Mam nadzieję, że matka Twoja ma się dobrze i nie jest zbyt zmęczona podróżą. Bądź tak dobry i wyraź jej moje jak najszczersze uszanowanie.
A więc, Henryku, jestem sam, sam, sam, sam, sam, sam w Genewie! Można być zupełnie samotnym wśród ludzi, sunąć poprzez ulice ku jezioru, płynąć w łódce przez kilka godzin dziennie, potem wracać tą samą drogą do swego pokoju o purpurowych firankach. Tam palić pod wieczór przy blasku dwóch świec, męczyć się, jak w lochu, i, jak więzień, ręce mieć związane, chudnąć po trochu, jedząc jednakowoż ciastka od du Tilleula — jedyną to pociechą w tem życiu — podziwiać wszystkich ludzi, przechodzących przez Molard, ponieważ są wyższego wzrostu, zazdrościć losu księciu Hohenlohe-Oehringen, lordowi Eglinton, rozmawiać niekiedy ze starym, nie mniej jednak energicznym Jackym, liczyć z lękiem ostatnie tchnienia poezji, zamierającej w łonie, rozprawiać czasem z pannami Revilliod o prawach i przeznaczeniu rodu ludzkiego, kłaniać się, przechodząc, p. Vistaz i brać lekcje dobrego tonu w jego sklepie, skakać w Paquis przez mur, najeżony potłuczonemi butelkami, mówić tonem wyższości z Izaakiem, synem Antoniego, otrzymywać na wieczory zaproszenia, któremi się ozdabia swoje lustro, pisać głupstwa, marzyć o szaleństwach i poddawać się miłej niepewności, czy skończę karierę swą szaleństwem, czy też zgłupieniem, to znaczy, czy stanę się zbiegiem z Bedlam, z błędnym wzrokiem, z pianą na ustach, ze zbolałem łonem i z myślami, zderzającemi się boleśnie w głowie, jak w furii, czy też nieszkodliwym obywatelem kawiarń i oberż, palącym spokojnie fajkę, podziwiającym kółka, które tworzy dym koło fajki, czytającym to tu, to tam anons o zapasach gimnastycznych, afisz teatralny, odezwę i pijącym lemoniadę w filiżankach od ponczu, schodzącym krok za krokiem do trumny sosnowej, ładnie polakierowanej i mocno zabitej, świeżej pierwszego dnia, zbrukanej gliną nazajutrz, zgniłej po sześciu tygodniach i stającej się prochem lotnym a cuchnącym po trzech miesiącach itd., itd.
Żegnaj, kocham Cię bardzo. Kochaj mię zawsze i pisuj do mnie!
Zygm. Kr.
Nic od H.! To męka, tortura! Choć udaję błazna, mam jeszcze serce, i serce to miłością ku niej płonie.
15. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 26 maja 1831
Właśnie odebrałem Twój list i odpowiadam Ci natychmiast, ażeby Cię jeszcze złapać w Paryżu przed 31-ym. Dziękuję Ci bardzo, mój kochany, za Twoje wiersze. Jedyny zarzut, który im czynię, to ten, że pobudziły mię do płaczu i że czuję jeszcze łzy w oczach, przez nie wyciśnięte. To ostatnie porównanie do króla w Izraelu jest doskonałe. Lecz to czyni mię może stronnym sędzią, że je czuję tak głęboko, jak gdybym je sam napisał. Dzięki za nie! Może kiedyś będę powtarzał te wiersze, będę się ich uczył na pamięć i wtedy powiedzą: „Jest to wytwór wyobraźni poetyckiej”. Prawdziwe nieszczęście i rzeczywistość uważać będą za marzenie. Kochany, cierpienia moje przekazuję Twej poezji. Ale co dziwne: wtedy, gdy pisałeś ten utwór, wtedy, gdy Ty, jako poeta, obejmowałeś tysiąc myśli i uczuć w kilku wierszach, ja, niezdolny do władania rytmem, układałem coś na ten sam temat w prozie, czego dotąd nie skończyłem. Nic dziwnego, żeśmy na ten sam temat pisali, lecz dziwne, że to samo zabarwienie, które panuje w Twoim ułamku, przenika również w całości mój utwór. Osądzisz sam. Jest to krótkie opowiadanie. Działanie rozpoczyna się w porcie Villeneuve. Opis statku parowego „Winkelried”, który gotuje się do odjazdu. Opis kapitana Romura, jego atletycznego i szczerego wyglądu, jego dziwnego ubioru, szorstkiego obejścia i twardego głosu. Potem przybywają podróżni w barkach i następuje odjazd. Zaledwie statek wyruszył, spostrzeżono zbliżającą się lekką barkę, a w niej cudzoziemca, który, spóźniwszy się, przynagla ludzi u wioseł. Kapitan nie chce się zatrzymać, gdyż ma rozkaz wyruszenia punkt o dziewiątej; ani sekundy później, ani sekundy wcześniej. Barka jest o 30 kroków od „Winkelrieda”, który się oddala. Cudzoziemiec wskakuje na tył barki, wyrywa kotwicę i rozwikławszy ją z pierścieni łańcucha, długiego na kilkadziesiąt łokci, rzuca ją z siłą na sznury, łączące łódź ratunkową „Winkelrieda” z jego tylnym pokładem. Kotwica spada między liny, zahacza się o nie, w ten sposób cudzoziemiec zbliża się do statku. Kapitan wydaje rozkaz zatrzymania się. Cudzoziemiec wskakuje na statek i przedstawia swój paszport kapitanowi. Na to Romur tytułuje go milordem. Wszystko to jest przeplatane widokami jeziora, pagórków Montreux, skał la Meillerie. Potem następuje opis cudzoziemca: wysoki, blady, oczy niebieskie, niedbały w obejściu, kładzie się na ławie, medytuje, ziewa. Upał się wzmaga, pasażerowie schodzą do salonów. Romur przychodzi, paląc, obejrzeć cudzoziemca, który się obraca i zapytuje go: „Jak głęboko zanurza się »Winkelried«”? „Na 16 i pół, milordzie”. — „A więc rozedrze się on szeroko o kamień w Saint Gingolphe” mówi młodzieniec z uśmiechem, pełnym zimnej krwi i ironii. Romur chwyta się za głowę, pędzi do steru, zmienia kierunek okrętu, przepływając w odległości dwóch stóp od rafy skalnej. Jego zdziwienie z tego powodu, że młody lord tak dobrze zna jezioro. Henryk Gram (lord) porzuca swoją niedbałą pozę i, rzucając spojrzenie wspomnień na brzegi i na góry, rozpoczyna rozmowę z Romurem i zapytuje go o nowiny z Genewy. Powoli Romur poznaje dawnego znajomego młodzieńca, który przepędził pierwsze lata swej młodości w Genewie. Z Genewy wyjechał pod innem nazwiskiem, zdaje się Henryka Burnley’a, później został lordem Gram wskutek śmierci dalekiego krewnego. Charakter młodzieńca jest ten sam, co w „Willi lorda Byrona” — jednem słowem, to Ty. — Potem wypytuje Romura o wiadomości, dotyczące przyjaciela, którego nazwisko mówi mu cicho do ucha, gdyż na pokładzie pełno pasażerów, dokoła pełno ciekawych. Jedzie do Genewy, by go ujrzeć znowu. Następują wspomnienia przyjaźni, młodości. Romur mu opowiada, że ten przyjaciel jest w Genewie, lecz oszalał. Następuje opis jego szaleństwa, cała rozmowa o tem w kabinie Romura; na sznurze fuzje, obcęgi, narzędzia, torby, pistolety, topory, młoty itd. Potem Lozanna przerywa rozmowę. Potem nastąpi burza: barka żaglowa tonie między Jeantoux i la Savoie. Lord Gram ocala człowieka, który był w barce: to jego przyjaciel, który przybył prawie zemdlony do portu w Molard. Ten przyjaciel wyrwie się z jego objęć, by uciec. Poszukiwania, uczynione wspólnie z kapitanem, z początku bezowocne. Spotkanie, rozmowa, obłęd, wstyd, ojczyzna, różne sytuacje, stany duszy często zmienne, potem akcja się rozwija, w końcu szaleniec popadnie w stan apatycznego spokoju, powróci do przytomności, by zobaczyć, że jest w przepaści i że z jej głębi powinien zwrócić swe spojrzenie tylko ku niebu. — W jesienny wieczór powóz wyjeżdża z bramy Rive. Lord Gram jest w nim ze swoim przyjacielem. Powóz potoczy się w kierunku Alp Walijskich. Potem nieszczęsny szaleniec zostaje księdzem w klasztorze. Opis luków sklepionych klasztoru na górze. Scena wyświęcenia na księdza. W środku nawy gromnica, odblask czerwonawy. Lord Gram w niszy. Nazajutrz ma odjechać. Po ceremonii przyjaciel jego usuwa się do swojej celi. Rano znajdują go wydającego ostatnie tchnienie z gorączki, konanie, śmiertelne łoże, pożegnanie lorda Grama z przyjacielem. — Koniec.
Czyż to nie to samo zabarwienie, rozprowadzone szerzej, że tak powiem rozcieńczone, jak od Give me thy hand, my friend... aż do tego pięknego wiersza: Till the full streamlet of thy heart grew dry And thy brow feverish42.
Napiszesz mi, co o tem myślisz. Jeśli Ci nie przysyłam kwiatu z Bourdigny, to tylko dlatego, najdroższy, że nie mam 5 franków na wynajęcie konia i że chcę, byś list ten otrzymał w Paryżu. Lecz pierwszy list, który Ci do Anglii napiszę, będzie skromnym grobem, w którym zostanie pochowany młodziutki i słodki kwiat z jej ogrodu. Co się tyczy włosów, to mam nadzieję, że mieć je będziesz. Namówiłem Vauchera, by zastąpił jej zwykłego fryzjera za pierwszym razem, gdy się będzie czesała i by jej obciął jeden pukiel włosów w największej dyskrecji. — Vaucher myśli, że to dla mnie i słowa o tem nikomu nie powie. Butelka szampana wyrówna mój rachunek z nim i na jej dnie będzie pochowana tajemnica. Co do mnie, jestem bardzo nieszczęśliwy. Wszyscy mię opuszczają. Ona nie pisze do mnie. „Za parę dni napiszę do Ciebie”. Czyżby to było szyderstwo? Ten łańcuszek, czyż był znakiem pożegnania, a nie zakładem miłości? Cóż myślisz? Co robić? Kocham ją zawsze silnie. Każdy dzień, który nadzieję moją zawodzi, zwiększa moje przywiązanie. Czasem powracam do przeczucia, że przybędzie do Genewy, lecz najczęściej przypuszczam, że ma mnie dosyć, że już słyszeć nie chce o istocie poniżonej, słabej, spodlonej, bez energii, imienia, przyszłości, o tym, który jej mówił wiele o sławie, a zakończył tem, że jej mówił o wstydzie, który, pyszny w dniach swej namiętności, poniżał się w godzinie nieszczęścia, który w końcu oszukał ją na wszelkie sposoby, udawał przed nią bohatera, a stał się muchą — a, jeśli głos urojonego bohatera pociągał, jest rzeczą naturalną, że brzęczenie prawdziwej muchy tylko nudzi i nie może nic innego wywołać prócz niechęci i obrzydzenia. Lecz nie powinna była wybierać tej właśnie chwili, by zadać cios ostateczny. Dlaczegóż nie uczyniła tego, gdy byłem potężnym i mocnym, gdy widnokrąg mój jeszcze nie był zacieśniony, gdy mogłem górę bólu unieść i nie mieć zdruzgotanych piersi. Lecz zapomnieć o mnie teraz, kiedy już nic nie mam na ziemi, kiedy żyję z dnia na dzień, to okrutne! — Och, może o mnie jeszcze nie zapomniała! Gdyby była o mnie zapomniała wtedy, gdy jadłem mięso i piłem wino, byłoby to znośne, lecz teraz, gdy żywię się jarzynami i piję wodę... Zobaczysz, mój drogi, stanę się wkrótce błaznem w rodzaju Lintnera. Jednak, jeśli możesz się czegoś o niej dowiedzieć, uczyń to, mój drogi, a będę miał jeszcze jedno błogosławieństwo dla Ciebie. Uczyń to i napisz o tem w pierwszym liście, który mi przyślesz z Londynu. Gdzie ona jest? Czy zdrowa? Czy chora? Kocham ją z całego serca, albo raczej wszystkiemi serca mojego strzępami, bo serce moje diabelnie rozpadło się w łachmany. Roget był listem Twoim bardzo wzruszony i żałuje, że Cię nie widział przed Twoim odjazdem. Powiem Binetowi to, co mi poleciłeś. Przepędziłem z nim wieczór i wieleśmy o Tobie mówili. Duchesne często do mnie przychodzi, wiosłuje dosyć dobrze i korzystam z jego usług na jeziorze. Nie umie jeszcze dobrze rozpinać żagli, lecz i to przyjdzie. Robię obroty bez końca, dni i noce na jeziorze przepędzam, podczas pogody, deszczu i burzy. Nabawiam się kataru, moknąc, i pozbywam się go, moknąc jeszcze bardziej. Czyś widział Mickiewicza? Wyjechał stąd w sobotę 21. Jutro minie 10 dni od Saint-Cergues. I żałowałem i cierpiałem, że nie będę Cię widział rok cały.