Drogi mój, odpisz mi tutaj, ale bladym atramentem, powiedz, gdzie będziesz i co myślisz robić. Zaprawdę tuszę, że się zobaczymy.
Ściskam Cię z głębi serca. Nie zapominaj o mnie!
Twój
192. Do Juliusza Słowackiego
Münich, dnia 27 października, 1841 r.
Drogi Julu! W cuda wierzę zawsze i wszędzie, w cudotwórców prawie nigdy; nie znam zaś próżności próżniejszej nad tę, która siebie uważa za konduktorkę płynu cudów. Nie pochodziż to nieco z tej urzędo-namiętnostki, tyle zawsze burmistrzującej w naszych sercach? W Piśmie, Księga Proroków następuje po Księdze Królewskiej, w dziejach bieżących to samo się objawiło: w sferze niby to widomej wystąpił tytuł, urząd, zaszczyt, nazwa miasto rzeczy, blichtr miasto istoty, słowem królewskość; w sferze niewidomej, w kościele poezji, awansowano na proroków. Jest tu także stopień, dignitas285. I znowu tu, jak tam, tytuł wprost rzecz samą skaził. Kształt obrócił się przeciwko treści, wyniknęła komiczność! Co za wiek, Julu, co za świat! Co za kolej zgubna, porywająca wszystkich do otchłani, nie dantejskiej, ale stokroć głębszej, bo stokroć dalszej od zmartwychwstań nieba, chcę mówić: do otchłani śmieszności! Za dni moich widziałem dzieci ponure, dzikie, jeszcze ssące pierś mamki, a już recytujące wiersze byrońskie i piszczące usteczkami, pełnymi mleka: „To piołun”. Widziałem piętnastoletnie dziewczynki, wołające Boga na usprawiedliwienie się przed nimi, jak Hiob niegdyś, jak Faust później, i szpilkami grożące gwiazdom. Widziałem olbrzymów ducha, przez czas jakiś zapełniających serca ludzi imieniem swoim, a potem idących na starość do św. Pelagii, i głupstwa, i brednie, próżnostki same drukujących; orłów, co w słońce patrzyli, spadłych w staw i przemienionych na pływające pośród pleśni kaczki. Widziałem za dni moich, acz niedługich, zbłaźnienie wszystkiego, i zaczyna mi smętno być w duchu. Tym się jedynie pocieszam, żem, zda mi się, doszedł ukrytej sprężyny tych wszystkich zjawisk: zowie się brakiem dumy, a przesytem próżności. Jak cud jest rodzajem pewnym niepracy w naturze, pieczonego gołąbka, co spada z nad chmur do gąbki, tak i w duchu ludzkim próżność jest wieczną żądzą chwały bez pracy; kiedy duma, wbrew przeciwnie, jest wieczną żądzą chwały, lecz za pomocą olbrzymiego trudu. Kto dumny, ten i pokorny zarazem, a duma połączona z pokorą, stanowi wielkość człowieka. Duma bez pokory, to próżność; pokora bez dumy, to podłość. Na pozór tylko sprzeczne te władze duszy, a w istocie wielkość prawdziwa bez nich obydwóch obejść się nie może. Pokora powinna zawsze objawiać się w środkach, a duma w celu. Tym, że duch nigdy nie zadowoli się tym, co uczynił już; tym, że dalej iść pragnie i piękniejszego czynu się dorwać; tym, mówię, pokorę swoją pokazuje, bo ciągle się ma z niższego do ideału: skąd tęsknota, smętek, czasem zwątpienie. Tym zaś, że dalej stąpa, że karmi się wiarą urzeczywistnienia w końcu piękna, którą pojął, że gardzi wszelką skończonością i poczuwa się do pobratymstwa z nieskończonością, że uznaje się niezwalczonym i wolnym od śmierci, tym jest dumnym i boskim! Lecz nie mógłby takim być, gdyby zarazem nie był ludzkim i pokornym, bo bez pokory duch stanąłby na pierwszym lepszym stanowisku osiągniętym i nazwałby to doskonałością wszystkiego, końcem i dopełnieniem, wiecznością, wielkością, pięknem i zaraz by tym samem okrutnie się zbłaźnił. Zatem bez pokory byłby poliszynelem, bez dumy także by się dostał do Bergamu natychmiast, bo padając na ziemię i bijąc czołem o dróg bitych kurz w lecie, a błoto w jesieni, w wiecznej fakirowskiej niewzruszoności oznajmiłby sobie samemu, że dalej kroku ujść nie zdoła i że stworzony jest na zwierzę lub roślinę. W naszej epoce brak wszelkiej harmonii między dumą a pokorą przeszkadza wszelkiej wielkości. Jesteśmy próżnymi, tj. albo mamy pokory śmiecie bez ognia dumy, albo rośniem w szum dumy, w pianę, w bryzg, w nicość, nie opierając się na głębi żadnej! Rozbite akordy gubią zawsze ludzi, podnoszą zaś ich tylko pełne i pogodzone: pierwsze są fałszem i piskiem, drugie tylko — muzyką! Otóż my nie w muzyce, ale w fałszu, w kwasie tonów żyjem, i dlatego przepadamy. Patrz tylko, na co wyszli Lamennais, Lamartine, Sandowa286 w ostatnich płodach? A wszystko przez próżność, przez serwilizm dla ludu lub dla urzędu, przez chętkę poklaseczków teraźniejszości, niepamiętni o poklasku wieków!
Teraz, mój drogi Julu, o Tobie słów kilka. Ucz się, patrząc, do czego wiodą rozmaite dusz słabości: unikaj wszelkiej, nie zapadaj w niemoc, bo niemoc nie jest pokorą; ni znów rośnij w dzikie przekonanie, że można jedną strofą wieki przewrócić, bo takie przekonanie nie jest dumą. Bądź dumny a pokorny! Lecz, kiedy się korzysz, to korz się przed Panem wiekuistym, lub przed wszechświata pięknością, lecz nie przed tą dziwną Madonną, której za podstawę dałeś piersi swoje. O Julu! Ja wiem, że to Ci wiele smutku rzuciło do serca i może wiele sił na czas jakiś odebrało. Szkoda Ciebie, byś z takiego zadraśnięcia miał się rozranić i osłabnąć, otrząśnij się! Gdzie Rafael nie malował, tam nie myśl o Rafaelu, marz raczej o Rubensie i duszy Twej całej nie kładź pod stopy aniołów rubensowych, daj im rękę, opiekuj się nimi, życz im dobrze, bądź im bratem, ale nie konaj dla nich! Bo Twój grób po takowej śmierci nie porósłby w bluszcze nieśmiertelne, poczciwe niezabudki, ładne gwoździki, małgorzatki i tulipany na nim by się nie urodziły — a o to idzie, by na grobie stał krzyż, w laury oplecion, nie kwiateczki rosły! Ty wiesz, żem Cię kochał zawżdy; Ty wiesz, że Cię kocham: może nie wiesz, ale się dowiesz, że nigdy nie przestanę. Julu, powtarzam Ci, nieśmiertelność jest w Tobie, od Ciebie zależy z piersi ją własnych wyrwać i uzewnętrznić. Nie kładź się więc na ziemię, taking the measure of grave287, nie chciej sobie samemu wmawiać, żeś tylko już mozaikowym artystą! Nie, tak nie jest. Artysta z Ciebie, mistrz! Lecz nie ufaj nigdy chwilowym ludzi poklaskom. Wszystko, co żyć ma i trwać, musi przejść wprzód przez walkę: od pieska, co na robaki umiera, od dziecka, co płacze, gdy mu ząbki się wykłuwają, aż do epopei Danta, aż do idei chrześcijaństwa. Co zatem zaraz zyskuje aprobację gminu, to nie długo pożyje, wierz mi, Julu! Tyś przeznaczony żyć, jeśli sam nie wyrzeczesz się wieczności dla znikomych ułudek. Bądź dumny a pokorny, a będziesz wielkim! Niech Cię Bóg strzeże! Myśl o mnie zawsze jako o istocie, mającej serce wiecznie rozkwitające i stulistne, gdy obraca się ku Tobie! Odpisz do Münich!
193. Do Delfiny Potockiej
26-go (listopada) 1841, Münich
O Towiańskim nowych szczegółów pełno się dowiedziałem. Był rejentem w Wilnie, słynął zawsze z poczciwości, ale wcale nie z rozumu. Kiedy Nowosilcow w Wilnie 1825 roku i wprzód jeszcze odkryte towarzystwo „Promienistych”, towarzystwo mistyczne, wierzące w wpływy magnetyzmu i w siłę wszechmocną czucia, a najlepiej w 4-tym tomie Mick, opisane, indagował, nękał i tłumił, był tam Mianowski288 doktór, który dość podle się spisywał, służył mu i braci własnych wydawał — powszechne przeciw temu człowiekowi oburzenie powstało. Był to materialista, anatomik, wiecznie nad trupami siedzący z nożem w ręku, nie wierzący w nic. Towiański jeden tego człowieka bronił przed innymi, a kiedy ten człowiek nagłą rażony śmiercią, co się w owe czasy cudem wydawało, umarł, on jeden tylko z całego miasta Wilna poszedł za jego trumną na cmentarz. Stąd zaraz urosła wonczas legenda, że przez wdzięczność, z mąk czyśćca dusza owa zawróciwszy, pokazuje się naszemu rejentowi. Rejent ni potwierdzał, ni zaprzeczał tej wieści, ale już wtedy zapadł w jakieś mistyczne usposobienie; później się ożenił, pierwsze trzy noce po ślubie przebył z żoną na cmentarzu i duchy wywoływał, by się małżeństwo nie tylko zmysłowo ale i duchowne dopełniło. Odtąd uważano, że się stał innym człowiekiem, potężnym w naukę, w rozum coraz wyższy i w urok wszechmocny nad ludźmi, magnetyczny, prawdziwie promienisty. Ile razy się rozłączył od żony, wracał do dawnego stanu mierności. Ile razy był z nią razem i mieszkał, odzyskiwał swoją potęgę, którą kilka razy wywarł na oskarżonych w sądzie, zmuszając ich czarowniczo prawie do wyznania zbrodni. Pierwszy połóg żony niebezpieczeństwem śmiertelnym groził, nadziei już nie było, wtem Mianowski z czyśćca przybywa, podaje sposób — żona Towiańskiego ocalona. Odtąd często Mianowski powtarzał odwiedziny swoje i uczył Towiańskiego o czyśćcu, o tamtym świecie i o zbliżającej się epoce nowej na tym. Wreszcie wybrał się nasz rejent, urząd i dom zostawiając na zawsze w Wilnie, wybrał się z żoną i dziećmi w świat. Jedni twierdzą, że zaczął podróż od Petersburga, gdzie mu urzędu odmówiono, drudzy, że zaraz zagranicę się udał i przez lat kilka po Niemczech i Włoszech rozmaitych się rzeczy i ludzi napatrzył. On sam twierdzi, że widział się z najwyższymi urzędnikami, rządzącymi losem państw po Europie i z nimi rozmawiał i przejmował ich miłością, zwiastując im przyjście ducha. Tymczasem, kiedy siedział w Dreźnie, gdzie długo przebywał, mówią niektórzy, co go tam znali, że uwiódł biedną dziewczynę i był ojcem dziecka jej, a to do królestwa ducha nie należy! Słowem, całe życie tego człowieka dziwną jest mieszaniną, nierozplątaną gmatwaniną, pokostem mistycznym pociągnioną. Wszyscy, którzy go widzą doznają, nim nawet przemówi i zacznie ich nauczać, wpływu niepojętego na zmysły swoje, który ich ciągnie k’niemu i podbija ich wolę. Taki wpływ należy do nieznacznej dotąd i nieobliczonej siły, coraz jednak mocniej za dni naszych objawiającej się w naturze i, moim zdaniem, poprzedzającej ogromne jakieś odkrycie, tyczące się nieśmiertelności duszy po zgonie — do siły magnetyzmu! Każda siła natury ślepa, konieczna, nim przez ducha ludzkiego odkrytą, z zasłon obnażoną i podbitą zostanie, ma się do niego po szatańsku, tj. wywiera na niego wpływy tajemnicze, niezrozumiane, wolę jego ujarzmiające, jest materią, jest naturą, występującą jako pani nad człowiekiem. Zrazu człowiek klęka przed naturą i zowie ją bóstwem — cała mitologia dowodem tego. Nie elektryczność, nie magnetyzm, nie to, co najwyższą jest idealnością materii, ale prosto rzeki, bory, skały, chmury w pierwszych czasach ludzkości tak były mało zrozumiane, że trwogą przejmowały serca ludzi i że je ludzie czcili jako bóstwa. Teolog chrześcijański Ci powie, że szatana to było dziełem, że szatan gadał przez usta pytonissek itd., itd. W istocie były to fałszywe bogi, — szatańskie, demoniczne wpływy, — bo celem człowieka jest być panem natury, — więc kiedy jest jej sługą i niewolnikiem, ona, której przeznaczeniem jest podlec jemu, tj. być niewolnicą jego, niby przybiera gest buntu, postawę zbuntowanego anioła, chcącego ducha ujarzmić. Szatana tak samo rozumiemy w stosunku do Boga wszechmocnego.