Czyż sądzisz, że Chrystus nadaremno obiecywał Pocieszyciela? I czyż epoka tego pocieszyciela nie nadchodzi? Trzecia, ostatnia na planecie, — korona historii — dopełnienie się proroctw i żądzy nieskończonej ducha człowieczego?

Napomykam tylko o tym, bo tomy, nie ćwiartki, o tym pisać, jeśli pisać; — jeśli uczuć, to i ćwiartki nie potrzeba — jedno trzeba w własną spojrzeć głąb i spojrzeć w wewnętrzny świat.

Przyszlij mi Twój dokładny adres, żonie, proszę, złóż moje uszanowanie i najserdeczniejsze ukłony jej, jak sobie samemu od jej siostry ciotecznej, od Elizy. Do obaczenia się, Edwardzie drogi! Twój na zawsze

Zygmunt.

Każ tam czasem u siebie mszę odmówić za duszę Konstantego.

227. Do Augusta Cieszkowskiego

4 lutego 1844, Warsz[awa]

O spowiedniku! Mniej kamienny, mniej drewniany byłbyś, gdyby Ci mniej kwaśną była atmosfera, którąś spotkał — gdybyś vulgi cingentem coronam380 był znalazł gotowszą do rozkwitu wiosennego, gdyby większa równowaga zachodziła między Twoim ideałem, a rzeczywistością, u stóp Twoich piszczącą i pełzającą po bruku, po błocie, po jockey klubach, kawiarniach, restauracjach, polach elizejskich itd., itd.! Czyż myli się serce moje? Czyż także i nie stąd pochodzi twarda nieużytność, której używasz, tykając serce, o którem wiesz, że po ojcowskiem najszczerzej i najmocniej kocha Cię ze wszystkich, co otaczają Twoje? A tykasz świętych uczuć w nim okrutnie! Wiesz, czemu okrutnie? Bo rozsądnie tylko! Rozsądek zaś, sam jeden, okrucieństwem jest; połączony z miłością, zbawieniem! Zresztą takżeś napadł o rzeczy, o których nie myślę. Zanadto kocham, bym nie miał cochwilnego instynktu, bardziej, niż wszelkie rozumowania, nauczającego mnie, czym mógłbym szkodę, a czym potrafię ulgę i dobro przynieść ukochanej! Nie lękaj się, by mnie kiedy w tym zawiodło jasnowidzenie serca. — Wiem, że miłość ciężką cnotą (jak mówi Daniel), pełną cierpliwości, a zatem cierpienia, muszącą dowieść siebie samej, nigdy nie cofającą się przed żadnym sposobem dowodzenia siebie, choćby ten był poświęceniem bez miary i końca. Wiem, że, według tego prawa tylko stąpając, można świętość własną uświęcić przed ludźmi i zmusić ich plotki do przemienienia się w admiracją i poszanowanie. Siostra moja nie dozna ode mnie żadnej lekkomyślności. Mnie trzeba ludzi zmusić do tego samego uczucia, jakie ja czuję względem niej. Szanować mi ją trzeba i czcić i strzec jej ducha nade wszystko. Nie lękaj się szkolnej popędliwości! — Marzyć nie przestanę o dniu szczęścia, który mnie kiedyś z nią połączy pod cieniem tych samych drzew, nadbrzeżnych śródziemnym błękitom, pod któremi już z nią przechadzałem się, śpiewny, jak słowik. Lecz by to marzenie, by ten serca ideał urzeczywistnił się, na to ciężko pracować, na to wzniośle i święcie, a wiele cierpieć potrzeba. — Do tego, nie jak Attyla, ale jak O’Connel zmierzać. I jej dopiero tym samym, że ją kocham, dowiodę. Gdy dowiodę, bom dotąd nie dowiódł, zapewne duch jej uczuje, co szczęście. A dać komu uczucie takie, uczynnić to, by ktoś uczuł, że kochan jest miłością anielską, wielką, nieziemską, a na ziemi, to to samo, co siebie i jego w anioła przemienić. Wątpię, byś mnie wzbraniał takiej subiektywności.

Teraz słuchaj! — Młodem sercem człowiek motyluje i za każdą nową tęczą żywota, byleby w niej koloryt był zmysłowy, się puszcza. Starym zaś, co ukochał, kocha na zawsze i coraz wyżej za Beatryczą się wznosi. — Stare mieć serce nie znaczy u mnie nie mieć serca!

Teraz i to posłuchaj: Legi satisfactum est381 — niech lex382 abstrakcyjna z tego się cieszy! Indywiduum, wątpię, bo nic nie zyskało prócz przekonania, że ostatnią kartę postawiło i przegrało — ostatnią! Rada Twoja, rozkaz Twój spełnion, choć siły nie dałeś z rozkazem. Zapisz to w archiwum spraw społecznych, ale nie w sercu Twojem, ni w mojem, ni w niczyjem. Bo wszystko jest obrzydłą, trupią literą tam, gdzie ducha żywego nie masz!