Wiesz, że mam piersi rozpękłe, jak gdyby kat mnie na torturach uderzył w nie kłodą żelazną. Są chwile, w których czuję, że lodowacieję i blednę na twarzy, w innych gorączka rozpaczy mnie porywa.

Mówię Ci raz jeszcze, że kocham Ciebie, że od wypłynięcia z Neapolu nie było dnia, w którym bym nie płakał za Tobą, jak za najszlachetniejszą i najdroższą istotą ze wszystkich, którem znał na świecie, i teraz płaczę! Do obaczenia, Ty Dialy moja! Do obaczenia, Bóg da, za miesiąc!

189. Do Delfiny Potockiej

1841, 22 augusta, niedziela, Karlsbad

Droga moja! Siódma to niedziela już rozdziału naszego, — większa już połowa jego, bo niezawodnie nie dojdziem do 14-tej. Dopiero co przez godzinę wybierałem koroneczki dla Ciebie i szpilki, na pieska muszę, aż w Dreźnie będę, poczekać. Nudnymi, arcynudnymi torami upływa życie moje tutaj. Wąsowiczowa275, ta śmiertelna mego ojca i moja nieprzyjaciółka, tu przyjechała i siedzi, a łasi się Branickiej, jak garderobiana. Pamiętam czasy, w których p. Wąsowiczowa nie chciałaby była przyjąć do salonu swego pani Branickiej, wtedy była okrutną i podłą. Dziś jest miękką i podłą.

Ja tam zwykle wieczorem herbatę piję. Rozmawiam z Elizą276 o chemii, fizyce, sztukach pięknych i Paryżu, ale tak mi to idzie oporem, że ona to widzieć musi. Opowiem Ci dwie anegdotki, po których wniesiesz to wrażenie, jakie na mnie wywiera ona, i jakie ja na nią muszę wywierać. Zawczoraj wieczór przyprowadziłem tam pod rękę Wąsowiczową. Baba przez 2 godziny opierała się na ręce mojej i wlokła się, jak ranna hjena, po Wizie. Zasiedli wszyscy do okrągłego stołu. Fregata277 cukier każdemu odliczała do filiżanki i odmierzała śmietankę. Boreal278 bawił się końcami chustki swej szyjnej, kompletnie szczęśliwy temu, że żyje. Wąsowiczowa i ja przepatrywaliśmy owe wieczne albumy, które trzymała nam Eliza przed oczyma, przewracając z wolna ich kartki. Trzeba chwalić, ja nie umiem, więcem milczał. Wąsowiczowa za siebie, za mnie, za 3-ch i za stu chwaliła. Kartki jedne ubywały po drugich, wtem nadpłynęła jedna, a na niej była akwarela, wystawiająca kobietę samotną, siedzącą przy szerokim oknie, w białej odzieży, za oknem zaś jezioro smutne i świat dziki z borów i skał i nieba kawał, a ja zatrzymałem Elizę, która szła dalej i zacząłem, znęcony tą akwarelą mówić: „To się Pani udało, zupełnie udało, może nie tak ścisłość rysunkowa, jak raczej ukryta dusza rysunku. Jakiż to wyraz smętny w tej twarzy samotnej! Znać, że ta kobieta w więzieniu z trosk i boleści patrzy w przestrzeń i myśli, że trzeba niezadługo ziemię porzucić, ziemię, która jej tylko goryczą była, a mimo ten wielki wyraz smutku coś upajającego i jeszcze nęcącego jest w tych rysach zadumanych. Znać, że Bóg ją cudem był swoim stworzył, a tylko ludzie zabili. Nie przewracaj Pani kartki, bo to prześlicznym jest!”. Milczała p. El., nie przerywała mi pochwał, zatrzymała kartkę, jam patrzał i patrzał, coś z tej akwareli wołało na mnie; pierwszy raz wtedy zaczynało mi się zdawać, że El. ma talent, a kiedy tak mnie wytrzymała, a ja znów otwierał usta, by chwalić, rzekła dziwnym głosem, jakby zasmuconym, ale bez żadnej złości: „To nie moje, to Pani Delfina malowała i na pamiątkę mi dała”. Struchlałem. Darmo, gdzie duch mój napotkał ducha mu równego, tam w nim ozwało się życie. Struchlałem, a wiesz czemu? Oto dlatego, że mnie w tej chwili uderzyło przeświadczenie o konieczności nieodwołalnej, która moją duszę z Twoją spaja. Uznałem wyższą, jakby fatalną potęgę, wynikłą z głębi, z natury rzeczy, która mnie zmusza, gdziekolwiek co Twojego lub podobnego Tobie napotkam, podać się ku temu, to pojąć zaraz, roztkliwić się nad tym, znęcić się do tego, słowem to ukochać. Anim wiedział, że ten obrazek Twej ręki dziełem, a on jeden wśród tylu innych przemówił mi do duszy! Tak dalece, że kiedy p. El. przestała album przewracać, zamknęła go, uczułem konieczną potrzebę widzenia raz jeszcze mojej białej, marzącej przed tym wielkim oknem Dialy i rzekłem do niej: „Pozwól mi Pani samemu raz jeszcze otworzyć tę książkę”. A ona: „Dobrze, ale pod jednym warunkiem”. „Pod jakim Pani?”. „Że Pan mi wymyślisz przedmiot do rysunku”. „Zgoda, Pani” — i oddała mi album. Jam odszedł od okrągłego stolika i na uboczu znów rozemknąłem i szukałem mojej akwareli ażem ją znalazł i długom patrzał i łzy mi się kręciły w oczach, i to była dobra chwila.

Oto masz pierwszą anegdotę. Wieczór ciągnął się dalej, Józefa Kalinowska siadła do fortepianu. Słyszałaś Ty kiedy ryk krowy tyrolskiej, pisk rozkochanego kota, skomlenie psów zgromadzonych nad ścierwem? Prawda, Tyś mnie słyszała, ale przysięgam Ci, że lepiej śpiewam. Po tym okropnym głosie, który blasfemował279 Staendachen Schuberta, któreś tyle mi razy tak bosko śpiewała, przystąpiła do instrumentu klawiszowego p. Olga. Z Montechów wybrała pieśń jakąś długą, suchą, rulad pełną, pozbawioną wszelkiej idei muzycznej i kręciła ją gardłem swoim, jak szpagaty, z których powrozy urastają, lepiej jednak od siostry daleko, z pretensją olbrzymią, łamane sztuki wyrabiając, nic nie czując. I człowiek, co słyszał Malibranową280 i Ciebie, tam stał i słuchać musiał i nie plunąć! Wciąż głos Twój krążył mi nad uszami, jakby anielska obrona od tych ziemskich głosów, jakby tarcza melodii przeciwko tym nożom pisku. I tak, słuchając wspomnień o Tobie śpiewających w duszy mojej, zupełniem zapomniał Karlsbadu i Branickich i Kalinowskich. Tymczasem Stefan Potocki, syn Michała, umizgał się do Elizy — Fregata przy stoliku z Hjeną rozmawiała, Boreal zajadał poziomki, Kasia281, milcząc, obok mnie stała i dumała, a ja także milcząc stałem. Byłem coraz bardziej z Tobą, gdy nagle Wąsowiczowa, spostrzegłszy się, że jedenasta, wstaje i budzi mnie, wzywając mego odprowadzicielstwa. Pamiętasz z rana w Neapolu czasem osłów ryczenie, które śpiących tak mile do życia wołają? Zadrgnąłem, szukam kapelusza, p. El. zastępuje mi drogę: „A obietnica?”. Ja patrzę się na nią, nie przypominam sobie: „Co, Pani?” się pytam. — „A warunek, a przedmiot obiecany do albumu?”. Zgłupiałem, bo nic na podorędziu w głowie nie miałem. Naiwnie odpowiedziałem: „Zupełnie wypadło mi z pamięci, przepraszam”, i skrobię się w skronie. Hjena już na progu woła; panna stoi przede mną, domaga się. Naprędce spytałem się, czy zna Miltona — afirmatywą odpowiedziała. „Więc piekło całe Miltona” rzekłem i poszedłem za Hjeną. To druga anegdota. Z tych dwóch łatwo poznasz, w jakim tu wciąż położeniu jestem, i jak silnych doznałem wrażeń podczas teraźniejszego pobytu, i jak umiem się umizgać, gdy się nie kocham — nawet grzecznym być nie zdołam!!!

I tak dzień za dniem uchodzi i o krok dalej nie postąpiłem, czuję się z lodu, a nie ma kobiety na ziemi, coby się na tym nie poznała. Oddaję sprawiedliwość wszelką Elizie — szlachetna, dobra, gotowa na wszelkie poświęcenia, idealna, rozważnej myśli, cicho gromadzącej swoje materiały i cierpliwie gmach swój z ziarn piasku budującej, pełna niezłomnej woli w ważnych i stanowczych rzeczach, w małych zaś i potocznych wielkiej uległości. Wytrzymała do nieuwierzenia, w postępowaniu z Kalinowskimi pełna godności i miary, ale wszystko w niej jest namysłem i pracą, trudnym wyrabianiem się, że tak powiem: filozoficzną metodą, nie zaś darem bożym, natchnieniem, poezją, talentem. Ona pracuje na talent, stara się o poezję, bo pojęła w myśli, że talent jest pięknym, że poezja jest cudem cudów — ona prosi wciąż Boga o łaskę bożą, ale jej nie ma. Wszystko, co ona robi, jest zasługą, ale nie jest pięknością. U niej nurt ducha nie płynie z wewnątrz na zewnątrz, by tworzyć, ale owszem, z zewnątrz na wewnątrz, by skupić się i dopiero w tym skupieniu trafnie uważać, mądrze wyrokować. Myśl jej nie z ołowiu, dajmy, że ze złota — ale myśli powinny być z światła i z elektryczności! Ona ma się do młodszej siostry, jak Cieszkowski do mnie, a do Ciebie jak Doerianowa — dobra niemiecka aktorka, co przygotować się musi, by wygrać rolę i zawsze tak samo, do Malibranowej, natchnionej, nigdy nie przygotowanej, a zawsze doskonałej, co dzień odmiennej, żyjącej pięknością i sztuką, tak, jak kto inny powietrzem oddycha!

Oto przyszły karlsbadzkie harfiarki, grają mi pode drzwiami. Lubię te dźwięki strunne, ten prosty śpiew, wart zwanzigera, a lepszy, niż pretensjonalny a czczy i pusty Olgi. Gdy te harfy się odezwą, to przypomina mi się Neapol, i ten pokój w kwiatach, i ta harfa w kącie za fortepianem, którąś czasem trącała wieczorem, gdy księżyc na zatoce pod oknami srebrną swą, wiodącą w wieczność drogę wytykał i jacht lorda angielskiego obok niej czarno się kołysał. Już nic lepszego życie mi nie da. Zatem, by szczęścia chwilę uczuć muszę się oglądać, muszę w przeszłość całą duszę podać, obrócić się sercem i pamięcią ku tym nocom letnim pełnym woni, blasku, rozkoszy, upojenia i gwiazd i dźwięków i nieśmiertelności282.

Widzisz, Dialy, że harfy mnie do wierszów popchnęły.