Twój Ruinowy istotnie

O Komir. towiańszczującym słyszałem, że wielki szałaput, że znakomity gaduła, że niedyskretny do najwyższego stopnia. Gdzie się podziała ta kamfora?

276. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 8 lutego 1848 r.

Pierwsza w nocy. Dotąd Weyssenhof527 mnie trzymał, opowiadając o widzeniu się z Panem Adamem528, co dziś przybył i stanął w Minerva. Pan Adam nic szczególnego mu nie powiedział, tylko, że Włochy nie spodziewają się klęsk, które na nich spadną, i że może żal im będzie patriarchalnych rządów papieskich, gdy przyjdą ciężkie trudu i bitew i rozdarć godziny. Ale Gierycz, uczeń i sługa brata Adama, który zawsze, jak Cerber, stoi u drzwi jego i wpuszcza i wypuszcza lub broni progu, wciąż przez cały dzień mu o mnie gadał. Twierdził o Henryku529 zaś, że wielki, wielki prorok cytował wciąż z jego dzieł wiersze; dziwił się tylko, że ten wielki prorok życia swego nie stosuje do wielkich ducha swego myśli. — „A jakże ma żyć? — zapytał Weyssenhof. — Na to odpowiedzi nie było. Nigdy inaczej nie wyrażał się, tylko: „Brat Adam”, a o Towiańskim „mistrz” — i mówi, że brat Adam blednie i truchleje przed mistrzem, ale że go mistrz ukochał wśród innych wszystkich najbardziej i dlatego też najwięcej odeń wymaga. Lękam się, lękam, by do scen nie przyszło; wszelkim sposobem będę ich unikał. Jutro wieczór pójdę Mickiewicza odwiedzić.

277. Do Delfiny Potockiej

9 lutego

...Rozpacz żarła serce — z rozpaczym poszedł do Minerva. Zastałem tam na trzeciem piętrze pana Adama. Wchodzę — był z nim uczeń Gierycz — zrazu nie poznał, ale wnet rzucił się na mnie i ściskał do zaduszenia i rzekł tonem mongolskim do Gierycza, z którym grzecznie się chciałem przywitać i zapoznać: „Ruszaj precz — zostaw nas samych”. Ten, jak niewolnik, nie śmiejąc się nawet mi odkłonić, znikł.

Zostaliśmy sami. On zaraz do mnie o wielkościach mego ducha i że z naszego spotkania się dobro dla wszystkich wypłynąć musi. Ja, nie poczuwając się do wielkości onych, coś skromnie zaprzecznego odpowiadam, że blask sam na mnie on rzucił... On wtedy natychmiast w gniew. „A, to żarty, zawsze żarty, tylko kpiny! Czy się nie czujesz? Czy nie wiesz, kimeś? Tu nie o skromność lub pychę chodzi, ale o dary zlane, które trzeba uczynnić... Zawsze żarty, nic serio nigdy, to, jak Mycielski generał, doskonały, zacny, ale rozstrzelał siłę całą na żarty, nie skupi się nigdy — to, jak Pani D.530 (tum uszy natężył) — wyższy duch, tak, wyższy, niepospolita kobieta, ale co z tego? Przychodzę do niej, z najgłębszem uczuciem jej mówię: »Jadę do Rzymu« — a ona: »Ah! comme je voudrais aller avec vous531«. Więc ja mówię: »Biorę z sobą« — a ona wtedy: »Je ne puis pas532«. Więc na co mówić, że chciałoby się, kiedy nie może; na co kpić?... Takim to mi tonem powiedziała lekkim. Szczere, głębokie, chłopskie uczucie inaczej by się odezwało!”.

Natychmiast reflektować go zacząłem: „A, to chciałbyś, drogi Adamie, tyranią niesłychaną obarczyć każde słowo, każden ruch, każden wykrzyk ludzki. Jakżeż? Nie wolno już krzyknąć: »Chce mi się!«. Na miłość Boga, co to znaczy? Nie wolno pani Delfinie oświadczyć chęć jakąś, a potem wyznać, że nie może jej wykonać? To był krzyk naiwny jej ducha. A potem powiedziała: »Nie mogę«. To był znów okoliczności mus — co tu dziwnego? To potoczne życie; szczegół najdrobniejszy — czy warto o nim mówić?” — „Ale chłopskie uczucie inaczej by się było odezwało. Jakoś by powiedziało z westchnieniem: »Ach! żeby to do Rzymu mnie!«” — ale nie takim sposobem: »Emmenez moi avec vous comme je voudrai533« etc., etc.”. Na to ja: „Zapominasz, że całe wychowanie włożyło na panią Delfinę jako powinność, obowiązek nie wyrażania się nigdy po chłopsku!” — „Ah, ah, prawda i to — masz racją. O czem innem mówmy!”.