15 maja. Pan Jakubowski zamknął mi wszystkie drogi do wyjazdu...

14. Do Henryka Reeve’a

Genewa, 20 maja 1830

18 maja. Wróciłem pieszo z Saint-Cergues. Zmordowany, rozbity ze zmęczenia, poszedłem do swego pokoju. Widziałem się z Mickiewiczem i Jakubowskim. Zjadłem obiad, piłem. Byłem podniecony, miałem trochę gorączki, rzuciłem się na łóżko, — to mi dobrze zrobiło; wyciągnąłem się z rozkoszą zmęczenia i zapadłem w głęboki sen. Przed mojemi oczyma przesunęły się wasze twarze, Twoja i Henriety. — Sny miałem mętne, przerywane, bez łączności, a jednak z sobą powiązane. Obudziwszy się, byłem jeszcze na wpół pogrążony w sennem marzeniu i powiedziałem sobie: Oto Reeve stąpa całym swoim ciężarem po mojem sercu. „Henrieto, Henryku, gdzie jesteście? — zawołałem. Gdzież są ci wszyscy, których kochałem?” Od 13 kwietnia zeszłego roku, żadne rozstanie tyle mię nie kosztowało. Ujście Rodanu — potem Saint-Cergues. Oddałem Twoje bileciki.

Zamoyski zabił własną ręką trzech kozaków, którzy chcieli wziąć do niewoli jego pułkownika, i natychmiast został mianowany oficerem. Niech go Bóg błogosławi! Gdy byłem z nim razem, nieraz jednak myślałem, że, jeśli przyjdzie nam imię sobie zdobywać, to ja pierwszy je zdobędę. Myliłem się. Bóg ukarał moją zarozumiałość. Klustine ma się bardzo źle. Dyliżans przeszedł mu przez nogę. Jutro mają mu odjąć wielki palec, już objęty przez gangrenę. Biedny chłopiec! Chciałem dziś jeszcze pisać do Ciebie, by być w jak najściślejszej z Tobą łączności, choć nie jesteś już przy mnie. Dobrej nocy! Padam z senności i znużenia.

19 maja. Wstałem dziś rano jak człowiek, który wstał, by rozpocząć dzień pełen goryczy. Brak mi Ciebie, brak mi Ciebie w całej dobroci Twego serca i w całej rozległości Twego umysłu. I do kogóż teraz pójdę, by ufnie troski swoje powierzyć? Komuż będę mówił o nieśmiertelności, o Bogu, o wieczności? W obydwie ręce ujmę wyrywającą się duszę moją i wtłoczę ją z powrotem, aż do głębi mej piersi. I czem są dla mnie te istoty, przesuwające się przede mną tam i z powrotem? Zaprawdę, gdy się rozejrzę, nie widzę poza Ladarsami nikogo, z kim by mówić można. Oni wiedzą przynajmniej dokładnie, co to barka i żagle. Lecz, wiesz, dziwne mam przeczucie, że Henrieta przyjedzie. Nie wiem, skąd ono przyszło, by siąść na mem sercu, jak ptak obietnicy, lecz mam je i już mię nie opuszcza. A więc będę je żywić, podsycać, powiększać całą mocą mej wyobraźni, bo to jednak jest jeszcze coś: marzyć, okłamywać samego siebie i stopniowo powoli dochodzić do obłędu. Gdy się rozstawałem z H., miałem oparcie w sile mej namiętności. Przedmiot, który nadał pęd mej duszy, znikał w rzeczywistości, lecz pęd był silny i dusza moja drgała od odurzenia, skoro i dziś drga jeszcze. Zresztą było to we wiośnie mego życia. Dostrzegałem wprawdzie w oddali chmury, ich kształty przepowiadały mi wojnę, kłopoty, walkę, zarazę i nieszczęście. Lecz dostrzec nie mogłem tej chmury, która nagle z fałdów burzy się wyłoniła. Jest czarną i siną, jak ów obłok w Farysie, postępuje naprzód wolno, ale pewnie, rozsyła dokoła daleko idące białawe siatki, któremi obejmuje niebo, szerokie pasy mgły zstępują z jej brzegów ku ziemi, nie oślepia mocą błyskawic, uderzeniem jasnego piorunu nie miażdży; zdaje się spać, a jednak posuwa się naprzód, niema, ciężka, ohydna, by zadławić i zadusić — i zadusi. To jest chmura wstydu. Rok już minął, gdy, rozłączając się z H., nie myślałem o tem wcale, i oto dlaczego, tracąc Tę, którą ubóstwiałem, nie traciłem wcale mych sił. Lecz dziś odjazd Twój zupełnie mię przygnębił, gdyż zostawiłeś mnie nie tak, jak ona, w pełni zapału, lecz w rozpaczy, nie potężnego nadzieją, złudzeniami i chwałą, lecz słabego, walczącego jeszcze trochę, jak człowiek, już wpół utopiony, bez pociechy, bez nadziei, samotnego w „spelunce ludzi przyzwoitych”, samotnego wśród wszystkich, przez samego siebie opuszczonego, gdyż już nie chcę zadawać sobie trudu, by się podnieść. Cóż za wiek! Cóż za świat! I jakżeż nędzną istotą jest ten, który te słowa do Ciebie pisze! Twój odjazd, Henryku, dobił mię. Oby stał się dla Ciebie początkiem olśniewającej przyszłości! Mam nadzieję, że któregoś dnia, chwałą okryty, nie zapomnisz jednak o tym, który, zgięty pod ciężarem wstydu, pozostał w cieniu.

19 maja wieczorem. Wróciłem właśnie z jeziora. Zdarzyło mi się coś dziwnego. Przejeżdżałem Eaux-Vives, koło Paquis, żeby odprowadzić Mickiewicza do Klustine’a, popchnąłem łódź nieco dalej, ażeby zobaczyć „altanę mojej ukochanej”. Okropna burza szła spoza Salève. Myślałem, że zdążę wrócić do Eaux-Vives, gdyż pomruki grzmotów były dalekie, lecz omyliłem się. Na środku jeziora zaskoczyła mię burza. Z szybkością tak wielką, do jakiej tylko byłem zdolny, dotarłem prosto do drugiego brzegu i zawinąłem do małej przystani, bardzo smutnej i bardzo czarnej. Nie przypominam sobie wcale, bym ją widział kiedyś przedtem. Wyskoczyłem na brzeg i schroniłem się do pewnego rodzaju budynku, opustoszałego, z otwartemi drzwiami. Grzmiało straszliwie. Schwycił mię strach paniczny, jaki napada mię czasem, chociaż nie jestem z natury tchórzem. Wyobraź sobie, że, patrząc na jezioro, tak ponure tam, gdzie się znajdowałem, przypomniałem sobie sen, o którym Ci mówiłem. Było to prawie to samo miejsce, te same chmury tam, naprzeciw, ten sam wygląd jeziora, ten sam grzmot, te same coraz bardziej zbliżające się błyskawice. Niewypowiedziany lęk schwycił mię za serce i ukląkłem, by wzywać Boga. Przepędziłem pół godziny, oczekując, że zginę od ognia niebieskiego. Co chwila na myśl mi przychodził przeklęty sen. Dziwne, że taki był przypadkowy zbieg snu z miejscem, w którem się znajdowałem, z kształtem chmur i burzą. W końcu, jak widzisz, nie zostałem starty w proch, choć przykre przeżyłem chwile. Jak dziwne bywają stany duszy! Teraz jestem w swoim pokoju, bardzo osłabiony, pot zimny spływa po mem czole. Burza przeszła, wrażenie zostało w duszy. A jednak, mój drogi, ja wcale nie jestem tchórzem.

20 maja. Widziałem Aleksandra Lombarda, który mi powiedział, że postara się zrobić dla Ciebie portret C. i przysłać Ci go, skoro tylko będzie miał czas na to. Rozmówiłem się z nim w sprawie włosów; powiedział mi, że to będzie trudne, lecz pomyśli o tem. Aleksander jest naprawdę dobrym chłopcem. Gdy się go bliżej zna, widzi się, że ma duszę, że dusza ta, chcąc się wydostać, dławi go, lecz że jest zrobiona z materiału, który drapie go w gardle i płucach, gdy rozwija tam swe fałdy.

Mickiewicz jedzie jutro do Paryża. Zobaczysz go tam z pewnością. Uczyń mi tę przyjemność i, jeśli możesz, pomów z nim trochę o mnie. Ciekaw jestem, co powie. Głęboko pogrążony jestem w spleenie, nie mogę pisać, natchnienia mi brak, nadziei brak, życia brak. Być pewnego rodzaju trupem, jedzącym, pijącym, śpiącym, jakież to piękne! Cholera-morbus czyni spustoszenia w Warszawie. Prawdopodobnie nie ujrzę już tych, których tam zostawiłem. Sam zostanę na ziemi. Jakże pociągająca perspektywa! Lecz musimy się poddać losowi i błogosławić imię Boże.

Od powrotu nie widziałem Bineta41. W Chateaubriandzie znalazłem rzecz doskonałą. Mówi on, że ludzie, których Bóg posyła, by ród ludzki pokarać, niewielkie tylko napotykają zapory i że w czasach, w których się ukazują, ludy i królowie są rażeni głupotą i nie ma ludzi genialnych, by stanęli im na drodze i dali opór ich pustoszeniu; oni zaś sami mało mają talentu, lecz wszystko im służy, nawet ich błędy i zbrodnie. Przeciwnie, wielki mąż, którego Bóg zsyła dla zbawienia ludzkości, jest zawsze wielkim geniuszem, lecz środki jego są słabe, zasoby żadne. Na każdym kroku napotyka okropne zapory. Walka jego jest długa, trudna i pełna poświęcenia. Oto są oznaki, przez które zbawca różni się od bicza bożego. Myśl tę cała historia potwierdza, i jest ona bardzo piękna. Lecz wicehrabia nie wyciąga z niej następującego wniosku: mianowicie, należy do porządku tego świata, że każdy człowiek, którego misją jest zbawiać i naprawiać, powtarza sobą męki i poświęcenia swego pierwowzoru, Zbawcy, który umarł na krzyżu, bo na tej ziemi nie ma nic wielkiego, pięknego, dobrego bez chrześcijańskiego poświęcenia, bez bólów i cierpień. Kto chce bronić narodu uciśnionego, powinien z góry sobie powiedzieć: „Weźmy żałobną szatę, krwią moją będzie splamiona, a gdy zmęczony siądę na drodze swojej, by odpocząć chwilkę, jedyną ochłodą będzie mi czara goryczy”.