Zyg.
196. Do Stanisława Krasińskiego
1842, 18 marca, Münich
Mój drogi Stasiu!
Tysiąc dzięków Ci składam za Twoją przyjaźń i pamięć dnia 19 lutego. Pamiętasz — w rocznicę tych fortec, zdobywanych w dzieciństwie i tych kuglarzy, sprowadzanych na urodziny moje, uderzony zostałem dwoma apoplektycznymi rzutami krwi, które mnie mało co że o zgon rychły nie przyprawiły. Puszczeniem krwi uratowan — później wód Kissingskich piciem na nogi postawion i już daleko lepiej, doznałem najokropniejszych wrażeń moralnych i znów mnie one mocno zaszkodziły. Biedny Konstanty293 albowiem, który już od miesiąca leży w łóżku, 9 marca konać zaczął i doktorzy mu tylko kilka godzin życia dozwalali, więc nocą po księdza biegać musiałem i widziałem, jak olej ostatniego namaszczenia spoczął na tych, tyle kochanych przeze mnie, powiekach. Gromem mi w nerwy był ten widok. Znów się rozniemogłem cały — lecz dzięki Opatrzności wszechmogącej i której wyroki nie pilnują się rachub lekarzy, po trzech dniach ciągłego konania na tyfus snadź zwyciężył jego organizm i śmierć, już stojąca obok, odeszła od łoża jego — został się żywy na nim, ale strasznie osłabiony i nawet dotąd zupełnie podług prawideł sztuki, z niebezpieczeństwa nie wybrnął, lecz według nadziei serca mego zda mi się, że go Pan ocalił — i dzięki, dzięki Panu, bo z nim połowa i umysłu i serca mego byłaby zeszła pod ziemię, w zimno grobu! Piętnaście lat wspólnych myśli, rozumowań, uczuć byłyby odeszły ode mnie. Dzięki Panu, dzięki — czekam tylko, aż mi doktor powie, że zupełnie z niebezpieczeństwa wydobyty, by stąd natychmiast wyruszyć. Zaraza w tym mieście szeroka — umierają licznie, pogoda wściekła, jak żyję takich burz nie widziałem. Wyruszę zatem zaraz po świętach, jeśli Bóg pozwoli, ku północnym Włochom, lecz jeśli zechcesz do mnie napisać, pisz zawsze tu, a list mnie dojdzie bez chyby.
Straciłeś dziecię — aniołem jest w niebie. Co myślisz lepszego: czy nieszczęśliwym być człowiekiem na smętnej ziemi, czy sługą bożym w królestwie bożym? Za dziećmi umierającemi płakać, to płakać nad sobą, nie nad nimi, bo im życia los oszczędził — zatem próby ciężkiej, i dał zaraz to, czego my się dorywać musimy, trudem i bólem, niepowodzeniami, widokiem i doznaniem wielu złego i nikczemnego. Dziecię Twoje, Stasiu, dziś modli się o Ciebie w niebiesiech. Niech ta myśl żal Twój ukoi. Wierz mi; choć śmierć jest straszną chwilą, może życie straszniejszym jeszcze w pewnych czasach. Tobie osobliwie takowa strata bardzo dotkliwą być musiała. Pamiętam kiedyśmy dziećmi jeszcze bawili się po trawnikach ogrodowych, domowych, już wtedy w Tobie leżał zmysł ojcowski i do przyszłych, nieurodzonych dzieci Twoich przywiązanie. Raz, pamiętam, jakbym Cię dziś słyszał, gdym Ciebie się pytał, czemu sobie nie folgujesz po studencku po akademicku, słowem, czemu nie hulasz, jak to nasza owoczesna generacja cała, Tyś mi odrzekł poważnie: „Chowam siły moje dla dzieci moich”. Możeś miał wtedy lat 16 — nieprawdaż, Stasiu mój? Więc czuję i rozumiem, jak dalece to nieszczęście musiało rozranić Ci duszę, ale ufaj w Boga — mieć jeszcze inne będziesz, które wychowasz na ludzi i poczciwych, i zdrowych, i zacnych. Nie każda kolebka zamienia się na trumnę w domu Twoim — owszem, obaczysz, ród dzielny i siły pełen rozmnoży się z Ciebie, mam najgłębsze przekonanie tego. Od kiedyś się ożenił294. ni Ty do mnie, ni ja nie pisałem do Ciebie. Racz moje uszanowanie, choć nieznany jestem Jej, żonie Twojej złożyć. Powiedz mi, czy Karol szczęśliwy; on także oniemiał, od kiedy dostał tak rozumnej żony — uściskaj go serdecznie ode mnie i powiedz, że czasem napisanie listu do mnie z ufnością dawnych czasów w niczym by nie ubliżyło małżeńskiej wierności. Powiedz, co i Adaś porabia? Jedyna wieść o nim doszła uszu moich, to była, że niemiłosiernie upił się chłopak na weselu Karolowym. Lepiej by był uczynił, gdyby książkę jaką przeczytał. Pilnujcie wy jego, by nie wykierował się na reprezentanta nowej generacji, zakochanej w kartach szampanie, śledziach holenderskich i nicości umysłowej — szkoda by było duszy jego i imienia.
Kiedy mnie znaglasz do powrotu, nie zważasz na stan zdrowia mego; chciałem spróbować, czy mi się uda przezimować z tej strony Alp — patrz, jak mi się próba udała: mało, we mnie się krew tak nie uspokoi, na północne pogody narażać się nie mogę.
Raz jeszcze dzięki Tobie za pamięć. Wiesz, że Cię kocham, jak za dni wspólnych dzieciństwa; co u wstępu do życia w sercu ugrzęzło, tego nic później oderwać ni wygluzować nie zdoła. Tak i związki nasze — przyjaźń nasza; tym złóż uszanowanie moje i Matce.
Twój na zawsze Zyg.