,,Malheur à la mère qui”, — tak mi się trzęsie ręka, że ledwie pisać mogę, — „Malheur à votre mère qui vous a mis au monde, malheur à moi qui vous ai engendré, malheur à la femme qui vous a épousé, — malheur à vous-même356”. Dopiero co takie słowa słyszałem od ojca — już od kilku dni zbierała się burza. Wczoraj przed Elizą mi powiedział: „Vous êtes un egoiste qui, pour cuire son oeuf, brulerait la maison de son meilleur ami357. Jam tylko tymi słowy odpowiedział: „Czy papa w sumieniu swoim o tym przekonany?”; „Przekonany” odparł mi. „Więc nasze zdania się różnią” rzekłem wtedy. Rozgniewany, wyszedł i położył się w łóżko i dzień cały leżał. Dziś rano poszedłem do niego. Oskarżał mnie o niesłychane rzeczy, z czego wypada wszystkiego, żem lord Byron, szelma, gałgan, bez serca, kiep fizycznie i moralnie, a w końcu frazes, przytoczony na początku, mi powiedział. Lecz niesprawiedliwym byłbym, gdybym zostawił Ci najleksze dorozumienie, że do tego w czymkolwiek ta panna358 się przykłada. Owszem, za to prawie znienawidziła mego ojca. Wczoraj jeszcze jej tłumaczyłem, bo żądała koniecznie tego, że nie mogę jej kochać, że są chwile, w których nawet ona mi piekielne sprawia wrażenie i ból nieskończony, i że łzy moje te częste od niej pochodzą, — że nigdy nie myślałem, by w niej było uczucie najmniejsze ku mnie, iż sądziłem, że chce uwolnić się od Freg359., — nic mniej ani więcej. Wtedy smutną się stała i obiecała, że odtąd będzie starała się być dla mnie tylko, jakby być mogła stara, 80-cioletnia panna, a dziś po tej scenie oznajmiła mi, iż doskonale rozumie, iż mnie jest nieznośną i że była, choć mimo woli, mego życia całego nieszczęściem, że prosi mnie tylko o to, bym ostatecznie jej nie znienawidził i bym jak najprędzej do Prus jechał i tam odpoczął. Piszę Ci te wszystkie szczegóły, Dialy droga, tylko na to, byś wiedziała, w jakim ja położeniu, jak się życie moje odbywa, i z jednego dnia pobytu mego tutaj domyśliła się innych wszystkich. Rzeczywiście, dziś, słysząc, co mi ojciec mówił, tylko żal głęboki mi się jego robił, bo zdawało mi się, że w obłąkaniu mówi.
Co to za zima będzie, co to za zima! W końcu końców ta panna szlachetną jest istotą! Co za szał ją ogarnął, że chciała, chciała, chciała mimo wszystkie przestrogi i moje, i cudze, to zrobić, co zrobiła! Nic mi nie pozostanie, tylko względem niej być szlachetnym zawsze najszlachetniej, a co do serca, wie ona dobrze, że nigdy mojego nie może mieć i już przystała na to; serce raz się daje, nigdy więcej. Bóg widzi, że ten raz jeden, raz ten uroczysty, wiążący duchy na zawsze, stał się już dla mnie, stał się i trwa na wieki! Jeszcze czasu trzeba, czasu męki pewnego, nim znękany i osłabły i już konający przetnę to położenie. Konanie jest olbrzymią siłą, rozpacz jest potęgą, bo śmierć za nią przybywa, albo wraca życie! A śmierć jest dobrem, i życie jest dobrem, oba to dary boże! Tylko wahanie się między jednem a drugiem jest męczarnią! O moja Dialy, mój drogi aniele, biedny ja bardzo, lecz czasami śród najgłębszej rozpaczy staje się na chwilę poważnie i mądrze w duchu moim i wtedy z tej chwilki, jak z ganku, zawieszonego zewnątrz rzeczywistości dni moich, patrzę okiem umarłego już a wiele wiedzącego na cały żywot mój, i czuję, widzę, wiem, że tylko przy Tobie byłem istnie szczęśliwy i nim być mogę! Bo Ciebie ukochałem całym sercem i umysłem moim, przywiązałem się do Ciebie, jak do domu jakiego nieziemskiego, w którym na zawsze słodko i dobrze było. Co mi inni wszyscy dać mogą? Nic, żeby najpotężniejsi, to jeszcze nic, bo od nikogo nic nie żądam, nic nie przyjmę, nic nie chcę. Ty tylko możesz mi wszystko dać, tak, wszystko, boś dla mnie wszystkiem, bo kocham Ciebie! Bo razem chadzali my po drogach życia, bo razem byliśmy młodzi oboje, natchnieni, niebiescy! I nie w mocy już niczyjej na ziemi stworzyć sobie ze mną tę przeszłość, którąśmy razem mieli! Nie tylko serdecznie, uczuciowo, ale i logicznie, koniecznie, nieubłaganie przywiązanym do Ciebie. Jak zasługa po czynie dopełnionym, tak konieczną jest miłość moja! Jest, bo jest, bo musi być! Kto akord potrafi złożyć z innych nut od tych, które ten właśnie akord składają? Kto zdoła uczynić, by cztery nie następowało po 3-ech i nie składało się z dwóch do dwóch dodanych? Taką liczbą, takim akordem jest to, co na wieki połączyło mego ducha z Twoim!
Dokończę listu tego w Toruniu pojutrze.
Toruń, 14-go oktobra. Wyjechałem o 11-tej wczoraj, a tu o 3-ej z południa stanąłem, dopiero co. Drogi, o których straciłaś wyobrażenie! Kocz nieśmiertelny prawdziwie dowodzi nadziemskiej siły swojej; że nie pęka co chwila, to cud. Niektóre kawałki drogi z Uriage do Vizille, tam, gdzie zsiadałaś z Orciem, podnieś do potęgi setnej, pomnóż przez tysiąc razy, a będziesz miała owe piaski, błota, kamienie i korzenie, po których się tłukę od trzydziestu godzin. Po skończeniu listu tego pojadę dalej, jutro wieczorem zapewne stanę w Wierzenicy.
Stąd temu dwa miesiące, dzień w dzień, pisałem w nocy do Ciebie, a było to w miesiąc po pożegnaniu się w Sens! Więc jutro trzy miesiące mija. Bóg świadkiem, że rzadko człowiek na ziemi nieszczęśliwszym był ode mnie przez ten cały przeciąg czasu. Boże Wielki! Od 15-go lipca przez cóż ja nie przeszedłem? Gdy spojrzę na te dni wszystkie, zda mi się, że piekło otwarte widzę przed sobą. Zda mi się, że to nie sposób, bym dotąd żył. Czemuż ani śmierć, ani nerwowa gorączka, ani mózgu zapalenie lub serca dotąd mnie nie odwiedziło? Straszną walką walczę przeciw rzeczywistości od trzech miesięcy — od wieków trzech, bo te trzy miesiące wydają mi się nieskończonością cierpienia! Walczę z ojcem, który by chciał, bym przynajmniej udawał, tj. que je garde certaines convenances360, przeciwko tej pannie walczę, która prosi się przynajmniej o bez-wstręt, o jakąkolwiek przychylność, a ja dać jej nie mogę, nic dać, prócz łez i konwulsji i przekleństwa, jeśli nie głośnych, to buchających z ócz mi wzrokiem, z ust jękami; walczę przeciw światu, który ogłasza, że źle robię i w cnocie swojej mnie potępia w Warszawie, lub też plotki zbiera, mnoży, wynajduje, i nimi puginałuje mego ojca, skoro do Warszawy przybędzie. Tak, zewsząd tylko biję się, biję na zewnątrz, a rozdzieram się wewnątrz, tym wewnątrz, żem daleki od Ciebie. Nic bym nie żądał na świecie tylko procentu z 40 000 fr. na rok i chaty w Nicei i oglądania Ciebie co dzień, nic więcej, nic więcej już nie żąda ten, który tylekroć tyle żądał, śnił, chciał! Wszystko, prócz serca, jest kłamstwem, goryczą, trudem, konaniem! Gdzie serca nie ma, tam nic nie ma, choćby wszystko na pozór było, a gdzie sercu zadość się dzieje, tam niczego więcej nie potrzeba. Powiadam Ci, te trzy miesiące wydają mi się piekłem. I co będzie dalej? Kto pierwszy padnie ofiarą tej walki strasznej? Czuję, że ja, bo sił mniej co dzień, a co dzień więcej rozpaczy, wstrętu, bólu, nudy, braku życia! Żyję tylko w przeszłości, i nic, nic, nic już iskry żadnej nie obudzą we mnie, obalonym i zdeptanym! O, wierz mnie, Tobie lepiej, niż mnie, Ty sama jesteś!
Otom wyrwał się na dni kilkanaście, by wytchnąć, by odpocząć, ale ściga mnie to wszystko, do czego będę musiał wrócić, rozdłużyłem tylko trochę łańcuch mój. O, gdyby przynajmniej na miesiąc mnie byli dali paszport, kto wie, czybym nie był poleciał do Melun? Temu rok w Nicei byliśmy, temu dwa dni, jak byłem przyjechał z Genui, piechotą chodziliśmy po tych łączkach zielonych za domem, a dziś co? Oto Toruń zamiast Genui, chmury zamiast słońca, rozpacz zamiast Ciebie. Ty obaczysz, ja niedługo pożyję już, może to zima ostatnia moja, bo i nie chcę żyć, nie chcę! W tych dniach, przewracając stare, odwieczne papiery, znalazłem ten maleńki kajeciczek, który pisałem, mając lat 6. Wziąłem go i ślę go Tobie, bo wiem, że Cię roztkliwi serce Siżysa sześcioletnie, bonę swoją kochające i dedykujące jej un conte de Fée361 — ortografia Cię zabawi. Czasem zabawnie widzieć, od czego się poczynało to, co znamy rozwiniętem i dopełnionem już. Około tychże samych czasów tańcowałem z Tobą! Augustowi zaś oddam dla Ciebie Listy z Krakowa362 (tom 1), estetykę podług wyobrażeń niemieckich dzisiejszych zawierające, pięknie pisane, czasem za szumno, ale za to znów czasem doskonale. — Kazanie Trynkowskiego, Życie Kaliksty, moje kawałki angielskie i francuskie z Genewy, z „Biblioteki Warszawskiej” Libelta, znakomitego pisarza z Poznania, o Literaturze niemieckiej. Da Ci to wyobrażenie ruchu umysłowego w tej stronie Polski, zobaczysz, że rośniemy. Wiele jeszcze do żądania, bo mniej więcej estetyka na przykład cała ta jest naśladowaniem heglowskich teoryj, wszakże przy tym religijności pełna, co ją stawia wyżej od Niemców i barwę polską jej nadaje. Wszędzie, gdzie byłem od dwóch miesięcy, w Koronie i na Litwie, szukałem coś takiego, czem bym mógł obarczyć Augusta363 dla Ciebie; śniło mi się o futrze jakiem lekkim i ciepłem, coby zdało się Tobie w zimie, ale nigdzie nic nie znalazłem w tych puszczach, po których siedziałem, wilczury albo kożuchy, nic innego nie było; już chciałem kaszy Ci posłać, to znów kukurydzy, to znów kamyczków z pola, bo nic, nic innego nie było!
Tak, tak, temu dwa miesiące tędy przejeżdżałem. Jak mi sił stało tu powrócić? Co mnie utrzymało przy życiu? Pewno nie miłość życia. Zapewne to, że znów ujrzę Ciebie. Dziwna rzecz: skoro wyjadę od tej panny, staje się ona dla mnie, jakoby nigdy nie istniała, nigdy, aż znów ją obaczę, nie przychodzi mi myśleć o niej, czuję tylko w piersiach głuchą rozpacz ciągłą, bo moja dusza wie, że tam ona jest, gdziem ją zostawił, i że wrócić trzeba do tego miejsca. Lecz o niej samej, jako o istocie żywej, nic nie wiem. Tak i teraz, cały jestem w Sens, w Aix, Grenoble, Uriage, Paryżu. Wszystkie godziny drogi, w dzień, czy w nocy, upływają mi na fantasmagorii snujących się miejsc, nam wspólnych. Ciebie widzę i słyszę wciąż. Ileż to razy powtarzam wszystkie poczty nasze, lub daty, czasem wypadające z pamięci, chwytam nazad i stawiam w sercu! Wczoraj wziąłem „Debaty364” z sobą na drogę i czytając, że Nemury365 były u Najśw. Panny de Fourvières, rozpłakałem się w koczu. Prawie nigdy „Debatów” bez łez w oczach nie mogę czytać, to faktum, bo zaraz śnią mi się Champs Elisées lub Mathurins itd., itd. Łączę tu nowy anons autora Prodromu. Racz książkę tę przeczytać i zdanie mi o niej, o ile będzie można, powiedzieć. Podobno w całych Włoszech bandy polityczno-rozbójnicze, — nawet w Sardynii; — gdyby to potrwać miało, to odwlecz wyjazd do Nicei. P. Amorowski366 żałował, że mnie nie widział, i pojechał do dóbr swoich; mnie także bardzo żal, ale cóż robić? O! Twoja perła czarna, Twoja perła, jakże piękna i smętna! Już ją nosić będę zawsze teraz, choć w podróży, mam ją na chustce. O aniele mój, aniele, wszak Ty często myślisz o mnie? Wszak często przed Chrystusem modlisz się za mnie? Wszak Ty wiesz, o ilem nieszczęśliwy, i za to przebaczyłaś mi łez Twoich wiele? Całuję stopy z brązu Chrystusa, przed którym wespół z Tobą w Aix klęczałem 24-go czerwca w wieczór. Powiedz mi, wszak Orcianki nie rzuciłaś ubogim, wszak ją zachowałaś na pamiątkę najuboższego z ubogich, bo dalekiego od Ciebie? Ręce i stopy Twoje oblewam łzami. Kocham Cię, kocham, kocham, i teraz i na wieki Twój jestem. —
Biedny Zyg.
220. Do Delfiny Potockiej
16-go now[embra], 9-ta w wieczór, 1843, Warsz[awa]