Bazylea, 9 kwietnia 1842
Od czegóż zacznę i na czymże skończyć muszę, o mój Konstanty! Już od imienia tego serce mi pęka. Słuchaj pogrzebowego opowiadania!
Trzech nas było przed dwoma tygodniami jeszcze, trzech dawnych, z dzieciństwa połączonych razem, teraz dwóch tylko — Ty i ja! List mój ostatni był do Ciebie, zda mi się, w decembrze. Przez cały styczeń ogarniony nadzwykłem natchnieniem żyłem tak, że mi jedną godziną, snem jednym, był ten miesiąc cały! Drogo losom zapłacić miałem za tę rozkosz ducha. Dzień cały nad stolikiem, a wieczorem u Konstantego mego drogiego, ah, pogrzebanego już! Nie uwierzysz, jaka w nim była się, szczególnie w ostatnich tych latach, ocknęła potęga; z uwielbieniem słów jego słuchałem. Rósł on na jednego z pierwszych w Polsce. Muzykę był porzucił, wziął się do pióra; co w duchu długich lat pracą nagromadził zewsząd, to teraz wylewał i świat tworzył, ogromny, nowy, pełen energii i niepomyślanych od nikogo pomysłów. Noce nam schodziły na wspólnych rozprawach. On mi czytywał w miarę, jak napisał, a często powtarzał: „Zobaczysz, nie skończę”, a ja zaś temu odpowiadał, przecząc; teraz wiem, że prawda i odpowiadam szlochami! On był mi aniołem stróżem, on siłą moją, rozumem rozumu mego, i tak kochał mnie, tak kochał, że, przez wszystkich opuszczony, byłbym jeszcze nie skarżył się, gdyby on jeden tylko mi został! A teraz, teraz co?
Zaczął się luty i on jakoś źle się czuł; mnie jeszcze nic nie było. Wtem i mnie krew strasznie zaczęła tłuc w głowę, jemu coraz gorzej; wreszcie się kładzie, woła lekarza. Lekarz mi oświadcza, że to tyfus i że on już ma wrzody we wnętrznościach. Dziewiętnastego lutego, w sam dzień i godzinę mych urodzin, sam dostaję apoplektycznym buchem krwi w głowę i padam, jak długi, krew mi puszczają; w wieczór raz powtórny padam na posadzkę, znów krwi upust mnie ocala. Przez kilka dni bardzo źle ze mną, wreszcie wracam do pewnych sił; zresztą i zapomniałem o sobie, w niego zatapiam się cały. Ta, która go kochała, jedna z najrozumniejszych i najmilszych kobiet na świecie, i ja, we dwoje, już od tego łoża nie odstępujem295. On wciąż prawie bez zmysłów, czasem jednak nas poznaje. W nocy z dziewiątego na dziesiąty marca już lekarze mu tylko sześć godzin życia dają. Biegnę w tę noc straszną, w burzę tę wściekłą, burzy nie słysząc, na drugi koniec miasta, po księdza. Przybył kapłan z Panem Bogiem. Konstantemu o tym mówię. „Czy już czas?” tylko się zapytał z uroczystą spokojnością. Klęczałem tam, widziałem, jak hostia, niezmiernie biała, zstępowała ku tym ustom kochanym, i olej ostatniego namaszczenia na tym czole ujrzałem. Pękło mi serce, i jej też, jej, co tam stała, nieodstępna, czujna, wierna, kochająca, piękna! Jednak śmierć sfolgowała, chciała nam przed ostateczną rozpaczą dać ironię nadziei: po konaniu trzydniowym zaczął się lepiej mieć. Do dwudziestego lepiej to trwało, nam już dusze lekko biły w piersiach z wesela; lecz znów choroba zaczęła swoje, z wnętrzności na gardło się rzuciła, gangrena wdała się, i dwudziestego siódmego marca, o czwartej z południa, w sam dzień Zmartwychwstania Pańskiego, otworzył oczy, zamknięte od dawna, spojrzał w górę, w niebo, w Boga, i westchnął lekko, bardzo lekko! Tym westchnieniem wśród nas, śmiertelnych, przemienił się na nieśmiertelnego, i wnet czoło jego, to piękne, myślne, szerokie, pamiętasz — opadło, i twarz stała się cudownie do chrystusowej podobną. I oto ja sam zostałem na ziemi!
Taki napis na jego grobie pod 85 arkadą cmentarza w Münich:
Konstantemu Danielewiczowi.
Wśród najwznioślejszych w Polszcze umysłów Wzniosłemu.
Wśród najszlachetniejszych serc Szlachetnemu.
Oficerowi ostatnich wojsk Polskich.
Przeszytemu kulą, gdy szedł na bagnety pod Ostrołęką.