Aniele mój! Wczoraj pisałem pod kopertą Rotszylda do Ciebie. Czekam na kogokolwiek, coby jechał z miasta, może mi co od Ciebie przywiezie; już 7 dni, jak nic nie mam do Ciebie. Pani Arturowa353 tu wciąż, całe dni siedzi z siostrzenicą i o zmarłym mówią, więc mi lżej, bo ja całe dni to u siebie siedzę, to w polu, a gdy pójdę w pole, nogi ni ochota nie służą, więc psy puszczam, strzelca puszczam, sam się kładę pod drzewem lub kamieniem, bo rzadko drzewa na tych błoniach, albo, jeślim bliski Chrzanowa, zachodzę do tego Kocha, o którym Ci mówiłem, i tam kładę się na kanapę, trochę z nim pogadam o Napoleonie, potem umilkam i czekam zamyślony, aż słońce rozczerwieni się na szybach okien. Gdy widzę, że już na dobre zachodzi, wybieram się z powrotem, siadam w bryczkę, każę tęgo pędzić, skaczę pod gwiazdy i opadam w przepaść siana, wreszcie przyjeżdżam, u siebie jeszcze bałamucę, jak mogę, potem idę do salonu. Tam z tymi damy i ojcem siedzę, jak mruk, ubrany w kaftan nicejski i grenoblową burkę, bo już zimno, i tak do 10-tej, do 10½, a potem odprowadzam tę pannę ze dworku, gdzie mój ojciec, do zamku gotyckiego, gdzie ona mieszka — wtedy to rzadko się obejdzie bez gorzkiego uśmiechu lub łez moich. Nic odpowiedzieć innego nie mogę na jej się zapytania, czy admiracje, czy naiwności, czy oświadczenia, i dobranoc jej powiadam i odchodzę sobie, a gdy przyjdę do mego pokoju i zamknę się i zapalę cygaro i przez okno spojrzę w noc tę wielką, co mnie otacza, wtedy to wołam na Ciebie i przypomina mi się ta straszna strofa, zawierająca proroctwo straszne, którąm kiedyś Ci napisał, pamiętasz?

I dla mnie rozdział jest godłem kochania,

Bom ile razy w życiu nienawidził,

Los ze mnie wtedy połączeniem szydził, —

I, gdziem przeklinał, nie było rozstania.

Straszne to wiersze, straszna to divination poétique354. Czyż podobnie aż do bottomless perdition355 wszystko mi się sprawdzi? Podobno, że tak! O, módl się za mną, módl się, Ty, co jedna już na świecie znasz mnie, jakby anioł sędzia, i nie admirujesz mnie, ale wiesz, co dobrego i złego we mnie! Ty, na której sądzie więcej polegam, niż na wszystkich ludzi zdaniu, Ty, coś pełną goryczy, powagi i godności i wdzięku surowego, głębokiego, nadanego Ci przez cierpienie, rozum, serce i natchnienie, połączone razem, Ty, wśród kobiet jedyna i wielmożna duchem, Ty, przed którą czułem się nieraz małym, tak, jak przed Konstantym, choć nigdy przed innymi tego uczucia nie doznałem, Ty, której nic nie zwiedzie, nie przekona, o, módl się za mną!

Za tydzień zapewne pojadę do Knyszyna, tam przez 15 dni nie będę listów miał od Ciebie, bo się lękam, by nie zginęły. Dopiero za powrotem do Opinogóry je znajdę, a 12-go oktobra wyruszę do Wierzenicy. Z dni 10 tam bawić będę i robić interesa majątków moich pruskich, które są bardzo rozgałęzione i zagmatwane. Koło 19-go nowembra będę nazad w Warszawie, i zacznie się ta zima, może ostatnia moja zima na ziemi, bo czuję, czuję, że pękła sprężyna wnętrzna życia mego! A jeśli nie ostatnia, to wieczna przynajmniej, bo wiosny po niej już nie upatruję, chyba, że zdołam ku Nicei jak ptak polecieć — oh, to byłoby wiosną, wiosną, wiosną! Odżyłbym, odtrupiałbym. Nikt mnie nie rozumie, nikt nie pojmie, nikt nie wie, co się we mnie dzieje, czego mi potrzeba, by nie umrzeć. Przebaczam wszystkim, ale sobie nie przebaczę nigdy. Do obaczenia! Twój teraz i na wieki

Z.

219. Do Delfiny Potockiej

Opinogóra, 1843 12-go oktobra