Do obaczenia, droga — do obaczenia — niedługo będziemy razem! Wzdycham do Twojej twarzy i Twojego rozumu, jak do wolności więzień, jak dusza pokutująca do zbawienia, jak do ojczyzny góral, jak do Karlsbadu p. Kołomyjska, jak majtek do lądu, jak wędrowiec do fontanny, jak wygnaniec do domu, jak duch rozdzielony do powrotu w siebie! Do obaczenia!

Twój Z.

Nic a nic nie wiem, co się dzieje z Tobą, schnę z oczekiwania, a listy Twe nie przybywają. Może dziś co wieczorem będzie. Do obaczenia, Ty najlepsza moja!

190. Do Adama Sołtana

1841, Münich, 24 septembra

Wczoraj tu przybywszy, list Twój zastałem. Zapewnieś słyszał już o moich błędnych podróżach do Karlsbadu i Töplitz; niech Ci w tym względzie wieść publiczna gada o mnie, bo ja nie zdołam. Pomówić bym mógł, mową, w pobliżu wytłumaczyłbym Ci wiele rzeczy; pismem, z daleka, nie sposób, a przedmiot pełen wstrętu dla mnie. Pogadajmy lepiej, jak za dawnych czasów, o rozmaitych rzeczach. 1) List księżnej doszedł kogo należało. 2) Nie możesz pojąć, co to jest, przebywszy dwa miesiące w ciągłych kłopotach, wreszcie odzyskać nieco wolności; zda się, człowiek narodził się na nowo! Zdaje się niebo niebieściejsze i jesień zieleńsza od wiosny! O jedną łaskę Cię błagam: listy, które teraz będę pisał do Ciebie, na miłość Boga niech u Ciebie zostaną na zawsze w tece i niczyim uszom słyszalnymi nie będą. Jeźli mi tego święcie nie przyrzeczesz, stary a zacny przyjacielu, to nie będę Ci mógł serca pękającego wylać, obryzgami krwi jego Cię okryć, bo pełno uszów czyha teraz na każde słowo moje; lada jakie może zaszkodzić, wprawdzie nie moim celom, ale tym, które podzielić, których uczestnikiem być się podjąłem, a więc jak gdyby i moim. Rozpacz ojca, zwątlone jego zdrowie, zmusiły mnie! Nie miałem czym sił i życia mu poddać; jedyne to lekarstwo było dla niego. A więc? Cóż było robić? Czyż ojca zabijać? I tak już tyle rąk go zabija! Czyż i z mojej dłoni ostatnie, najgłębsze cięcie miało paść mu na serce? Nie, nie! Gdym ujrzał, że doprawdy tym tylko ratować i krzepić go mogę, westchnąłem ciężko, alem postanowił siebie zabić, jeśli mnie co zabić zdoła, a jego wskrzesić, jemu radością życia naddłużyć. Takie dzieje moje, nic innego w nich nie szukaj! Zresztą wszystko obmierzłem mi jest, wszystko tam, gdzie moje kroki stąpają, gdzie kształt persony mojej się obraca; a duch mój i serce, to są skryte własności moje, nieodebralne, nienakierowalne, wolne, swoje, które nigdy nie przestaną żyć, jak żyły, i być, czym je Pan Bóg stworzył. Przeczuwałem już to, co mi się stać miało, kiedym z wiosną z Rzymu, jakby z trumny, smętny do Ciebie list pisał; wiedziałem, że mi się życie łamie, że mi się droga z pod stóp wycofywa, i że dni przyszłości pełne są gorzkości dla mnie. Darmo, Adamie! Mógłbym jeszcze i tu powtórzyć, że przeczuwam koniec nieszczęśliwy; ale na co skarg tyle? Znasz mnie, i z tych słów kilku wybadasz całą iściznę duszy mojej.

Skąd piszę, tam odpisz. Dobrze się stało, że Brzoza dostał, czego pragnął, przynajmniej człowiek jeden szczęśliwy na czas jakiś na świecie. Z głębi serca Cię ściskam i kocham, mój Ty drogi i szlachetny.

191. Do Stanisława Małachowskiego

15 oktobra 1841, Münich

Mój drogi! Dopiero wczoraj, za przyjazdem tu z włóczęg moich po Niemczech, Twój list zastałem i zaraz Ci spieszę z odpowiedzią do Lukki, jakeś wskazał. Cóż Ci powiem! Oto nic dobrego, przez Boga! Tłukłem się safandulnie (nowym polski język ozdobion przysłówkiem) po Dreznach, Kaslach, Karlsbadach, Toeplitzach, Franfortach, po kolejach żelaznych — per Baccho! — żelaznych i dymem czarnym zamglonych, aż wreszcie tu przybyłem, i siedzę, i sam jestem z Konstantym, i jak długo tu siedzieć będę, nie wiem. Jednak coś mi się marzy, że się w Romie spotkamy znowu. Tam trochę więcej gruzów przybyło, te zastaniem na serca pociechę, prochu garści kilka więcej w Koloseum lub pod Kapitolem. Eccolo! Postęp! Eccolo283! Za powrotem do miejsca skąd wyruszyłeś, a gdzieś długo mieszkał, jedyna ulga! Brawo, panie Stanisławie! Życie jest wesołą piosenką, a krztusi się coraz lepiej człowiek, ją śpiewając, wreszcie go zadławi! Nawet już w mary, proroctwa, widzenia, od których mózgi ludzkie szaleją, bo kruchymi się stały od uderzeń powtarzanych gromu, wierzyć nie myślę. Memento mori284 jest jedynym słowem, które warte wyrzeczenia, bo śmierć wielką sztuką, tak, jak życie, i, kiedy dziarsko żyć nie sposób, przynajmniej godzi się i przystoi z dumą umierać. Gladiatory doskonale to umieli, a w starożytnych ludziach było coś olbrzymiego!