nie mogą człowiekowi liczyć się za głupstwo i niemoc. Daruj mi, Panie Boże, ale czasem na myśl przychodzi mi tego duńskiego księdza proroctwo, pamiętasz, Dialy, ową legendę? Czy Bóg mnie za pychę karze? Jednak w głębi serca nie poczuwam się do niczego, coby karę taką bożą sprawiedliwie na mnie ściągnąć mogło. Czystym duchem pragnąłem zawsze dobra wszystkich, kochałem piękno, a nienawidziłem zła, a teraz przyjdzie mnie ostatecznie pochylić głowę pod zatrutą koroną ołowianą i żelazną głupstwa, ciężką, jak kamień młyński i przeznaczoną mi już na zawsze. Ja wariuję, zda mi się. Nie przy zdrowych-em zmysłach. Lepiej bym poszedł do łóżka i zasnął, niż pisał do Ciebie.
Głupi jestem, głupi, stokroć głupi, że Cię zasmucam, ale, widzisz, melancholia taktu nie zna, gdzie może, tam szuka ucieczki, ratunku, schronienia. Tyś mi jedynym schronieniem, — biegnę zatem do Ciebie i głowę moją ociężałą, cierpiącą, skostniałą, kładę w dłonie Twoje. Do kogóż się tu obrócę? Konstanty patrzy się na mnie, jak na zwariowanego, mój ojciec jak na człowieka, co nie wart szeląga. Oba w tej chwili prawdę mają, — więc do tych lip starych się obrócę i będę im rozpowiadał żale moje, ale wiatr głośniej świszcze, deszcz szumi płaczliwiej ode mnie, lipy mnie nie usłyszą. Któż nakłoni ucha do mnie, kto zlituje się nade mną? Ty jedna, Ty — więc, choć daleko jesteś, obracam się w stronę Twoją i piszę do Ciebie. Szczęściam Ci nie dał — człowiek taki, jak ja, nikomu szczęścia udzielić nie może — alem dał Ci serce moje; com miał, com mógł, dałem Ci. Ty mnie pożałujesz, może pojmiesz, zrozumiesz, wtajemniczysz się w moją duszę, której ja sam nie rozumiem, staniesz się bardziej moim ja, niż ja sam, powiesz mi, jak się mam ratować, jak odzyskać straconą siłę. Bo, jeśli jej nie odnajdę, nędznym będę na wieki, stanę się mumią egipską za życia, zacznę sam sobą pogardzać i w łeb sobie strzelę!
Taki koniec mój, — przewidywany od dawna. Czułem, od kiedy żyję, że moja droga krzywi się pod moimi nogami, że nie prosto leci, jak strzała puszczona z cięciwy do celu, ale że zstępuje w dół, coraz bardziej w dół — w otchłań jakąś! Cząstkowe spleeny przychodziły mnie ostrzegać, jakby części ożywione grobu mojego, że ten grób mój leży gdzieś w niepoświęconej przepaści, wśród samotności wielkiej. Wyraz „nicość” zawsze nasuwał się pod pióro moje, mieszał i kaził najświętsze mi natchnienia. Koniec mój już zawarty był we mnie, jak owoc w ziarnie, tylko że to owoc pusty, robaczywy, pełen popiołów! Przebacz, najlepsza i najszlachetniejsza, że tak folguję rozhuźdanie czarnym myślom, które mnie toczą. Komuż, jeśli nie Tobie, je wypowiem? Kto będzie, jeśli nie Ty, wiedział, co się dzieje w piekle moim? Do aniołów modlą się potępieni. A może to wszystko czyśćcem tylko, nie piekłem jeszcze? Jak tylko się wydobędę stąd, popędzę do Munich; tam list Twój niech zastanę! Pisz ciągle do Munich.
Twój do zgonu Zyg.
188. Do Delfiny Potockiej
1841 Wildungen, 12-go augusta, 12-ta w nocy
Droga i najlepsza moja! Noc — burza wstrząsa domem, po szybach biegną konwulsje wiatru. Ja w nie mniejszych, ja w rozpaczy, a kocham Ciebie, kocham i rzewniej, i tęskniej, i gwałtowniej może, niż kiedykolwiek w życiu. A wiesz, co się ze mną dzieje? Dokąd mnie ta burza rwie? Gdzie jutro będę? O moja Dysz najdroższa, najlepsza, muszę jechać do Karlsbadu, by wlać trochę pociechy w duszę pękającą, mdlejącą, odchodzącą ojca mego. Obiecałem mu tam 14 dni przepędzić, bylebym mógł pewno po ich upłynieniu pojechać, gdzie zechcę. Walczyłem strasznie, by przemóc na sobie to postanowienie. Widok jego rysów zbolałych, odmienionych, gorzki jego smutek, wreszcie i to, że zaczął dobrze o Tobie mówić, jakby żałując, że się pomylił w sądach swoich, jakieś straszne do tego przeczucie, myśl potrzebna wrócenia jego duszy skołatanej trochę pokoju i lepszej otuchy, myśl, jak mówię, że kiedyś, w wyrocznej chwili, on mógłby z goryczą w sercu narzekać na mnie, żem nigdy nie chciał nic uczynić, kiedy mnie prosił o co, zniewoliły mnie do tej podróży. Ułożyłem się z nim, że pojadę do Karlsbadu, że przebędę tam 14 dni, że będę grzeczny, ale że nic więcej nad grzeczności nie powiem i że 30-go augusta wyjadę do Drezna, gdzie się z nim spotkam 31-go. On tego samego dnia pojedzie do Warszawy. Braniccy swoją drogą także i do Petersburga, a ja, kupiwszy Tobie Twego pieska w Dreźnie, do Munich i stamtąd do Varenna lub gdzie każesz.
Słuchaj, 15-go septembra moglibyśmy już być razem, gdybyś zaraz za odebraniem listu tego wybrała się z Neapolu i pojechała do Mediolanu lub Genui i stamtąd do Munich mi napisała, i czekała listu mego z Munich, za którego rzuceniem na pocztę zaraz bym wsiadł sam do powozu. Rób jak chcesz; gdzie chcesz, gdzie możesz, gdzie Ci lepiej, tam przybiegnę do Ciebie i zostanę przy Tobie. Moje serce, gdzie Ty — i czuję, że tak już na wieki. Nic nie poruszy, nic nie obali przywiązania, którem ja połączony z Tobą. Tysiąc kształtów los mój przybierze, a treść jego jednaką pozostanie, bo Cię ukochałem miłością, która nie mija ni na ziemi, ni na niebie — duchem całym!
Straszna to ta podróż dla mnie. Pojmiesz i uczujesz wszystko, co ja czuję; mąk Ci moich nie będę opowiadał, Ty je znasz, Ty je wiesz. Jadę wszechmocny wstrętem, a jadę, aby zostawić sercu starego ojca myśl, że go kocham i że nie zawsze tegom, czego on tak strasznie pragnął, nie chciał uczynić. Jadę tam — wierz mi, to najkrótsza droga jeszcze do Ciebie — jadę tam, by do Ciebie prędzej się dostać i oblać Twoje ręce łzami. Przyjeżdżaj, Dialy, do Varenna, tam siedźmy, póki nas zimno nie wygoni, a wtedy pomyślimy, gdzie się udać. Miastam znienawidził — chcę jeszcze frejburgowego ustronia z Tobą, chcę sam na sam z Tobą całą duszą i sercem raz jeszcze być przy Tobie, a w tych miastach wielkich tylko szpiegów mamy. Usuńmy się od świata, bądźmy jeszcze samotnymi, bądźmy jeszcze jako niegdyś, z sobą, bez nikogo trzeciego!
Com Ci miał oznajmić, oznajmiłem. Teraz to Ci powiem, że pewny jestem, iż tym wymaganiem ode mnie jechania tam do nich mój ojciec gubi wszystko, jeśli kiedykolwiek co z tego udać się miało. Powozem, końmi pocztowymi, ciałem moim, figurą moją albowiem mu posłużę, dopełnię jego życzeń, ale myślą, duszą, sercem czyż mogę? Pojadę i koniec — a gdy tam będę, będę jak trup, sama wiesz o tym, nie potrzebuję Ci gadać; ale trzeba było tym poświęceniem ratować Ojca, który codziennie sechł i słabiał, trzeba mu było poddać życia, siły, a zatem w tę fatalną wybrałem się drogę. Przejeżdżam przez Frankfurt, by paszport do Karlsbadu wizować; pojutrze będę w Frankfurcie, stamtąd napiszę do Ciebie, tj. ten list dokończę. Dysz, do obaczenia, do obaczenia!