O anegdocie za widzeniem się, albo może nigdy, bo straszna, bo okropna, bo nieludzka, ale za to ściśle legalna. Winszuję prawu!
Teraz bądź mi przyjacielem — bądź mi i oświeć mnie w niepojętych rzeczach. Co się z Jerzym dzieje? Gdzie tak czas traci, że już nie miał chwili od 2-ch miesięcy do napisania do mnie, choć prosiłem go o to nieraz i z rozpacznem błaganiem. Powiedz mi, w czyje wpadł ręce? Jakieś złe przeczucie mnie oblega. Wkradł się wąż, wkradł się między nim a mną. Taką awanturę słyszałem: O 12-tej w nocy kareta zajechała i porwała go z domu — w niej siedziała zamaskowana kobieta, która mu tysiąc infamii powiedziała na mnie — oskarżyła mnie, żem jego nigdy nie kochał, wciąż zdradzał etc., etc. — ale on sam mnie o tym nie doniósł, nic a nic nie napisał, już nigdy nie pisze. Ta kobieta to zapewnie pani z Kissingen (nie pani Hill), ale owa druga, pani B. Jeśli możesz, ocal Jerzego; mnie się wydaje, że on na złej drodze, na lekkomyślnej, na brukowej bardzo. Odpowiedz mi, co myślisz o tym wszyskiem, bo Twój wzrok przenika w głąb dusz! Co zaś tyczy się pani Bóbr, to złóż jej tysiąc ukłonów ode mnie i powiedz, że tuszę, iż kiedyś i wewnętrzną sprawiedliwość mi odda. Więcej dziś nie piszę, bo ledwo widzę. Strasznie oko boli i mózg. Co dzień gorzej nerwy moje się psują. Schnę w szpiku kości — nie ma dnia, bym nerwowego ataku nie doznał i nie pił w nim własnych łez moich.
Ojciec Twój zdrów, zawczoraj byłem u niego. Bóg Cię strzeż i błogosław! Ja Ciebie kocham na zawsze.
Twój Zyg.
O tym liście żadnej nikomu na świecie wzmianki nie uczynisz.
228. Do Delfiny Potockiej
1844, Warsz[awa], 7 lutego
Najdroższy Consuelo! „Wszystko wolno, tylko nie wolno być niewdzięcznym i okrutnym”. Prawda, kiedy z własnej woli, zemsty, rozmysłu pochodzi okrucieństwo. Lecz kiedy mimo woli ono być musi, bo je położenie samo rodzi, kiedy zresztą w kolizji tej każden z działających równe ma prawo i znów nie ma żadnego oskarżania drugiego o to samo, bo jeden i drugi równie zarżnięci, wtedy nie o okrucieństwie już mowa, ale o bezecnej fatalności stosunku, zdarzenia, okoliczności. Czyżbyś na przykład uznała, że p. Souza ma prawo skarżenia się na Twoje okrucieństwo? Czybyś uczuła w głębi serca, żeś mu okrutną i niewdzięczną była? Nie, choć i to by mogło być, by on męki piekielne przecierpiał, odnoszące się do Ciebie. Szlachetność najwyższa, oto co mi pozostaje, ale nic innego. Zresztą teraz ustały trochę katalepsje, zdrowia dość w głębi tej istoty, może się łatwo zdarzyć, że nie ona wyschnie, zwiędnie i zgaśnie, ale ja. O, ja schnę, ja więdnę, myśl mnie toczy, jak robak, myśl pada i kapie mi w serce, jak kropla, co kamień przebija. Nie chcę wspominać, nie chcę odwracać się ku temu, com od sześciu miesięcy przecierpiał, przekonał, bo to jednem, temżesamem wciąż konaniem było. Nigdy, nigdy ku tym dniom strasznym nie kieruję myśli. W Sens, przerywa się żywot mój — tylko dzień obecny, chwilę w której żyję, łatam do Sens, a zawartą między nimi przestrzeń rzucam w otchłań, deptam jakby płazy jakieś okropne, obrzydłe, których widok i zimne dotknięcie przenikają dreszczem szpik pacierzowy człowieka. O, Boże, Boże mój! Jeśli ta istota prawdziwie szlachetna, to ona uklęknie kiedyś przede mną i błagać mnie będzie sama o przebaczenie, błagać i zaklinać sama, bym ulgi szukał w tej strasznej męczarni. Wiem, i ona cierpi, i ona przeszła przez najokrutniejsze bole, których doznać może niewieści duch, bo wszystko, co stopniami, jak gracz, stawiała na kartę, wszystko, wszystko do ostatniej karty przegrała, i nie obudziła nic we mnie, nic, nic, ale też za to nigdym ją o nic nie prosił, nigdy do niczego nie przynaglił, nigdy nie próbował nawet jednym jej krokiem, jedną jej myślą rządzić. Dałem jej wolność, niepodległość wszelką; prawda, że i przy tym samotność wielką, ale czyż ona nie widziała moich wszystkich mąk? Czyż nie karmiła się codziennym widokiem moich konwulsyj i łez? Czyż bez nich dzień jeden się obszedł, od dnia tego otchłannego, bezdennego, horrorycznego w Dreźnie383? Czyż i teraz dzień choćby jeden mija bez nich? A jednak nigdym się nie uniósł do przekleństwa, nigdy do wyrzutów. Piłem łzy moje i upiłem się nimi, ale godnie milcząc, zimny jak posąg z lodu, lecz nie gwałtowny ni złośliwy, czasem prawda gorzki i szyderski, ale raczej światu, instytucjom ludzkim, fatalności, niż osobie. Czyż to wszystko zowie się być okrutnym? Nie, to zowie się nieszczęśliwym być! Tak dalece to prawda, że istota, która to niby tu skrzywdzona, sama dojść musi do podziwu przed uczuciem wiecznem, które mną całym się stało, przed nieobalalną miłością, która żyje we mnie! I nie tylko musi, ale już doszła. Ona wie, wie nieodzownie w głębi, w samej głębi serca swego, że niewzruszona, niczem nieobalalna, nieskończona siła spaja mnie z Tobą, ducha mego z Twoim, i że darmo by się kusić o naruszenie tego, co wiecznem jest z natury swojej. Oddam tu jej świętą sprawiedliwość, nie wiem, czy jej mądrości, czy jej szlachetności: nigdy się o to nie kusiła, nigdy! I za to tylko czuję wdzięczność dla niej! Za to jedno tylko! Cóż byś do niej pisać mogła? Z początku trzeba było zręcznie się do tego wziąć, ale teraz cóż napisałabyś? Listu mi Twego nigdy nie pokazała, musiał się tam kwas jakiś przebijać, ale ilekroć wspomina o Tobie, to zawsze spokojnie, przywiązanie, dobrze, rzadko jednak do tego ją puszczam, — bo dla mnie, ilekroć słyszę Twoje imię, to mi w sercu i mózgu staje się zalew krwi i zda mi się, że się rozpadnę jak Cuverclum! Potem świętych imion nie nadużywa się, o tem prawie wie miłość! Powiadam Ci, powtarzam Ci, obaczysz mnie w Rey, obaczysz, a bez szkody najlekszej dla siebie, obaczysz wracającego, obaczysz konającego, i Ty mu życie oddasz!
Mówisz, że marzec brzydki tam. O Consuelo, co Ty mówisz! Czyż zapomniałaś? Czyż nie widzisz? Za miesiąc rok temu będzie! Czyż nie widzisz siebie i mnie pędzących, jak strzały, na koniach, a wkoło wszystko kwiatem, zielonością, błękitem! O, nie, to był boski marzec! Czyż nie świeciło słońce południowe, gdyśmy przez most Varu doganiali odjeżdżającego Taktaka? Czyż brzydko było na niebie, gdyśmy ponami się przesuwali po żwirach potoków? Czy nie ślicznie dzień zachodził, gdyśmy w willi Cesolles, zsiadłszy z koni, piechotą chodzili? Czyż nie błękit lśnił nad wąwozem tym ciasnym, w którym marzyłem, że zasyp skały oddzieli mnie od Ciebie? Czyż w St. Barthélémy, czyż w domu astrologa nie pogoda nas witała na ziemi i niebie? Ale dobrze robisz, że się nie ruszasz. Zazdrościłbym willi Rey Ciebie beze mnie, i wiem, pewno podróż by Ci zaszkodziła. Niech powóz kwiecisty śpi jeszcze, niech odpocznie!
U Jegomości znów byłem, nie przyjął, ale jeszcze będę. Trudna to sprawa z tymi panami! Proszę Cię, Dialy, ufaj i polegaj na mnie. Życia mego celem „przynieść ulgę i pociechę temu drugiemu życiu”, o którem wspominasz! Gdybym mógł, śmiercią własną bym się o to postarał, wierz mi, to nie frazes. Żyję tylko myślą tą, żądzą tą, wiarą w to, inaczej bym nie żył! Raz jeszcze Ci mówię: Tyś prawdą mego bytu, prawdą serca mego, zatem życia celem! Być aniołem Tobie, stało się ideałem moim, a wiem, że takim być nie można, lekkomyślnie działając. Lekkomyślność nie jest sposobem na odsunięcie cierpienia drugich, własne tylko nią się odsuwa. Nie lękaj się egoizmu mego, bo ja Cię kocham! Czy Ty rozumiesz to słowo: kocham! Bezdenne, jak niebo, a, jak niebo gwiazdami, tak ono zasłane dobremi i szlachetnemi czyny! Nie lękaj się Twego Zyg.