Tyle co do samej rzeczy serio uważanej. Każde serio ma swoją sprzeczność, swoje buffo na świecie tym — otóż szarlatanizm tu wystąpi z czapeczką i dzwoneczkami bufona. Interes, chęć próżności, chciwość wyskoczą jak arlekiny, i ziemię obiegać będą w Boga imieniu. Prawdziwa historia pana Towiańskiego taka, o ilem mógł się o niej dwiedzieć, — lecz nie myśl, że od naszego poety, co krótkie miecze Rzymian rodzi za pomocą strof 8-mio wierszowych, — nie, skądinąd — od Witolda289. Ów prorok był urzędnikiem w Petersburgu, tam czworo dzieci zostawił, sam z żoną się wybrał i szedł przez Litwę, aż przybył w Poznańskie, tam osiadł na czas i opowiadał swoje słowo. Założył towarzystwo tajemne dam, którego celem być miało przyspieszenie przyjścia ducha, ale wymagał od nich, by się spowiadały jemu, jakby księdzu katolickiemu, i wszystkich tajemnic swoich go panem uczyniły. Stało się; wtedy zaczął sypać im zdradne słowa w uszy, grozić wydaniem tego, co się był dowiedział, słowem, za dotrzymanie sekretu żądał nagrody. To jego misje w umyśle owych dam w niezmierne podejrzenie, a wreszcie i ohydę podało. Więc ruszył dalej i przywlókł się z żoną do Paryża! Pamiętaj, że czworo dzieci jest w Petersburgu! Ta familijność, rozciągniona z jednego końca po drugi Europy, przyznasz nie jest linią matematycznie prostą, weź tylko mapę, a zobaczysz, że strasznie labiryntnie krzywo po niej! Eccolo, — i ja powtórzę: chi lo sa!290 Tak więc obudzone we mnie marzenie, tym, żeś Ty mi o nim napisała, musiało upaść pod szczegółami, o którychem dziś się dowiedział. Jednak trzeba na tym świecie zarazem i niczemu nie wierzyć, i wszystkiemu. Na tym świecie, mówię, bo nad tym światem, jedna tylko droga: wszystkiemu. Trzeba tu umieć nic za wcześnie nie odrzucać, a zarazem niczego łapczywie nie chwytać — mądrym być trzeba, szczególniej kiedy głos boży od bieguna idzie! Obacz tego człowieka, — przeniknij go wzrokiem, — wpij się w jego duszę odgadnieniem Twego ducha, ale nie polegaj na mimice jego i strzeż się!
194. Do Stanisława Małachowskiego
Münich, 1841, 7 decembra
...Ogniwko złote, w wielkim brązowym łańcuchu, tarte twardymi braćmi wreszcie rozkruszyć się musi, rozpłynąć się. Ale gdzież proszeczek ten, idealnie lekki a złoty, wiecznie osiada? Oto właśnie na chropowatościach, ostrzach, skazach, szczerbach tamtych ołowianych i żelaznych ogniw. I tak pracą powolną, wiekową, z brudu, z męki, wreszcie ze skonu szlachetnych, łańcuch cały głupich i niegodziwych się pozłaca. Bohatery, mędrcy, sprawiedliwi, ofiary, kochani mrą, roztapiają się, wołając: „Czemuś opuścił nas, Boże!?” Ale ludzkość ich myślą myśli, ich czynami się wzmaga, ich pięknością pięknieje; aż wreszcie, przez zaofiarowane i poświęcone wielkie osobniki urobiona, odpłacać się zacznie osobnikom, bo każdemu da byt duchowy, godność i rozum i szczęście — ale to na końcu drogi, drogi, u której wstępu stoimy. Indywidualność każda, czy chce, czy nie chce, poświęconą jest. Śmierć jest to nóż ofiarny, który ją zarzyna dla całej ludzkości. Ale to logika tego planety, to pozytywizm tej strony grobu tylko; za to, na tamtej, każda indywidualność nieocenionej wartości nabywa, bo jest nieskończenie nieśmiertelną i w duchu bożym, jako cząstka tego ducha, ale cząstka, mająca wiedzę, że jest cząstką, utrzymaną wiecznie przy wiedzy tej, zatem sobie samej już na kształt całości wyglądająca, i będąca istotnie całością!
Cóż to jest całość? Rzecz, złożona z innych, ściśle z sobą spojonych i pogodzonych! Dusza nasza taką jest, bo ma tę cudowną siłę rozkładania się przez sumienie na dwa, i łączenia się znów w jedność. Trójca boża w niej odbita. Co chwili myślą myślisz nad sobą, wiesz o sobie za pośrednictwem myśli: trzech was w jednym, zatemeście całości ducha! Cząstka tylko przepaść może, bo, spotkawszy się z drugą, trzecią itd. cząstką, wiąże się z nimi i w całości jakiejś, której była oderwanym członkiem, przepada. Lecz to, co już z siebie całym dopełnionym, wewnątrz siebie samego rytmicznie żyjącem jest przez wiedzę, jaką ma o tym życiu swoim, to nie może przepaść, to się tylko rozwijać dalej w nieskończoność może! Więc w istocie jako ludzie planetarni żyjem poświęceni w wielkim doczesnym panteizmie ludzkości; jako duchy, jako ja każdego z nas, żyjem znowu udzielni, nieśmiertelnie tym ja obdarzeni, poza grób przeciągnieni, jak promień, który wiecznie podnosi się ku Bogu. Na planecie więc jest miejsce pokory i śmierci naszej — za planetą miejsce dumy i nieśmiertelności naszej. Dwoma wiecznie kierunkami bieżym w jednego wszechpięknego Boga, w jedną Sprawiedliwość, w jedną Mądrość cudowną. Jako cząstka ludzkości, widoma i rozrywalna, posuwa się ku ostatecznym jej celom, a te są: rzeczywiścić na planecie królestwo niebieskie dobra, czy przez dalsze podbicie natury, czy przez dalsze rozgoszczenie się ducha miłości w piersiach ludzkich. O ile jesteśmy na świecie tym, o tyle się staramy, by ten świat stał się podobny bożemu, wszedł w stosunek ściślejszy z bożym, to jest z tym, z którym sojusz nieśmiertelności naszej indywidualnej nas sprzęga na wieki wszystkie nasze dalsze. Za życia więc tu nic innego nie czynim, tylko gotujemy sobie samym na później coś boskiego, punkt jakiś boski w przestrzeniach, by nam, umarłym i nieśmiertelnym, było na co spojrzeć i z czego się radować i w czym rozkoszować, by wszędzie nam niebo było. Lecz właśnie dlatego, że, będąc w sobie całością, niczyją inną, jedno Boga, wszechrzeczy cząstkąśmy, a nie planety tego lub owego, nie do tego punktu skuci lub tamtego, ale wszystkich panami; zatem musim przestać przez śmierć wygrywać rolę cząstki ludzkości, a zacząć na większej scenie wygrywać naszą prawdziwą, istotną, to jest musim my, nieśmiertelne całości, zacząć po wszechświecie mieszkać jako cząstki, ale tylko Wszech-Boga! Jako w pierwszym kierunku, nosząc ciężkiego ciała żałobę, musieliśmy służyć planecie, planetarnemu rozwijaniu się, tak w drugim to rozwinięcie planetarne nam kiedyś służyć będzie musiało; to jest: ziemia, doprowadzona do najwyższej przemiany swojej, będzie cząstką nieba naszego. Zatem my syny nieba, a zarazem na niebo nasze pracujem!
Pytasz, czemu wszyscy równo nadgrodzeni, a nierówno zasłużeni? Wiele zasłużony ma już w sobie nagrodę swoją, bo wzniosły duch każden wzniosłość własną musi mieć już w sobie za pyszny dar lub święty wyrób i w tym wyrobie lub darze już kocha Boga, już czuje Boga: więc, w tej miłości wyższej ku Bogu żyjąc, doznaje jej rozkoszy! Dalej, kto może opowiedzieć, jakim sposobem mniej zasłużeni jeszcze później się zasługiwać muszą. Eccolo ignorantes sumus291 w tym! Ale wiele tajemnic pryśnie, i myślę, że może jeszcze za dni naszych. Objawienie Syna Bożego, objawienie praw Ducha nie powtórzy się, już dopełnionym jest, i, co duch nasz tutaj, znamy; ale drugie potrzebne a nie dane, bo Ojciec niebieski nie umie opuszczać, a to się tyczy sfer natury, która, nim poznana, bywa zawsze szatanem, człowiekowi, a gdy on ją ściśnie w ramiona, i przymusi powiedzieć imię swoje ukryte, staje mu się wnet cudownym aniołem, i podbitym aniołem. Tak ogień, woda, para dotychczas; ale elektryczność, ale światło, ale magnetyzm, czyli cały system nerwowy natury? Zbliżamy się do wielkiego odkrycia magnetycznego, które nas połączy z wszechświatem przez widzenie w odległości, i może z światem dusz umarłych, a na tym planecie stworzy nowe źródła bogactw dla klas, które inaczej do buntu gotowe, pożrą wiek nasz z wewnątrz tak, jak barbarzyńcy pożarli Rzym z zewnątrz i duch ludzkości przez to objawienie w okręgu natury rozszerzy się, jakby drugi raz przemówiło słowo boże. Ale dość o tym, masz nad czym zabawić się lub zanudzić. Odpisz tu!
195. Do Juliusza Słowackiego
Münich, dnia 28 lutego 1842 r.
Pismu się nie dziw! Tak piszą ci, których głowa już w ciemnościach grobu leżała. Dziewiętnastego lutego, w samą chwilę dobijających mi lat trzydziestu, dwoma rażony apoplektycznymi w mózg piorunami, padłem, jak Ci powiadam, głową w grób. Dwa razy puszczona krew przywróciła życie, odtąd piszę tak. Jam ledwo co nie umarł, a Konstanty umiera na zgniłą gorączkę! Już od trzech tygodni leży i co dzień gorzej. Pomnij, Julu, jak mi dobrze jest, a to wszystko spadło na mnie wśród najwyższego stanu umysłowego ze wszystkich, których kiedykolwiek w życiu doznałem. Odkąd pisałem o regencie do Ciebie, życie moje jedną było godziną: lało się, płynęło, buchało, coś przemieniało się we mnie, czułem w sobie coraz głębszą głąb, coraz jasnowidniejszy ton, i garściami błękitu z tej przepaści mógłbym był rzucać w świat; ale to tragicznem w moich losach, że, ile razy duchem sięgnę w górę, grom z tej góry spada na ciało moje, i farewell, king292! Trudno mi pisać, bardzo, bardzo: za każdym słowem koło serca mdło, a tysiąc cieniuteńkich szponów zatapia się w mózg, jakby włos każden stał się ostrzem, rosnącym wgłąb i przenikającym aż na drugą stronę mózgu. Do tego smutek, rozpacz! Konstanty umiera, siedzę przy nim, już mnie nie zna, śpi ciągle; gdy się ocknie, błąka się myślą już nie po tym świecie. Forma jego leży zżółkła jeszcze w łóżku tym, ale on, gdzie on? Czy już w Bogu? Więc dobrześ uczynił, Julu, żeś sobie przypomniał tych dwóch, którzy Cię kochali, a z których jeden odchodzi, a drugi waha się, a przed tygodniem już był zupełnie odszedł i, przez trzy kwandranse gdzie był, sam nie wie, tylko to wie, że dostał toporem wewnętrznym w głowę, że to cięcie rozerwało mu na dwoje sen rajski, marzeń tysiąc, rozsypało całkiem grupy form, świat cały, planetę wnętrznego, nowo-narodzonego z światła i płomieni, rozbiło, i że padł, taking the measure of grave! Więcej nie mogę, musisz poczekać, aż wieczór przyjdzie ktoś do mnie, który pisać będzie pod moim dyktowaniem, bo, choć słaby i nędzny, wiele rzeczy chcę Ci powiedzieć, chcę Cię, jeśli zdołam, wyrwać z melancholii, bo nie czas na nią teraz, a więc do wieczora!
Dał Bóg chleb, zębów nie dał — dał potęgę, ale cóż kiedy palca ściągnąć do pióra nie sposób. Tu przybyłem po Sołtanowe serce, to szerokie, wielmożne serce, i sercu lepiej memu z nim. Pisz ciągle do Münich, bo, jeśli wyżyję, to wrócę tam, kamień grobów mu zostawić i pokończyć interesa, po nim pozostałe, a potem do Kissingen. Źle ze mną; jeśli zginę, co po moim duchu się zostanie, rąk Twych dojdzie, pamiętaj! A ostatnią wolą moją jest, byś nie tracił życia na nędzne zgryzoty, ale na wielkie gotował się bóle, a po nich na wielkie wzniesienie. Bądź mężem z białego marmuru! Zrzuć z piersi nogi rubensowych Madonn, żyj, a, gdy mnie już nie będzie, wspomnij mnie!