Twój teraz i na wieki
Do obaczenia, do obaczenia, do obaczenia.
229. Do Delfiny Potockiej
18 luty, Warszawa
Najdroższy Consuelo! List Twój z 9-go taki dobry, taki tkliwy, przyszedł w sam czas, kiedy już pękało serce i serce obalsamił. Rozlał po nim spokoju trochę. Tysiąc razy za niego stopy Twoje całuję. Niezawodnie, co dzień jest chwila w dniu, w której doznać muszę wzruszenia olbrzymiego, wstrząśnienia całą moją istotą, ale to wzruszenie bywa albo gromem bolu, albo li też egzaltacją pociechy, błyskawicą jakoby szczęścia. Domyślasz się łacno, że mówię o chwili, w której list Twój odbieram. Lecz przede wszystkiem, jakie bądź on z sobą przynosi wrażenie, pełny list smutku, czy też mniej niebłękitny, świetlańszy trochę, pierwszym on warunkiem bytu mojego, pierwszą karmią życia mego! Gdy już blisko do tej chwili wieczornej, do tej szóstej lub pół do siódmej, opanowywa mnie dreszcz oczekiwania. Niespokojniuję się, jak owe ptaki przed runięciem szczytu góry owej, co naprzeciwko Righi, jak owe konie neapolitańskie przed wybuchem Wezuwiusza, jak owady przed burzą w atmosferze — i trwa stan taki, aż się dowiem od Jana, czy briefträger384 co przyniósł lub nie. Gdy go wołam i pytam, zawsze czuję, że blednę na twarzy, a że w sercu dwa razy krwi tyle. Jeśli odpowie: „nic”, to jakbym zimną siekierą dostał w kark. Jeśli wyjmie z kieszeni i odda list, tedy dreszcz się podwaja. Pierwszem spojrzeniem oglądam pieczątkę, ona mi zwiastuje barwę wewnętrzną skarbu, któremu za klucznicę służy. Potem palcami, latającemi na skrzydłach nerwów, rozdzieram kopertę i zaczynam żyć dawnem życiem, żyć życiem, rozpaczać, płakać lub uśmiechać się z błogiego uczucia, wyciągać duszę, jakby rękę lotną, przejrzystą, ogromną ku Tobie i błogosławić Ci. Kilka razy już mi się zdarzyło, żem upadł, come corpo morto cade385, na dywan. To znów zdarzyło mi się, żem pomimo woli, nagle, zaśpiewał, ja, który nigdy już nie śpiewam. Ot, śpiew buchnął z rozszerzonej piersi i o sufit uderzył i zmilkł. Wczoraj powolne łzy zaczęły mi kapać z ócz, słodkie łzy, łzy, z których każda była modlitwą o Ciebie i zarazem wdzięcznością dla Ciebie, łzy lepsze, niż wszelka radość, niż uśmiech wszelki! Bo uczułem, że wiara niezniszczona w duchu Twoim, uczułem, że jeszcze polegasz na mnie i kochasz mnie! Uczułem, żem nie stracił Ciebie.
Co do Jerzego, nie mogę zrozumieć, czym pachnie mi jego milczenie. Zapewne Tyś w samą prawdę uderzyła, twierdząc, że jeszcze z niego młody chłopiec bardzo, wrażliwy i drażliwy, któremu trzeba łechtania przytomności, by w równem utrzymał się przywiązaniu. Jeszcze duchem, jeszcze osobistością się nie stał. Trzeba mu ran dotykać, by w rany wierzył, trzeba mu na oczy widzieć kogo, by kogoś kochał. Młodość bywa zwykle straszną zmysłowością, a że zmysły zapominalskiemi są, co chwila innemu wrażeniu gotowe się poddać, stąd młodych lekkomyślność, — powiedziałbym: lekkozmyślność! Duch tylko jeden umie być wiecznym! Umie równo kochać, czy przy zmysłowej przytomności, czyli też bez niej, bo duch to człowiek wszystek, — to osoba cała, to nie część, to nie połowa nas samych, ale my sami, całkowici już, a co my całkowici ukochamy, jakżeżbyśmy bez zaprzeczenia siebie samych, bez zniszczenia siebie samych to mogli przestać kochać, o tym zapomnieć, kiedy to stało się nami, a my tym się stali. Dopóki zaś to, co kochamy, jest tylko cząstką nas, to jest, albo zmysłów tylko dotyka naszych, albo też myśli naszej tylko, póty można twierdzić, że nasze kochanie łatwe do przemiany, lekkomyślne, choćby na pozór najszaleńsze. Lecz z drugiej strony i to uważać potrzeba, że człowiek żaden od razu duchem nie został ni jest, ale duchem sam się wyrabia, częścią przez moc własną i zasługę, częścią przez okoliczności i cierpienia życia! Dlatego bardzo młodzi uniewinnionymi być muszą w lekkomyślności swojej. To się w nich prawie fatalnie dzieje, jednak i to pewna, że każden może owładnąć sobą, rozpoznać pokusę zawartą w fatalnych, w nim rządzących prawach i wyrozumieniem tej konieczności samąż tę konieczność znieść, zniszczyć. Jerzy już dzieckiem nie jest, myślałem o nim, że już wyrósł na ducha. Dotąd nie pisałem nic do niego — ale wczoraj kilka słów napisałem poważnych, serdecznych i zażalonych. Szczególnie o to, że mi nie doniósł o potwarzach, rzuconych na mnie i na to, co najdrożej i najświęciej kocham na świecie. Te słowa kilka dni jeszcze poleżą w moim stoliku; jeśli nie doczekam się listu od niego, poślę je! Teraz żegnam Cię krzyża znakiem i polecam aniołom. Do obaczenia, do obaczenia —
Twój teraz i na wieki.
230. Do Delfiny Potockiej
12-sta w nocy, 1844, Warszawa, 6-go marca
Najdroższy Consuelo! Wiesz, co to był gnostycyzm, gnostycy (od słowa gnosis, to znaczy nauka po grecku) w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Oto wszystkie podania kabalistyczne Żydów, wszystkie zoroastrowe perskie wyobrażenia i filozofia grecka, spotykając się z chrześcijaństwem i przyjmując je, i ze swego też nieco do niego wprowadzały, to walcząc z jego czystością, to układając się do niej, to chcąc ją przerobić, to znów pochłonięte przez nią. Stąd szkoły gnostyków później za heretyckie uznane przez kościół rzymski — ale wszystkie rozprawiające aż do 6-go wieku o wszystkich dogmatach, o naturze Chrystusa, Boga, świata itd., itd. Spomiędzy wszystkich mistrzów tych szkół jednym z najsławniejszych jest Bardesan386, tak dalece z początku katolik apostolski, że bronił ortodoksji przeciw innym heretykom, tak dalece chrześcijanin, że naraził się na męczeństwo, odmawiając cesarzowi Verusowi wyrzeczenia się wiary. Otóż jego gnosis tak jest osobliwa, tak dziwnie wdzięku mitologicznego pełna, tak fantastycznie mieszająca chrześcijańskie podania z podaniami wschodniemi, a skądinąd tak filozoficzna i tak całym składem swoim dowodząca, ile to przejść musiał dyskusyj i trudów kościół ortodoksyjny, by swoją prawdę postawić, a wszystkie inne systemata obalić, że chcę Ci tu przytoczyć ten pomysł dziwny i poezji pełen. Słuchaj — to na chwilę oderwie Cię od interesów i od paryskiego turkotu, który obrzydł Tobie. Następnym sposobem rozwija się stworzenie u Bardesana: