P.S. Co zaś do dalszej osnowy, czyby nie warto dać Stefanowi conscientiam401 przyszłości Polski, której zapewne nie miał w myśli swojej, choć ona koniecznie z czynu jego wytryska? Nie można by niektóre prorocze chwile, błyskawice przelotne przeczucia ogromnego, wlać w serce tego człowieka, tego pierwowzoru wszystkich, mających kiedyś skupiać rozebrane części i ratować kraju całość? My dziś już możem widzieć, ku czemu Polska, na świat ten zesłana, stąpa. Możemy, krzyża chrystusowego oświeceni światłem, pojąć, co znaczy podobny krzyż, wystawiony na przejściu z jednej epoki do drugiej, krzyż, na którym nie już Bóg-człowiek, ale naród jako jeden człowiek kona. Czyż to nie święta tajemnica także? Czyż to nie znak wielkiej przemiany, powszechnego zmartwychwstania? Czyż na polu śmierci naszej, na politycznem polu, przez tęż śmierć nie mamy się spodziewać wykupienia także i dla nas i dla całej ludzkości? Czyż w piersiach Polski, tej drugiej Matki Bolesnej, nie ma także się urodzić duch wszelkiej miłości i sprawiedliwości w stosunkach świeckich, którym dotąd panował tylko książę świata tego, Machiavel? Więc bohater, więc ideał zbawicieli kraju niech to przeczuwa! Bo Czarniecki epopei dziś pisanej, jest nie tylko Czarnieckim dni już przeszłych; ponieważ wieszcz drugiem go obdarza życiem, już poniekąd on należy i do tej epoki, w której zmartwychwstaje. Poezja znaczy tworzenie. Niech ten wielki umarły z rąk Twoich, Panie, weźmie część i naszego życia, tem i nam jeszcze lepiej będzie, bo uwierzym w to, i jemu, bo doskonale i zupełnie odżyje w nas. W tem anielskie posłannictwo poety, że wskrzesza, lecz niezupełnie by wskrzeszał, gdyby nic więcej przebudzonemu nie dawał, nad to, z czem on położył się w trumnę. Przeszłość i przyszłość cała powinny zetknąć się, ściąć się w takim ideale, a wtedy o nim wyrzeknie potomność, żeś go także przed ludzi oczyma:

„...wskrzesił

Między niebem i ziemią w powietrzu zawiesił”.

234. Do Adama Sołtana

(Warszawa) 12 maja 1844

Dzięki bożej opatrzności, że spotykają się wreszcie myśli nasze, że jeszcze rozmówić się możem, mój drogi! Kiedy list Twój przeczytałem, gęsto z ócz łzy kapać zaczęły: wszystko, cośmy przeżyli i przesercowali razem, stanęło żywo przed pamięcią. O mój Adamie, dawno, jakeśmy się nie widzieli, a nie odmieniło się nic u nas, tylko, żeśmy starsi i smutniejsi oba, i oba z tych samych powodów: to jest, że sercom, co biją w naszych piersiach, nie udawa się życie, że spokoju znaleźć nie mogą, bo dręczone srogo, okrutnemi losu żartami sprzecznościami, rozdarte tą wieczną bójką, jaka zachodzi między chęcią a spełnieniem, pomysłem a rzeczywistością. Wiesz: i u Ciebie, i u mnie rzecz rzadka dziś serce jest; więc nam śród tłumu hucznego zawsze opierać się trzeba na wspomnieniach, na uczuciach! Żadna rzeczywistość, nieodpowiednia naszym pragnieniom, nic prócz bólu nie przynosi.

Więc Ty tak chodzisz po świecie, trzymając w ręku trzech umarłych, bo i druga tarcza z napisem marzy się być także nadgrobkiem402. Nieraz albowiem czuję, jakobym już umarł; stan zdrowia mego opłakany. Dodaj do tego całe moje usposobienie umysłowe, dodaj, że nieraz rozpacz taka mnie rozdziera, że modlę się o prędki zgon, jako o jedyną ulgę. Dodaj, że mury tebańskie podłości, poniżenia, i gwałtu i ucisku wkoło mnie się mnożą, że w dzień słyszę jęk ofiar i patrzę na naigrawanie się katów; lecz to jeszcze nie tyle boli, co podłość własnych. Zmaterializował się nad miarę ten kraj, potworzyło się mnóstwo hipokrytów, którzy zwą się „ludźmi rozsądku”, głoszą w mnogich kazaniach, że jedyną teraz sprawy podporą jest to, by oni gęste intraty do własnej kieszeni zbierali, że o niczem innem myśleć niepodobna, ale że takie sprzysiężenie się na intrat coraz większych wybieranie podniesie godność człowieczą, zniepodlegli ich i masy na drogę oświecenia i przeświadczenia o sobie wprowadzi, a stad kiedyś powrót życia. Na stu, którzy tę ewangelię roznoszą, dziewięćdziesięciu dziewięciu faryzeusze, a jeden tylko prawdziwie dążący do celu za pomocą wzwyż wspomnianego środka, to jest gospodarczych postępów. Drugą cechą tego kraju, coraz bardziej ciążącą na nim, to strach. Divide et impera403 w całej szatańskiej roztropności piekła dopełnionem tu zostało. Wciąż tworzą sami i wynajdują i wywołują jakieś niby jakobińskie spiski miedzy młodzieżą, na to, by właścicieli, gospodarzy owych, owych intratą walczących przerażać i odrywać od klas mniej zamożnych a cierpiących tak, jak się cierpi w piekle. „Was chcą wyrżnąć” — oto sposobiczek, użyty na kapuściane serca i skórzane wory. Stąd niesłychany strach to swoich, to znów rządu, bo lękają się terroryzmu, o którym rząd im plecie, i terroryzmu istotnego, który sam rząd w każdej chwili wywiera. W Rzymie za cezarów podobnie się działo.

Młodzież w najopłakańszem położeniu. Uczą ją kłamstw i bluźnierstw historycznych, nękają na wszystkie sposoby, smagają rózgami za najlekszą winę, za guzika brak lub za chustkę na szyi białą zamiast przepisanej czarnej, wiodą do więzienia za lada książeczkę; słowem ci, którzy zaczynają życie, daleko tu nieszczęśliwsi od tych, którzy je kończą — starość zgrzybiała jest złotym wiekiem na tych równinach. Stąd w młodzieży niesłychany smutek, pełen niepokoju i nawet wyrzutu przeciwko losom, czyli bezreligijności. Serce ich nawyka skarżyć się sobie samemu na Boga, bo nikt ich nie oświeca, kto jest Bóg, a wciąż w imieniu religii i rządu doznają nieopisanych mąk. Wzrasta więc pokolenie smętne a bezbożne, z pogmatwanemi wyobrażeniami, skwaśniałe i zgorzkniałe w kwiecie lat, ale przy tem pełne nienawiści i hartu, nie owego jednak dawnego, naszego, które nigdy rachuby nie znało i czystem poświęceniem było. Ich hart, to niewolników energia, nie wolnych i wzniosłych: o środki nie dbać, byleby celu dopiąć; konieczny to wynik zaciemnionej duszy, czy zepsuciem, jak u Jezuitów, czy nieszczęściem i bólami, jak u niewolników. A dusza taka nie wie, że środkiem złym nigdy celu wielkiego, potężnego, trwałego, osiągnąć nie sposób; bo leży w naturze harmonijnej wszechrzeczy, że złe chwilowym tylko zagrzmieć może wybuchem, ale nie zdoła nic wybudować na wieki. Oczywiście, takie moralne systematyczne zabijanie młodzieży jest potężnym środkiem na zobojętnienie naszych sił. Piekielny to wymysł na zgubę, nie tylko obecności, ale i przyszłości, wymierzony! Zamordować dziecko w łonie matki jeszcze, oto cel!

Duchowieństwo niewiele warte, piją biskupi i, pijani, łamią sobie nogi, inni, krzyżakami orderowemi ozdobieni, zdradzają krzyż Chrystusa, wielu się boi utraty chleba. Religijnego fanatyzmu w masie kleru nie ma, w niektórych tylko indywiduach wre: na dowód czego piękny list chełmski — musiałeś odebrać, czy tak? W istocie, polityka dworu watykańskiego uniżona, chytra, opuszczona od ducha, nie wzbudza już wiary ani nadziei; nie umie już Rzym iskry miłości i męstwa siać w serca ludzi!

Jednak Adamie mój, nie smętnij zanadto, obraz ten, tu skreślony, czytając. Ten obraz, te szczegóły, to męka nasza, to próba nasza, ale nie koniec, ale nie ostateczna prawda! Trzeba i przez to przejść. Czyż Chrystus, mimo bóstwa, nie doznawał ostatecznego zwątpienia? Czyż nie przeszedł przez gorycz goryczy wszystkich? I na to, by mógł zmartwychwstać, trzeba było mu nie tylko przez śmierć przechodzić, ale w chwili śmierci samej najokrutniejszej męki moralnej doznawać: zwątpić, czy zmartwychwstanie, zwątpić, czy zbawi ludzkość! Ten krzyk jego ostatni do Ojca był zarazem najwyższym szczeblem bólu i zasługi, a zatem i poświęcenia. Nie byłby inaczej do ostatniej kropli wychylił kielicha, a trzeba ostatnią kroplę wypić, by nic nie zostało. Wtedy dopiero śmierć w życie, ból w radość, przegrana w zwycięstwo się przemieniają: non est saltus in natura404! Otóż i my, patrząc tylko na fakta zmysłowemi oczyma, moglibyśmy nieraz zwątpić; ależ wiedzmy, że i zwątpienie jest tylko bólem najwyższym a nie żadnym dowodem, nie żadną prawdą, owszem, w tak świętych i bożych dziejach, jak nasze, znakiem, że już bliska odrodzeń godzina.